„We Are Satellites” Sarah Pinsker

Majowa nowość nagradzanej autorki, której debiut dostał Nebulę w ubiegłym roku. Jak często u niej, bliska przyszłość: bardzo bliska, niemal nasz świat. Tyle, że właśnie w modę weszły Piloty, wszczepiane w skroń stymulatory mózgu, pozwalające na wielozadaniowość. Korzysta z nich coraz więcej dorosłych i uczniów. Osoby bez nich nieuchronnie zostaną w tyle, bez względu na talent (to również temat poruszany w najnowszej książce Ishiguro).

Oglądamy perypetie rodziny Val – jest nauczycielką wf-u oraz geografii w lokalnej szkole. Nastoletni syn David bardzo pragnie posiadać Pilota, bo „wszyscy już mają”. Val się wzdraga, ponieważ mają jeszcze adoptowaną dziesięciolatkę z epilepsją. Leki pomagają na chwilę, ataki wracają, lekarze mówią, że nie jest to problem do operowania. Val jest zdumiona, że z jednej strony najlepsi specjaliści nie potrafią wyleczyć córki, a z drugiej powszechnie ingerują w mózgi zdrowych ludzi – oczywiście to nie jest takie proste, ale emocje Val są całkowicie zrozumiałe i dobrze oddane. Natomiast jej żona Julie, pracująca dla lokalnego polityka, sama chciałaby Pilota. Nalega na zafundowanie go Davidowi, Val niechętnie ulega. Chłopak jednak wkrótce odkrywa, że posiadanie tego urządzenia nie jest takie fajne, jak głosiły reklamy.

Daej fantastyki jest bardzo niewiele, zajmujemy się głównie relacjami w rodzinie, oraz szerzej, polityką. Na myśl przychodzą „Hiszpańscy żebracy” Kress: rozwarstwienie na nowych lepszych ludzi i pozostałych. Kwestie techniczne trochę niedopracowane: w szkole nie powinno być „geografii dla bez-Pilotowców”, tylko raczej jakiś jeden przedmiot będący mieszanką kilku nauczanych jednocześnie, wtedy rzeczywiście widać by było, że nieulepszeni sobie nie poradzą. Poza tym, co właściwie dzieciom dają Piloty? Uczą się więcej? Ale niekoniecznie to przecież zapamiętują na dłużej; mogliby się uczyć szybciej, ale tego też nie widać.

Mam nadzieję, że nie jest to książka tak prorocza, jak poprzednia. Raczej nam jeszcze daleko do tak powszechnego grzebania w mózgach. A że rozwarstwienia społeczne istnieją i istnieć będą, to wiadomo.

„Dziewczyna z konbini” Sayaka Murata

Keiko nie jest jak inni ludzie, o czym wie, chociaż różnicy nie ogarnia. Nie rozumie ich emocji, dla niej świat jest wyłącznie logiczny. Radzi sobie naśladując mimikę i sposób mówienia innych. Jako osiemnastolatka zatrudnia się w tytułowym konbini, sieciowym małym sklepie ze wszystkim, i odnajduje swoje powołanie. Zasady są jasne, wiadomo, co trzeba mówić („Zapraszamy! Oczywiście! Dziękujemy bardzo!”) i robić: kiedy uzupełniać towary, jak dbać o klienta. Osiemnaście lat później dziewczyna nadal pracuje w tym samym sklepie, nadal dorywczo, i byłaby na swój sposób szczęśliwa, gdyby nie rodzina i znajomi, rozpaczający nad jej życiem. Dlaczego nie wyjdzie za mąż, nie urodzi dziecka, nie znajdzie stałej pracy, przecież tak nie można żyć. Dlaczego się nie wyleczy, sugeruje siostra, świadoma, że coś jest nie tak, i przekonana, że dałoby się temu prosto zaradzić. Keiko zaczyna myśleć, że faktycznie należy robić jak wszyscy, i podejmuje kroki zaradcze, zgodnie z własną logiką.

