„Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz” Filip Springer

To jest książka o duńskich mostach, których jest bardzo dużo, ponieważ Dania jest archipelagiem.

To jest książka o prawie Jante, fikcyjnej małej miejscowości z przedwojennej powieści „Uciekinier przecina swój ślad” Aksela Sandemosego, Duńczyka, który uciekł do Norwegii, i który spisał obowiązujące w jego miasteczku rodzinnym prawa w następującym brzmieniu

1. Nie sądź, że jesteś kimś.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie wyobrażaj sobie, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej niż my.
6. Nie sądź, że jesteś kimś więcej niż my.
7. Nie sądź, że się do czegoś nadajesz.
8. Nie wolno ci się z nas śmiać.
9. Nie sądź, że komuś na tobie zależy.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.
aż do jedenastego „Myślisz, że nic o tobie nie wiemy?”.
Oprawione w ramki prawo Jante wisi na ścianach w duńskich domach. Albo nie wisi, zależy kogo zapytać. I kto pyta.

Przybyłemu z Polski reporterowi Duńczyk rano przy śniadaniu mówi „Zauważyłem, że zasłoniłeś na noc okno”.

To jest książka o pogoni za nieuchwytnym Olem. Może nieistniejącym.
To jest książka o pewnym egzemplarzu „Uciekiniera” z dopiskami na tylnej wyklejce, które zdradzają, kto był pierwowzorem postaci powieściowych, bynajmniej nie przedstawionych w pozytywnym świetle przez Sandemosego.
To oczywiście nie jest książka o Danii, niby jak jeden cały kraj mógłby się zmieścić w jednym reportażu. Nawet nieliniowym, „ponieważ życie nie jest linią”.

„The Testaments” Margaret Atwood

Popularnym motywem w opowiadaniach z gatunku rzeczywistości alternatywnej jest odnajdywanie rozmaitych dzieł, które w naszej linii nie zostały stworzone, na przykład książek czy utworów muzycznych. Czuję się jak bohaterka takiego opowiadania, przeniesiona do świata, w którym istnieje druga część „The Handmaid’s Tale„. Dopisywanie ciągów dalszych w znanym mi 2019 nie jest wprawdzie niczym zaskakującym, wręcz ostatnio trudniej znaleźć rzeczy istniejące wyłącznie w jednym tomie, ale akurat „Opowieść podręcznej” znam prawie całe życie. Ze wszystkimi swoimi skazami jest dziełem skończonym i kompletnym, i do chwili wzięcia w rękę kontynuacji nie bardzo w nią wierzyłam, nawet jeśli wiedziałam, że powstaje, a poza tym zawsze chciałam wiedzieć, jak Gilead upadł. Otóż to.
Atwood zachowuje logikę swojej pierwszej powieści: czytamy relacje trzech kobiet. Pierwsza spisuje swoją własnoręcznie, co w Gileadzie było oczywiście surowo zabronione, ale nie jej. Jest Ciotką i to jedną z najważniejszych. Może łamać zasady, które sama tworzyła i których przestrzegania przez innych pilnuje obsesyjnie. Jej opowieść będzie o tym, jak to się stało, że kobieta będąca w poprzednim świecie sędzią, wykształcona i niezależna, została Ciotką. Inaczej jest w przypadku pozostałych dwóch wątków: tu ktoś inny, ewidentnie już po upadku reżimu, nagrywa zeznania dwóch narratorek. Jedna była wychowywana w Gileadzie od wczesnego dzieciństwa, nie pamięta innego świata. Była w dodatku córką ważnego Komendanta, przeznaczoną na Żonę kogoś równie ważnego. Druga natomiast w wieku 16 lat jest zwykłą kanadyjską nastolatką, widującą tylko gileadzkie misjonarki. Jej tożsamość jest błyskawicznie oczywista, i nie ukrywam tego, ponieważ i w książce wyjaśnia się dość szybko. Gorzej, że oczywiste są również poczynania Lydii – muszą, jeśli mamy dowiedzieć się prawdy, ale przez to całość robi przynajmniej na początku wrażenie szytej bardzo grubymi nićmi. Trudno sobie wyobrazić, że Judd, który nie mógł być tak całkiem głupi, bez zastrzeżeń jej wierzył. Również oglądanie świata oczami młodej Agnes urozmaicone jest prawdami objawionymi, żeby przypadkiem nam nie umknęło, jak zły jest Gilead. Jest zły, ale doceniłabym nieco więcej subtelności, choć oczywiście czyta się doskonale, i do końca nie wiedziałam, jak wygląda plan Lydii. Zaskoczyło mnie również cbjvąmnavr Qnvfl v Ntarf.
Zazdroszczę tym, którzy odłożywszy książkę westchną z ulgą, że to tylko fikcja literacka. Niestety nie, wystarczy spojrzeć na niektóre kraje arabskie – może nie jest tam aż tak źle, może kobiety potrafią przynajmniej czytać, ale to niewielka pociecha. Ba, wystarczy spojrzeć na własny kraj macierzysty. Tak, dziewczynki mogą tam iść do szkoły i uczyć się tego co chłopcy, za to nie mogą nie urodzić dziecka. Poza tym licznym obywatelom odmawia się prawa do poślubienia ukochanej osoby, w majestacie prawa. Zastanawiałam się, czy gorsze jest odebranie praw, które się już miało – jak w Gileadzie – czy można tłumaczyć, że przecież nigdy tych praw nie mieli – jak w Polsce. Uważam, że nie ma różnicy: to nadal jest odbieranie możliwości obywatelowi, który absolutnie niczego nie zrobił, żeby zasłużyć na taką karę. Tylko dlatego, że jest się silniejszym. Prawo dżungli udające cywilizację.

