„Les prénoms épicènes” Amélie Nothomb

Zaczyna się od rozmowy kochanków.
– Kochamy się już od pięciu lat, i zobacz jak nam jest wspaniale – zachwyca się on.
– To już przeszłość – powiada na to ona, imieniem Reine. – Pojutrze wychodzę za Jean-Louisa.
– Ależ przecież my się kochamy! Kochasz mnie, nie jego! – głupieje on.
– Moi rodzice się szaleńczo kochali, a życie mieli przeciętne. Jean-Louis natomiast zabierze mnie do Paryża – odpowiada mu ukochana i wychodzi.
W następnym rozdziale jest rok 1970, a dwudziestopięcioletnią Dominique podrywa Claude. Pobierają się i mają dziecko. Ponieważ oboje noszą imiona nie zdradzające płci, co po francusku uczenie nazywa się prénom épicène (po ludzku mówi się raczej prénom mixte), dają córce na imię właśnie Epicène. Jest bardzo udana, ale ojciec się nią w ogóle nie interesuje, co dziwne, bo nalegał na posiadanie potomstwa. Aż pewnego dnia planuje intrygę, w wyniku której jego żona zaprzyjaźnia się z pewną elegancką panią imieniem Reine.
Jak to Nothomb: zwięzła (150 stron dużą czcionką), precyzyjna, przenikliwa opowieść, z mottem „Najsilniejszy jest ten, kto kocha”. Porusza zwyczajowe tematy autorki, czyli relacje dzieci i rodziców, oraz podstawy konstruowania własnej tożsamości i życia. Można tu debatować, czy to decyzja Reine była odpowiedzialna za dalsze losy bohatera, czy jednak on sam. I pokazuje, jak można postąpić, kiedy cała życiowa konstrukcja rozwala się jak domek z kart.
Słowo „pneus” jest obecne (jak we wszystkich dotychczasowych jej powieściach), a narracja jest oczywiście teatralna. W dodatku są tu nawiązania do renesansowej komedii „Epicoene or The Silent Woman” Bena Jonsona (rywala Szekspira). Zastanawiam się wobec tego, dlaczego Nothomb nie pisze sztuk. Ta opowieść by się doskonale sprawdziła na scenie, moim zdaniem.

Trakt morski

To w ogóle nie jest fantastyka, ale jest to niewątpliwie Le Guin ze swoją wyciszoną, subtelną narracją. Nie jest to również powieść, tylko zbiór rozdziałów połączonych między sobą miejscem akcji: fikcyjnym miasteczkiem Klatsand na wybrzeżu Oregonu. Kobieta, która w pierwszym rozdziale prowadzi podupadający motel, pojawi się później widziana oczami kolejnego bohatera. To samo zdarzenie będzie zrelacjonowane z punktów widzenia dwóch różnych osób. Przedziwna rzecz, jakoś między wierszami niepokojąca. Nie należy tu się spodziewać żadnych wyraźnych puent: po prostu toczy się życie, ludzie mieszkają, przyjeżdżają, wyjeżdżają, umierają, wchodzą ze sobą w interakcje. Nawet dramaty są tu stonowane.

Ostatni rozdział jest najdłuższy (zajmuje jedną trzecią książki) i jest to zdekomponowana saga rodzinna obejmująca 80 lat wieku XX, relacjonowana w niechronologicznie ułożonych fragmentach opowieści różnych kobiet z tej samej rodziny, a właściwie nawet linii (niektóre z nich pojawiły się przelotnie wcześniej). Ja wiem, że to nie brzmi w opisie dobrze, ale wyszła z tego bardzo ładna mozaika, wnikliwa, dyskretna i niespodziewanie wciągająca. Przyznam, zdarzyło mi się pomyśleć „ale ona umiała TAK pisać, i pisała fantastykę?”. Oczywiście to ma sens: w fantastyce była (i nadal jest) niekwestionowaną królową, podniosła poprzeczkę bardzo wysoko, pokazała, jakie światy można tworzyć i jakimi tematami się zajmować. W głównym nurcie byłaby jeszcze jedną pisarką, dobrą czy bardzo dobrą, ale z dużo większą konkurencją.