Murata daje po pierwsze ciekawą analizę osoby funkcjonującej inaczej niż przeciętny człowiek, po drugie krytykę społeczeństwa, w którym należy postępować tak jak inni, żeby nie być odrzuconym. Nie można sobie po prostu żyć, nie wadząc nikomu, bo budzi się dyskomfort u bliźnich. Okraszone to specyfiką japońską: zwłaszcza zwraca uwagę ta niezwykła uprzejmość sprzedawców w sklepiku spożywczym. Przypomniało mi się, jak kiedyś czytałam o Japończykach doznających w Paryżu ciężkiego szoku kulturowego, ponieważ ekspedienci nie traktują ich należycie. Nie do końca wtedy rozumiałam, świeżo przybyła z Polski, na czym polega problem.  

Książkę wyciągnęłam z listy A.I., z której zamierzam jeszcze korzystać.

„Projekt Hail Mary” Andy Weir

Pierwszoosobowy narrator budzi się i musi odpowiadać na głupie pytania jakiegoś komputera. Nie ma pojęcia, gdzie ani kim jest. Ma jednak zupełnie niezłą wiedzę dotyczącą faktów naukowych, co mu pomaga zorientować się, że coś jest nie tak z grawitacją, wynosi bowiem 1,5 g (co jest starannie policzone). Poza badaniem otoczenia mamy tu przebłyski wspomnień, bohaterowi wraca bowiem powoli pamięć, i stopniowo dowiadujemy się, gdzie jest i w jakim celu. Jest oczywiście na statku kosmicznym, i jak to Weir, to jest właściwie nasza technologia; z jedną istotną zmianą, która jest osią całej opowieści. Sprytny pomysł, bardzo ciekawie i starannie opisany. Szalenie mi się podobało zastąpienie hibernacji zwykłym wprowadzeniem w śpiączkę. Fizyka porządna, całość wciąga. Relacji międzyludzkich, od których Weir nie jest specjalistą, właściwie nie ma, ponieważ bohater jest na statku sam, a przedtem też był raczej odludkiem, naukowcem dziwakiem.

Dalej mamy mieszankę „Misji grawitacyjnej” z „Obłokiem Magellana”, okraszone „Arrival”; bywa to wszystko naiwne, ale zagadki techniczne, fizyczne, i pomysły ksenobiologiczne mi to wynagradzają. Prawdziwa przyjemność polega tu na odgadywaniu, co się teraz zepsuje, i jak bohaterowie sobie z tym poradzą (przy pomocy żywicy epoksydowej, oczywiście). Oraz przyznaję, że niby wszystko było oczywiste, a zaskoczyły mnie okoliczności, w jakich Grace został astronautą. Kolejny świetny, nierozgrywany chyba wcześniej pomysł.

Wątpliwości: łańcuch – najpierw zrobili wszystkie ogniwa, a potem zaczęli je łączyć w całość, i dopiero wtedy zaczęło im brakować miejsca? Coś mi się tu nie zgadza. Ale to może być tylko skrót myślowy, albo wręcz problem w tłumaczeniu. Słyszenie tych samych częstotliwości: doskonałe uzasadnienie, ale mam drobne wątpliwości, prędkość rozchodzenia się dźwięku zależy od środowiska i jego temperatury; ale z grubsza Weir chyba ma rację. Związek myślenia z grawitacją natomiast cudowny.

„The Once and Future Witches” Alix E. Harrow

1893, New Salem. Po siedmiu latach spotykają się tu trzy siostry. Dwie starsze uciekły od złego ojca wcześniej, zostawiając najmłodszą na jego pastwę. Po jego śmierci i ona tu przybywa. Natychmiast się odnajdują, przyciągane tajemniczą magiczną wizją. One trzy są początkującymi czaronicami, jest to bowiem świat, gdzie wśród baśni sióstr Grimm i Charlotte Perrault można odkryć zapomniane magiczne formuły. Nieco wiedzy przekazała im również babcia Mags. W Nowym Salem tymczasem zbierają się sufrażystki żądające praw dla kobiet. Ale również i przy nich nie wolno głośno mówić o magii. Nic takiego nie istnieje; choć wszystkie przecież widzały tę wieżę, gdy na chwilę pękła rzeczywistość.  