„To Be Taught, If Fortunate” Becky Chambers

 

To jest prawie tak śliczne, jak „The Calculating Stars„, a kojarzy się z nią, ponieważ opisana jest tu niezwykle realistycznie i szczegółowo podróż kosmiczna: za sto lat i poza Układ Sloneczny, do układu odległego o 14 lat świetlnych. Trwa 28 lat, lecimy z 0.5c, a załoga jest w stanie letargu, w którym się starzeje przez ten czas o 2 lata subiektywne, czyli rosną im włosy i paznokcie. Inne niedogodności tego stanu też są, wszystko starannie opisane, co jest nadzwyczajną odmianą od zwyczajowej magicznej hibernacji czy stazy, na które od strony technicznej nikt nie ma bladego pomysłu. Owszem, taki letarg, w którym organizm starzeje się sporo wolniej, też nie istnieje, ale wynalezienie go jest nieco bardziej prawdopodobne. Niewątpliwie nieco przesadzam, gdyż mnie entuzjazm poniósł, w każdym razie tak szczegółowego i realistycznego opisu problemów z wychodzeniem z hibernacji jeszcze nie widziałam. Dalej jest podobnie: mamy niesłychanie namacalną eksplorację innej planety i jej fauny, z solidnymi naukowymi podstawami.

Tymczasem narratorka zwraca się do Ziemian, nie mając oczywiście pojęcia, kto tam to odbierze, z jakąś prośbą, ale zanim przejdzie do rzeczy, relacjonuje wszystko ab ovo.  Od wylotu poczynając: miała rodzinę. Rodziców, siostry, siostrzeńców. Wylatywała ze świadomością, że owszem, wróci. Po osiemdziesięciu latach. To jest to, co w „Powrocie z gwiazd” jest ujęte jednym suchym zdaniem, i co jest na ogół tak traktowane: milcząco się zakłada, że astronauci będą sierotami bez rodzin, albo że jakoś przejdą nad tym do porządku dziennego. Nie żeby Chambers się nad tym długo rozwodziła, ale bynajmniej nie są to suche zdania.