Rogue Protocol (Murderbot Diaries 3)

Murderbot przemieszcza się na kolejną planetę, gdzie spotyka grupkę naukowców posiadającą bota do towarzystwa, który jest całkowitym przeciwieństwem bohatera. Mianowicie uwielbia ludzi i uważa ich za swoich przyjaciół. To musi być ciekawa interakcja – i jest. When I’d called it a pet robot, I honestly thought I was exaggerating. This was going to be even more annoying than I had anticipated, and I had anticipated a pretty high level of annoyance, maybe as high as 85 percent. Now I was looking at 90 percent, possibly 95 percent.

Wells trzyma poziom narracji, murderbot nadal jest sobą, akcja jest wartka, to w końcu jest SecUnit i musi prowadzić walkę, przy czym jest w stanie ją jednocześnie obserwować i relacjonować bez emocji. Jedyna moja nieustająca pretensja to, że te teksty są za krótkie. Czwarta część już wyszła, i zdecydowanie należałoby je wydać w jednym tomie. Heroic SecUnits were unrealistic, too, but like I had told ART, there’s the right kind of unrealistic and the wrong kind of unrealistic.

„Życie seksualne kanibali” Maarten J. Troost

Ponieważ czytałam jego twórczość od końca, już wiedziałam, że autor urodził się w Holandii z matki Czeszki, potem został Kanadyjczykiem, a studiował w Stanach. Wszystko to wyjaśnia na początku swojej debiutanckiej książki. Wspomina również o poznaniu swojej dziewczyny Sylvie, która po studiach otrzymuje propozycję pracy w Kiribati. I lecą na wyspę Tarawę. Maarten oczywiście z głową pełną wizji nieskażonego tropikalnego raju, tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Jest bieda, rafa koralowa zaśmiecona, a miejscowi (I-Kiribati) bez skrępowania załatwiają potrzeby naturalne do malowniczej zatoczki, gdzie autor chciałby zażyć rozkosznej kąpieli. Oraz nie ma co jeść. Teoretycznie są ryby, ale na masową skalę wyławia je Japonia, nie bardzo za to płacąc. Oprócz tego jest trochę importowanych puszek, i to wszystko.

Mieszkańcy atolu bardzo się różnią od Europejczyków czy Amerykanów: kiedy autor woła ostrzegawczo „rekin”, zamiast uciekać radośnie wskakiwali do wody, żeby zapolować. Słyną również z umiejętności gubienia się na oceanie (ponieważ na przykład zapomnieli zatankować benzynę) i odnajdywania się w dobrym stanie po tygodniach czy miesiącach.

Styl autora jest ten sam co w pozostałych książkach: zwierzenia osobiste, z dużą dozą poczucia humoru, przesady i autoironii, zmieszane z rzeczowymi informacjami na temat miejsca pobytu. Jest tu mnóstwo gorzkich obserwacji, jak bezsensowna jest pomoc płynąca ze świata, polegająca na organizowaniu rozmaitych konferencji przez i dla ludzi, którzy nie mają pojęcia o życiu na atolu koralowym. Całość w każdym razie bardzo wciągająca, chyba nawet bardziej niż pozostałe książki.