Bardzo ciekawy pomysł, zwłaszcza że Harrow jest historyczką. Przybliżenie historii walki o prawa kobiet zawsze cenne, a ubarwienie go magią wychodzi świetnie. Początek nieco zbyt egzaltowany jak na mój gust: nerwowa narracja w czasie teraźniejszym, złowieszcza wieża, tajemnice, intensywne przeżycia. Ale z czasem się uspokaja, układa, robi coraz lepsze i wciąga do ostatniej strony. Bardzo dobre, wielowymiarowe bohaterki (mężczyzn jest tu tylko szczypta, i raczej w roli czarnych charakterów). Doceniam również liczne aluzje literackie oraz stare baśnie na nowo opowiedziane: znalazła się tutaj nawet Kościej Nieśmiertelna.

Witchcraft isn’t one thing but many things, all the ways and words women have found to wreak their wills on the world.

„Pomiędzy” Paweł Radziszewski

Urokliwy tegoroczny debiut prozaika urodzonego w 1982 i mieszkającego w Gdańsku, a sięgnęłam po tę książkę, bo na okładce polecali ją Bator i Orbitowski, co uznałam za zestawienie tak intrygujące, że koniecznie do sprawdzenia. Słusznie.

Miejsce: wieś polska Zręby, między lasem (przeklętym) a przystankiem autobusowym. Czas: między kiedyś a teraz. Cecha szczególna: labirynt rowów melioracyjnych, którymi lepiej nie chodzić, bo można wyjść w zupełnie innym miejscu i czasie, niż się sądziło, chyba że się jest Romkiem, który „jako jedyny chodził rowami regularnie, mówił, że można się nimi dostać, gdziekolwiek się zechce, trzeba sobie tylko to miejsce umieć wyobrazić.” Romek, syn Jakuba, nie stąd, i Poli, która kiedyś kochała cygańskiego króla. Jest tu jeszcze syn Romka, Michał, który ma różnokolorowe oczy, i który nauczył się znikać w porze dojenia krów. W piwnicy w fundamentach spalonego domu na wzniesieniu mieszka ostatni z rodu Karpowiczów, Ignacy. Jak wszyscy mężczyźni z jego rodziny jest potężny, porośnięty czarnym włosem, i umięśniony, ale tylko od pasa w górę. Nóżki zostały mu dziecinne. „Doszedł do wniosku, że brak mu słów. Było ich za mało, żeby nazwać wszystko, co ma w głowie, więc zaczął wymyślać własne. Za ich pomocą potrafił wyrazić to, co myśli, tyle że nikt go nie rozumiał, toteż zaczął sobie pomagać rękami.

W kolejnych częściach zasygnalizowane na początku motywy powracają, wyjaśniane bardziej szczegółowo. Historia zatacza spiralne kręgi, w centrum mając garbatą gruszę, dom o kamiennych fundamentach, bagno, i obraz. Radziszewski daje nam opowieść konsekwentnie pomiędzy: magią a realizmem, baśnią a faktami, przeszłością a teraźniejszością. „Świat nie był ani ładny, ani brzydki, po prostu był, i to bardzo wyraźny, bo wschodzące słońce wyostrzało krawędzie.” Być może odrobinę szkoda, że w tej gawędzie korzeni i mgły zabrakło nieco ciężaru. Przydałby się chyba jakiś jeden wyrazistszy bohater. Wchłaniałam rozmytą w leniwie płynącej wodzie narrację, ale nie było tu nikogo, czyim losem można by się przejąć, lub przynajmniej charakterem zirytować. Celowo – to właściwie garbata grusza jest główną obserwatorką historii (a być może również narratorką), ale za ten ładnie rozegrany pomysł płaci się określoną cenę. W labiryncie splecionych losów zabrakło jakiegoś jednego wydarzenia, na które można by czekać.  