Miałam nieco za złe pominięcie tematyki środowiska, uważam bowiem, że nic pisanego w roku 2019 nie może sobie na to pozwolić. Autorka napomyka tylko, że huragany nawracały i zniszczyły liczne miasta. Trochę za mało. Tytuł natomiast wzięty jest z przemówienia Jimmy’ego Cartera nagranego na pozłacaną płytę wysłaną sondą Voyager w 1977.

Gardner Dozois „The Year’s Best Science Fiction 27” (2009)

Robert Charles WilsonUtriusque Cosmi„. Carlotta podróżuje w czasie i przestrzeni, aby sobie szesnastoletniej dać dobrą radę i opowiedzieć o swoim życiu. Problem w tym, że przeszłości oczywiście nie da się zmienić, a na pewno nie może tego zrobić niematerialna Carlotta. Zaskakująco, są tu pomysły używane przez późniejszych Stephensona, Wattsa i Cixina Liu. Oszałamiające. Opowiadanie trafiło do „The Very Best of the Best”, wyboru ze wszystkich 35 antologii.

Steven Gould „A Story, With Beans”. Turyści, studenci, zwiedzają zonę – chyba Nowy Meksyk – gdzie żyją bugs zjadające każdy metal i przegryzające się przez wszystko, co stanie im na drodze. Bardzo zwięzłe, wymaga uważnej lektury, perfekcyjna kompozycja, budowa szkatułkowa. Trudno zakwalifikować jednoznacznie, ale chyba post-apo.

Karl BunkerUnder the Shouting Sky„. Saunders i Robeson jadą saniami po Enceladusie, ale sanie się psują. Siedemdziesiąt osiem kilometrów od bazy. Najklasyczniejsze otwarcie świata, a przynajmniej sf. Dalej też klasycznie i zwięźle. Mogłoby być napisane w 1960.

John KesselEvents Preceding the Helvetican Renaissance„. Narrator okradł the Imperial Archives i ucieka w stronę portu kosmicznego, a przemawia do niego the protector god Bishamon. Dalej w zasadzie thriller, ale dziwny. Nie umiałam polubić bohatera ani przejąć się jego poczynaniami. Opowiadanie jest w „The Very Best of the Best”.

Maureen F. McHughUseless Things„. 16 sierpnia 2022 (opowiadanie jest oczywiście z 2009), okolice Albuquerque (czyli znowu Nowy Meksyk), załamanie gospodarki, susze. W domu narratorki pojawia się hobo, a narratorka wytwarza lalki reborn. Nic tu się nie dzieje, to prawie w ogóle nie jest fantastyka, doskonale napisane. Również wybrane do „The Very Best of the Best”.

Bruce Sterling „Black Swan”. Narrator, dziennikarz, spotyka się ze swoim tajnym informatorem, hackerem. Przykuwa uwagę od pierwszej chwili. “Maybe you were a ‘journalist’ when they still printed paper ‘journals.’ But your dot-com journals are all dead. Nowadays you’re a blogger.” – a że blogi też umrą, tego już Sterling nie przewidział. Jak zwykle. Dalej równoległe rzeczywistości włoskocentryczne, raczej satyra, mocno AD 2009 (pojawia się tu Nicolas Sarkozy), nieco się więc zestarzało, chociaż dość zabawne.

Paul J. McAuleyCrimes And Glory„. Narratorka leci statkiem, który właśnie rozpoczął decelerację z 1,6 g, i rozmawia telefonicznie z bandytą Nilesem Sarkką, który jest na statku przed nią, i zadaje pytanie Fermiego. W odpowiedzi na nie pojawiają się Jackaroo, wysoko rozwinięta rasa z innych opowiadań tego autora. Potem cofamy się nieco w czasie i czytamy, co się wydarzyło, kiedy przybysze dali ludziom możliwość wyprowadzki z Ziemi. „People think that by relocating themselves to another planet, the ultimate in exoticism, they can radically change their lives, but they always forget that they bring their lives with them.” Akcja kręci się wokół Elder Culture technology, czyli nic oryginalnego, ale realizm tego autora jest zdumiewający. Bardzo skomplikowana fabuła.