Mock. Pojedynek

Kolejna część nastąpiła, i patrzyłam na nią bardzo podejrzliwie, aż w końcu zdecydowalam się rzucić okiem na początek. 1916, front niemiecko-rosyjski, Feldwebelleutnant Eberhard Mock otrzymuje dziwny rozkaz. Sprawnie napisane. Potem przenosimy się do 1905, ubogi dwudziestodwuletni student filozofii Mock chodzi na uczelnię i ma zostać profesorem gimnazjalnym z wysoką państwową pensją. Jest również wśród studentów outsiderem. To dość zabawna odmiana po poprzednich tomach: poznajemy młodość bohatera, kiedy nie ma jeszcze pieniędzy na wykwintne potrawy. W tle pewien pan baron ma żonę zabawiającą się w ladacznicę, która zostaje pobita przez klienta. Poza tym niewiele się dzieje, jest debata filozoficzna przytoczona z masą szczegółów. A potem Mock w niezwykle naciągany sposób, za to w wielkiej ilości słów oraz starannie odmalowanych nieładnych obrazków zostaje asystentem prywatnego detektywa. Żeby chociaż miał coś ciekawego do znalezienia, ale nie: ma wrobić kolegę ze studiów, który jest z gruntu zły, co wiemy od początku. To niespełna połowa książki i zastanawiałam się poważnie, czy tu już nie porzucić lektury. Wiadomo w końcu, co się stanie: Mock wykryje, że Lotz jest sadystycznym zwyrodnialcem (musi być – przecież to Krajewski), w kulminacyjnej scenie porządnie od niego oberwie, a potem poczuje powołanie do kariery policyjnej. Że Natasza nie jest szlachetną dziewicą, też jest oczywiste od początku. Nie mogłam jednak wpaść na żadne powiązanie z prologiem oraz żoną barona, więc nolens volens czytałam dalej, niepotrzebnie.

Opisy życia studenckiego we Wrocławiu początku wieku, kiedy to jeszcze w modzie były pojedynki i honor, są całkiem fajne; bohater jest dość dobrze skonstruowany… i to koniec zalet tej powieści, która co prawda nie jest tak obrzydliwa i niesmaczna jak poprzednia, za to jest zwyczajnie nudna. Rozdzierająco, przeraźliwie nudna. Plus zawiera zdania, które każą mi podejrzewać, że pisał to jakiś gimnazjalista „Gdyby to, co miał zaraz zrobić, zostało spotęgowane przez furię, cała intryga, nad której misternością jego mentor aż się zadziwił, obróciłaby się wniwecz.” Do tego nadużywanie wielokropków. Nie warto, naprawdę nie.

Lethal White

Czwarty tom kryminalnej sagi Roberta Galbraitha zaczyna się dwie godziny po końcu „Żniw zła„, czyli weselem Robin i Matthew. Oglądamy to na przemian oczami panny młodej i obecnego tam Strike’a. Ona bardzo chce wrócić do pracy, on bardzo chce, żeby ona wróciła, tylko nie całkiem mogą się porozumieć, co jest zrozumiałe w tych okolicznościach. Potem przeskakujemy rok później. Nie zdradzę wielkiego sekretu pisząc, że Robin wróciła do pracy, i że jest młodą żoną pełną wątpliwości. Tymczasem do biura Cormorana wpada szaleniec bełkoczący o jakimś dokonanym lata wcześniej zabójstwie dziecka. Jest rok 2012 i Strike natyka się na grupę protestujących przeciwko olimpiadzie w Londynie, a potem zgłasza się do niego polityk, który jest szantażowany i prosi o pomoc. Następnie w akcji jest pewien zastój, skupiamy się na prywatnych życiach obojga bohaterów, w pewnym momencie nawet stwierdziłam, że trochę już nudą wieje. W tym momencie pojawia się trup, uzyskany metodą dość oryginalną i inspirującą, więc akcja z powrotem się ożywia. Druga połowa jest świetna, masa naprawdę dramatycznych scen, oraz nie miałam zielonego pojęcia, kto zabił. Ostatnie rozdziały czytałam nie oddychając, dobrze, że są krótkie. Po ochłonięciu mam do nich jednak pewne zastrzeżenia, o których w ostatnim akapicie.