Alexander IrvineSeventh Fall„. Stary Varner, aktor, jeździ konno po opustoszałym świecie, bezskutecznie szukając w spalonych bibliotekach „Hamleta”, z którego zna tylko fragmenty. Nauczył ich go ojciec w dzieciństwie, pięćdziesiąt lat po Upadku. „Varner lived only for the day when he could bring together the text, assign parts, find a theater far from Missionaries and hear the words spoken again as they were meant to be.” Po kawałku oglądamy życie Varnera w czasach postapo, zderzone z fragmentami sztuk Szekspira. Pomysłowe.

Dominic Green „Butterfly Bomb”. Stary Krishna jest jedynym mieszkańcem planety, kiedy porywają mu z niej wnuczkę. Wyrusza w podróż, żeby ją odnaleźć. Kawałek obłędnej wyobraźni i nieco satyry, odrobinę w duchu „Autostopem przez Galaktykę”.

Vandana SinghInfinities„. Abdul Karim, pan od matematyki, ojciec dwóch dorosłych synów, mieszka gdzieś w Indiach, i pragnie ujrzeć nieskończoność. Następuje wykład z matematyki, do hipotezy continuum, przy czym cokolwiek ziewałam, bo trudno to nazwać nowością. Dalej podobnie, w tle natomiast konflikt muzułmańsko-hinduski. Karkołomne połączenie, nie do końca jestem przekonana.

John Barnes „Things Undone”. Narrator posługuje się głównie liczbami, a wpadamy w sam środek rozmowy o jakimś kontrakcie, prawie zupełnie niezrozumiałej. Wiemy jednak, że wraz z partnerką pracują dla FBI (Federal Bureau of Isotemporality) i zajmują się tropieniem time jumpers. Podróże w czasie są w ujęciu dość klasycznym – zmiany się propagują powoli – natomiast interesujące jest to obecne społeczeństwo, które poznajemy głównie z niejasnych wzmianek. Choć jest tu i nader oryginalne podejście do kota Schrodingera. Zdążyłam pomyśleć, że może trochę za dużo drobiazgów, kiedy wciągnęło mnie na amen.

Jay LakeOn the Human Plan„. Niewyobrażalnie odległa przyszłość, umierająca Ziemia, i próba wymyślenia, jak mogliby wyglądać odlegli potomkowie homo sapiens. Niewielu ich już pozostało on the human plan. Natomiast narrator jest kopaczem. What I do is dig. For bodies, for treasure, for the rust-pocked hulks of history, for the sheer pleasure of moving what cannot be moved and finding what rots beneath. Zaskakujące, dość poetyczne.

Peter WattsThe Island„. (Po polsku, ale w słabym tłumaczeniu „Wyspa„). Hugo 2010 (novelette). Jesteśmy na Eriophorze, czyli tam, gdzie dzieje się również akcja późniejszej „Poklatkowej rewolucji” i dwóch pozostałych opowiadań z cyklu „Sunflowers”. Narratorką jest Sunday, budownicza portali podprzestrzennych. Na swojej drodze napotykają inteligentną sferę Dysona. Znakomite, oryginalne i wieloznaczne, jak to Watts.

Lavie TidharThe Integrity of the Chain„. Początki Stacji Centralnej, czyli podboju kosmosu przez wielokulturową mieszaninę ludzi, w świecie całkiem bliskim naszemu, co oglądamy oczami kierowcy tuk-tuka. Jesteśmy w Laosie, a na Księżycu właśnie przyszło na świat pierwsze dziecko urodzone w chińskiej kolonii. Jak zwykle można bez zastrzeżeń uwierzyć w wizje tego autora, i jak zwykle – nic tu się nie wydarza.

Mary RosenblumLion Walk„. The Pleistocene Preserve, a w nim trup kobiety zeżartej przez lwy. To nie pierwszy raz. Bohaterka prowadzi dochodzenie. W migawkach świat, który stał się raczej niefajnym miejscem. Sprawne.

Jo WaltonEscape to Other Worlds with Science Fiction„. Około 1960, w świecie, gdzie Stany nie włączyły się do wojny i Hitler w Europie ma się świetnie. Migawki z życia.

Rand B. Lee „Three Leaves Of Aloe”. Amrit Chaudhury pracuje w call center, Mumbai-Astra Telecom. Wzywa ją przełożona, jest u niej wicedyrektor szkoły córki. Mówi, że wolał przyjść do niej do pracy, zamiast wzywać ją do szkoły – dość dziwaczny pomysł, ale może w Indiach tak jest? W każdym razie niegrzecznej córce należy wszczepić nannychip. Dość oczywiste, ale ładnie napisane.

Elizabeth Bear and Sarah Monette „Mongoose”. Opowiadanie dziejące się w tzw. Boojumverse, boojum to żywe statki przemierzające deep spaces. Liczne nazwy z „Jabberwocky”, bo czemu by nie, tytułowa Mongoose to Cheshire cat. Trzeba upolować toves, które założyły na statku kolonię, bo za nimi mogą przyjść raths, a potem oczywiście bandersnatch.

Albert E. Cowdrey „Paradiso Lost”. Były żołnierz opowiada historię ze swojej pierwszej misji, dziejącą się na statku kosmicznym lecącym z misją odzyskania kolonistów z odległej planety, gdyż trwa wojna z alienami. Ogromnie dużo szczegółów. Klasyczna historia wojenna.

Nicola Griffith „It Takes Two”. To dość zabawne, że ledwie dziesięć lat temu jeszcze było takie poczucie: But computers were the alien glue that made all kinds of odd limbs stick together and work in ways never intended by nature. Dwoje ludzi specjalizuje się w odmiennych dziedzinach, ale spotykają się regularnie, a potem Cody musi służbowo iść do klubu ze striptizem, co jest opisane z bardzo licznymi szczegółami. Dobrze napisane, ale nieco przegadane. Nominacja do Hugo (novelette).

Geoff Ryman„Blocked”„. Kambodżanin opowiada swój sen, w którym ma żonę, czwórkę dzieci i kasyno, a do Ziemi zbliżają się alieni oraz inne końce świata, i trzeba uciekać. Hipnotyzująca narracja, wieloznaczne, jak to Ryman.

James Van PeltSolace„. Trwająca 4 tysiące lat podróż do Zeta Reticula, bohaterka budzi się z hibernacji raz na sto lat, za drugim razem jej wyświetlacz ścienny nie działa. W równoległym wątku jest bohater pogrzebany w domu pod warstwą śniegu. Ponure, acz z obowiązkowym światełkiem w mroku, na granicy sentymentalności.

Nancy Kress „Act One”. Narrator – karzeł – oraz znana, acz już niemłoda aktorka odwiedzają grupę terrorystyczną, która genetycznie modyfikuje dzieci. Nie wiemy, na czym modyfikacja polega, ale oczywiście się dowiemy. Świetna narracja, niezły pomysł, jak to Kress. Prawdziwie dramatyczne, bez łatwych odpowiedzi. Nominacja do Nebuli oraz Hugo 2010 (novella).

John C. WrightTwilight Of the Gods„. Jeden Pierścień, który kontroluje wszystkie komputery, i dziedziczny Acting Captain statku kosmicznego, który siedzi na tronie. Wszystko było już parę razy. Zamysł niby interesujący, ale nadęte strasznie, wypełnione głównie walką na miecze, zupełnie nie w moim guście.