Postaci są bardzo plastycznie przedstawione, a akcja szalenie wciąga, chociaż w pierwszej połowie męczyło mnie chwilami szczególarstwo: jak bohaterowie jedzą, to jedzą, wiemy dokładnie kto co spożywa, ile z talerza już zmiótł, jak kluski nawijał, i tak parę razy. To samo z paleniem, Strike zapala, gasi, wyrzuca, odpala jednego od drugiego, i w kółko, a jak nie pali, to go boli kolano na rozmaite sposoby. Nie lubię takiego zapychania stron. Każdy rozdział ma motto ze sztuki Ibsena „Rosmersholm”. Występuje w niej polityk, którego żona popełniła samobójstwo. Pojawia się tam również biały koń symbolizujący przeszłość i nieumiejętność poradzenia sobie z przykrymi wspomnieniami. Łatwo zobaczyć, w jaki sposób Rowling wykorzystała ten motyw w swojej powieści, choć nie przybliża nas to do rozwiązania zagadki.

Znajduje się tu polski akcent, sprzedawczyni mówiąca do Polek na Camden „dziękuję ci”, z poprawnymi ogonkami, bardzo mnie to ujęło. Oczywiście postać nauczyła się tego podobno od sprzątaczki, a jakże.

Zirytowała mnie postać Lorelei. Młoda ładna bystra kobieta: obsługuje, obskakuje, robi lody i obiady facetowi, który ewidentnie nie ma ochoty się odwzajemniać w najmniejszym stopniu i co najwyżej robi łaskę swoją rzadką obecnością. Burczałam pod nosem
– Tak, panie Robercie Galbraith, może gdybyś sam był kobietą, to byś nie tworzył takich durnych bohaterek!
Po czym przemyślałam sprawę. Niby czemu Rowling miałaby nie udawać, że takie kobiety nie istnieją, jak pełno ich wokół. Pomysł „jak się dobrze postaram, to on się na pewno w końcu zorientuje, że jestem idealna i mnie kocha” ma się świetnie w XXI wieku. Może właśnie ujrzawszy się w takim krzywym zwierciadle któraś przemyśli swoje postępowanie.

Olbrzymie zastrzeżenia i pretensje mam natomiast do innych rzeczy, w końcówce. Cb cvrejfmr Enss avr zótł zvrć crjabśpv, żr Ebova anqny zn mnoybxbjnal gryrsba Znggn (żr fnzn Ebova avr fcenjqmvłn nqerfh – wrfg gb tłhcvr, nyr gb wrfmpmr zbtę jlonpmlć j mjvąmxh m cbścvrpurz v hpmhpvnzv żljvbalzv qb zężn). Cb qehtvr, bxebcavr ebmpmnebjhwąpr: avr qbjvnqhwrzl fvę, wnx Fgevxr qbfmrqł qb ebmjvąmnavn, n j gerśpv avr zn żnqalpu jlfgnepmnwąpb jlenźalpu jfxnmójrx. Bx, qbść jpmrśavr zbżan fvę mbevragbjnć, żr Xvainen zhfvnłn zvrć jfcóyavxn, n wrtb gbżfnzbść zbżr jlwść mr movrżabśpv wrw mnłnznavn j ovhemr Qryyv benm jcnqxv Encunryn m Senaprfxą. Wrqanx xyhpmrz wrfg boenm, v Fgevxr cbjvavra qhżb jpmrśavrw mnclgnć, pb manpml „cvronyq”. Ebov gb b jvryr mn cóźab, żrol gb zvnłb fraf. Cb gemrpvr, xvrql whż cemrłxavrzl, żr Pbezbena, j xbńph xhmla Uneel’rtb Cbggren, anwjlenźavrw manynmł ebmjvąmnavr mntnqxv j zntvpmal fcbfóo, gb pmrzh h yvpun cbmjbyvł Encunrybjv hpvrp, fgbwąp cbq qbzrz, j xgóelz gra fvę hxeljnł m boenmrz an tóemr?!! Cbjvaav j glz zbzrapvr mnjbłnć cbyvpwę mnzvnfg fcbxbwavr fvę bqqnynć, mjłnfmpmn cbqrwemrjnwąp zbżyvjbść xbyrwartb mnoówfgjn. Qynpmrtb Ebova zh an gb cbmjnyn mnzvnfg bq enmh mnżąqnć jlwnśavrń? Bpmljvśpvr, avr olłbol qenznglpmartb bfgngavrtb ebmqmvnłh, nyr ebovravr tłhcbg glyxb j glz pryh gb avrmjlxyr gnav pujlg, xgóertb wrqanx fvę cb Ebjyvat avr fcbqmvrjnłnz. V j xbńph qynpmrtb j bfgngavz zbzrapvr Enss avr ovremr Ebova wnxb mnxłnqavpmxv?