Ted Kosmatka and Michael PooreBlood Dauber„. Bell pracuje w zoo. Zwierzęta gryzą, ponieważ są nieprzewidywalne. Czy świat, w którym żyjemy, jest przewidywalny? Czy zarabianie mało, ale kochanie swojej pracy, jest ok? A potem Bell znajduje olbrzymią larwę, a w zoo pojawia się skazany Dale. Świetnie napisane.

Damien BroderickThis Wind Blowing, And This Tide„. Cóż za niefajny narrator, tłuścioch o mocach paranormalnych, co pozostaje w kontraście do reszty – klasycznej sf kosmicznej, jesteśmy bowiem na Tytanie. Coś tu z Dicka, albo z „Człowieka w labiryncie” Silverberga. Narator doskonale wie, że jego umiejętności wymykają się nauce, i wzrusza ramionami. Doskonała narracja. A w ogóle chodzi o to, że w Układzie Słonecznym pojawił się bardzo stary statek pokryty żywymi kwiatami, a z nim pytanie, czy mogły go skonstruować dinozaury. Owszem, karkołomne, szalone i staroświecko poetyczne, ale ze świetnie skonstruowanym światem.

Adam RobertsHair„. Świat za kilkadziesiąt lat, nadal rozwarstwiony na skrajnie biednych i bogatych. Narrator jest prawnikiem zaprzyjaźnionym z niewiarygodnie bogatym wynalazcą, który nagle znika. I odnajduje się w Mumbaju z nowym pomysłem, który ma wyeliminować głód (dzięki włosom). Sprawne, pomysłowe, wieloznaczne.

Robert Reed „Before My Last Breath”. Geolog odkrywa przypadkiem przedziwną skamielinę, niewątpliwie aliena. Początkowo tym odkryciem się nikt nie interesuje. Jak to Reed, to bardziej streszczenie niż opowiadanie.

Paul Cornell „One of Our Bastards Is Missing”. Nominacja do Hugo 2010 (novelette). Drugie z serii czterech opowiadań o Hamiltonie. Wszechświat alternatywny, ale trzeba się bardzo uważnie wczytywać, żeby zrozumieć, że Newton odkrył zupełnie co innego niż w naszej historii, w związku z czym nauka wygląda inaczej, mamy dostęp do fałd czasoprzestrzeni oraz skolonizowaliśmy Układ Słoneczny, ale przy tym są tu dziewiętnastowieczne mocarstwa i skomplikowane układy sił. To wszystko należy wyczytać między wierszami, koncentrujemy się bowiem na Hamiltonie, tamtejszym Jamesie Bondzie, tu uczestniczącym w ślubie królewskim. Mam pretensję, uważając, że świat przedstawiony powinien sam się tłumaczyć, a nie wymagać przeczytania innych opowiadań oraz wypowiedzi autora – a z drugiej strony jest w tych niedopowiedzeniach coś pociągającego. Niby czemu wszystko miałoby być zawsze jasne. Fabuła natomiast banalna. Mam wrażenie, że autor odczuwał przemożne pragnienie napisania Bonda, ale jak to tak po prostu Bonda pisać w XXI wieku, więc dołożył efekty sf-magiczne plus wystrój dziewiętnastowieczny. A z drugiej strony jest to jednak odświeżająco INNE.

Chris RobersonEdison’s Frankenstein„. Ameryka, początek XX wieku, ale równoległy. Prometheum świeci i napędza maszyny, a główny bohater jest opiekunem algierskiej trupy cyrkowej. Niektórzy uparcie próbują inwestować w nikomu niepotrzebną elektryczność, jak niejaki Tom Edison, ale kończy się to źle. Trochę to satyra. Chyba celowo zestawione z poprzednim: doskonale widać, jak różne efekty można osiągnąć na kanwie rzeczywistości alternatywnych.

Ian Creasey „Erosion”. Zmodyfikowany narrator wyrusza kolonizować i żegna się z Ziemią. Bardzo oczywiste, ale nieźle rozegrane, aczkolwiek zbyt wyraźna nuta sentymentalizmu. Zupełnie nie wiem, dlaczego przywodzi mi na myśl „Obłok Magellana”.

Ian McDonald „Vishnu at the Cat Circus”. Nominacja do Hugo (novella – wygrał „Palimpsest” Strossa, a nominowane były też „Boże napędy” Scalziego, które uważam za genialne opowiadanie), tłumaczenie ukazało się w „Krokach w nieznane” z 2010. To oczywiście cyberpunkowe Indie przyszłości, jak w wielu opowiadaniach i powieściach McDonalda. „Sit, sit and I will tell you a story, my story. I am Vishnu, and I was designed to be a god.” To już klasyka, trudno uwierzyć, że to tylko 10 lat. Można by narzekać, że w zasadzie nic nowego: ai oraz modyfikacje genetyczne, ale jak to jest napisane!

-> 28

„Pokój” Emma Donoghue

Takie książki powinny być zakazane. W pierwszej osobie opowiada Jack, który właśnie skończył pięć lat, i szybko stałoby się to nużące, a co najmniej minoderyjne, gdyby nie to, że Jack z matką mieszka w jednym niewielkim pokoju, z którego nie mogą wyjść. Jack od urodzenia, jego matka od siedmiu lat. Co parę dni matkę odwiedza Stary Nick, który również dostarcza im podstawowe pożywienie i ubrania. W drzwiach jest zamek szyfrowy. Matkę bolą zęby, chociaż ma tylko 26 lat. Sposób wychowywania dziecka w takich warunkach natychmiast wciąga straszliwie, a po przedstawieniu sytuacji bohaterowie podejmują próbę ucieczki. W żaden sposób nie mogłam się oderwać od lektury, chociaż godzina była już bardzo późna, ponieważ autorka w przerażająco realistyczny sposób pokazuje postrzeganie świata przez dziecko, które go nigdy przedtem nie widziało i właściwie do niedawna nie wiedziało o jego istnieniu. A potem się okazuje, że nie wystarczy po prostu wyjść na wolność. Że jest ojciec matki i jego opinie. Że jest babcia, która mimo dobrych chęci nie jest w stanie pojąć przeżyć swojej córki i wnuka. Że zresztą właściwie nikt nie jest w stanie, nawet specjaliści, bo niby skąd – nikt z nich nie miał do czynienia z takim przypadkiem. Straszna książka, a przecież niestety oparta na prawdziwych wydarzeniach.

„W deszczowy dzień w Nowym Jorku”

W najnowszym filmie Woody’ego Allena dostaje się po równo i starym i młodym. Tych ostatnich reprezentuje tu para uroczych studentów jakiejś niewielkiej uczelni. On jest nowojorczykiem, intelektualistą i graczem w pokera, ona hożą i naiwną blondynką z Arizony. Do szkolnej gazety ma przeprowadzić wywiad z reżyserem Rolandem Pollardem (bez tego podwójnego l w nazwisku też może byśmy się zorientowali, że to alter ego Woody’ego Allena), na Manhattanie. Jej chłopak Gatsby (tak, tak, Gatsby Welles, ni mniej ni więcej) natychmiast planuje im weekend, żeby pokazać dziewczynie Nowy Jork swoich rodziców, których swoją drogą odrzuca i nie zamierza się wybierać na wieczorek organizowany przez matkę, intelektualistkę od urodzenia zmuszającą go do kultury wysokiej. Dalej wiadomo: dziewczyna jest naiwna i bez obycia, popełnia gafę za gafą, ale starsi panowie, czyli reżyser i scenarzysta, wzruszają się tą świeżością i pragną z niej uszczknąć coś dla siebie. Nie mają jednak wiele do zaoferowania, jeden ma kryzys twórczy, ucieka pić i się szlajać, drugi chce mu nieść pomoc, ale po drodze odkrywa, że żona zdradza go z najlepszym przyjacielem. Ashleigh wpada w ramiona trzeciego, przystojnego aktora. Ostatecznie żaden z nich nie przekona jej do nowojorskiego blichtru, ale nie zrobi tego także Gatsby. Jedyną silną postacią jest tutaj matka, wyjawiająca synowi kulisy swojej pasji dla kultury, i pokazująca, że ciągle jeszcze wie bardzo mało o życiu.
To film niezwykle ciepły mimo wtykanych wszystkim delikatnych szpilek, jak zwykle przepełniony miłością do Nowego Jorku, i konsekwentnie w poetyce z lat pięćdziesiątych, mimo występujących w roli dekoracji smartfonów i tabletów. Ale Woody Allen tak ma wyglądać. Inne filmy niech kręcą inni.

„Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi” Julia Boyd

W 1919 międzynarodowa opinia publiczna sprzyja tym biednym Niemcom, którzy wyszli z wojny zubożeni i przygnieceni traktatem wersalskim, a nie tym okropnym Francuzom, którzy żądają reperacji wojennych i w 1923 zajmują zagłębie Ruhry. Anglicy, Amerykanie i mnóstwo innych nacji wysyłają swoje dzieci do niemieckich szkół i na studia. Jest tam tanio, a kultura trzyma się mocno. Tak będzie aż do końca; jeszcze w lecie 1939 mozna znaleźć w niemieckiej prasie ogłoszenia typu „dwudziestoletnia Angielka szuka pracy jako opiekunka do dziecka”.

Chronologicznie obserwujemy pojawianie się faszyzmu, i reakcje na to ludzi, często zwykłych turystów, albo cudzoziemców przebywających w Niemczech czasowo, w tym bodaj tu najdziwniejszego, Chińczyka, który przeżył w Niemczech całą wojnę. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić, ale takich niewyobrażalnych tu jest więcej. Czarny sportowiec Archie Williams, afroamerykański złoty medalista na czterysta metrów, który przybył do Berlina na olimpiadę, i pytany potem o nazistów odparł, że spotkał jedynie miłych Niemców i nie musiał jechać z tyłu autobusu. Poza tym wachlarz reakcji jest niezwykle bogaty. Autorka zresztą regularnie się dziwi, że w tak wielu przypadkach ci inteligentni obyci ludzie decydowali się nie dostrzegać nasilającego się faszyzmu, a nawet pod koniec właściwie już całkiem jawnych przygotowań do wojny. To zresztą wiem od czasu dziennika Virginii Woolf (jest tu też wspomniana, podróżowała z mężem po Niemczech, mąż jako Żyd z pochodzenia miał specjalny glejt, którym nie miał jednak okazji się posłużyć, nosił bowiem na ramieniu oswojoną małpkę, i to interesowało wszystkich znacznie bardziej niż pochodzenie właściciela zwierzątka). Wielu myślało tak jak Virginia Woolf – że wystarczy dać Hitlerowi tereny wschodnie i tym się zadowoli. Wielu sądziło, że wojna już przecież była, kolejnej nie będzie, a że Niemcy się zbroją, to przecież tylko dla obrony. Tak, z naszego punktu widzenia niesłychanie naiwne, ale oni nie z naszego punktu widzenia patrzyli. Zresztą sam Hitler też przecież sądził, że Anglicy go poprą. Jest też przytoczona opinia dwudziestodwuletniego nowozelandzkiego studenta uniwersytetu w Heidelbergu, który w 1932 mówił, że Niemcy w ciągu pół roku zaatakują Polskę.

Największe wrażenie robi tu chyba obraz propagandy. Czarne przedstawiane konsekwentnie jako białe, i tysiące ludzi, którzy się na to nabierali. Albo nawet nie całkiem nabierali, ale nie mogli głośno tego powiedzieć. Znamy to doskonale z własnej niedawnej historii.