Do kolejnego tomu podejdę z dużym dystansem.

Na marginesie życia

Ostatni tom trylogii Grzesiuka wydany bez skreśleń z okazji jego setnej rocznicy urodzin. Tu też te przywrócone fragmenty są pogrubione, i robi to ogromne wrażenie, mam wrażenie, że wytłuszczona jest połowa książki. Znacznie więcej niż w przypadku poprzednich. Autor ukończył pisanie w 1961, świadom, że zostało mu już niewiele czasu, i dlatego na wszystkie usunięcia się zgodził. Bardzo dobrze, że podjęto decyzję o ponownym wydaniu. Dostajemy niezwykle barwną, ogromnie przejmującą opowieść o walce z chorobą. Wydaje się, że po „Pięciu latach kacetu” trudno napisać coś równie poruszającego, a jednak Grzesiukowi się udało. Może też ze względu na to, że przy tej pierwszej mamy świadomość, że nastąpi dobre zakończenie, a w przypadku „Marginesu” wiemy, że wprost przeciwnie. Najbardziej uderza nieustanny dobry humor autora, który jest autentyczny. Nawet pisząc o rzeczach gorzkich i bolesnych Grzesiuk potrafi je skontrapunktować wygłupem czy psotą. Nie ma tu natomiast żadnego epatowania przeszłością obozową: podświadomie spodziewałam się jakichś porównań, że nawet tam tak nie cierpiał; nic podobnego, to nawet nie przychodzi autorowi na myśl.
Poprzednie wydania były bardzo wygładzone i ugrzecznione. Tu widać wyraźnie agresję bohatera, do której przyznaje się bez dumy, ale i bez fałszywego wstydu. Jest wstrząsający fragment o chorobie dziecka, zarażonego zresztą przez samego Grzesiuka, który usiłował wypierać myśl o własnej gruźlicy. Synek spędził całe lata w sanatorium, a kiedy w którymś momencie jego ojciec myśli, że nie uda się go wyleczyć, postanawia zabrać go do domu skazując na śmierć. Tak będzie lepiej niż obarczać żonę ciężarem. Na szczęście synowi ostatecznie się udało przeżyć.
Stasiek musiał być w sanatoriach absolutnie nieznośnym pacjentem, opisom dokuczliwych figli nie ma tu końca. Wielokrotnie zaznacza, że płynąca z tego zabawa wpływała dobrze na leczenie, inaczej zwariowaliby z nudów. Inni pacjenci niekoniecznie byli tego samego zdania. Jest tu też rozdział o alkoholizmie, też niezwykle żywo i szczerze napisany, choć kompozycyjnie sprawia wrażenie doklejonego do reszty. Grzesiuk twierdzi, że potem już pić przestał, nie wiem czy to cała prawda. Z wdzięcznością natomiast myślę o szczepionce na gruźlicę. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak straszliwą jest chorobą. Na zakończenie autor odnotowuje swoje uwagi na temat postrzegania gruźlików przez społeczeństwo i odwracania się od nich znajomych. Ze strachu przed zarażeniem nie pozwala im się pracować, nawet jeśli są już wyleczeni. Gruźlików już wprawdzie nie ma, są za to inne choroby, a przez pół wieku niewiele się w tej materii zmieniło.
Najbardziej żałuję tych książek, na które podobno miał pomysły, a których już napisać nie zdążył. Gdybym się kiedyś przeniosła do alternatywnej rzeczywistości, to na pewno w pierwszym odruchu sprawdziłabym, czy ich tam nie ma.