– Lepiej było siedzieć w bagnie po pas i mieć spokój, zamiast patrzeć, jak obcy ludzie kręcą się po wsi i pieniądze Cyganom przywożą, byleby się tylko bagiennym błotem posmarować. A przecież to nasza wieś i nasze błoto.

„Zostań ze mną” Ayobami Adebayo

Anglojęzyczny debiut urodzonej w roku 1988 nigeryjskiej pisarki, uczennicy Margaret Atwood. Pewnym zaskoczeniem było dla mnie, że młoda autorka nie pisze o czasach sobie współczesnych, co jest naturalnym wyborem początkujących, tylko sięga w lata osiemdziesiąte – i robi to znakomicie. Zgaduję bezpodstawnie, że inspirować musiało ją pokolenie jej rodziców.

Studenci Akin i Yejide poznali się na początku lat osiemdziesiątych. Miłość, ślub. Brak dziecka. Brak dziecka, który jest im coraz bardziej wypominany przez rodzinę, przy czym Yejide nie ma prawdziwej rodziny, wychowywały ją macochy, cztery żony ojca, jej własna matka (druga żona ojca) zmarła przy porodzie. Ojciec też już nie żyje. Dziewczyna ma tylko męża; a ten właśnie przyprowadził do domu drugą żonę. Nawet nie on sam, jego wuj i najstarsza macocha. Każą Yejide zaakceptować ten stan rzeczy: Akin ma wszak prawo do posiadania dzieci, a skoro ona nie może mu ich dać, to cóż, trzeba nową żonę, to naturalne.

Sam Akin usiłuje lawirować między wymaganiami rodziny, a żoną. Wybiera na drugą małżonkę tę właśnie dziewczynę, ponieważ ona nie domaga się niczego. Godzi się zamieszkać oddzielnie w mieście. Na początku w ogóle z nią nie sypia. Ale Funmi nie zamierza być cały czas bierna. Jest legalną drugą żoną, chce swoje prawa. W tle skomplikowana Nigeria lat osiemdziesiątych.

Końcówka za bardzo amerykańska na mój gust, ale to wciągająca bez reszty, znakomicie napisana, zaskakująca książka. Uczciwa, wnikliwa, solidna. Mniej egzotyczna, niż można by się spodziewać. Z całą pewnością usłyszymy jeszcze o autorce. 

Dziecko

Niedawno przyjaciółka prychnęła na mnie, że nie rozumie tej fascynacji dziećmi. Uświadomiłam sobie wtedy, jak bardzo to doświadczenie jest osobiste i nieopowiadalne. Mimo wszystkich trudności, siwych włosów, wyczerpania nerwowego, pogryzionych syfonów, nie żałowałam ani przez pół sekundy tamtej decyzji. Owszem, zdarza mi się zastanawiać, jak by mi było bez potomka; zazwyczaj dochodzę do wniosku, że mniej więcej tak samo. Spokojniej, nudniej, wygodniej. I nie miałabym pojęcia, co mnie ominęło.

Ten pierwszy raz, kiedy powiedział zdanie. Pierwszy raz, kiedy z jego ust usłyszałam swoje własne powiedzenie. Pierwszy, kiedy mi pomógł, kiedy się o mnie zatroszczył. Kiedy pamiętał mój ulubiony kolor i kwiat. Kiedy sam odkręcił boczne koła od rowerka, wsiadł i pojechał. Kiedy użył w dyskusji mojego argumentu. Kiedy wykazał się poczuciem humoru. Kiedy powiedział mi coś, czego nie wiedziałam. Wszystkie niezliczone trudne, coraz trudniejsze pytania. Wszystkie te razy, kiedy patrzę na niego zdumiona, że jakimś cudem sprowadziłam na ten świat (oczywiście, że nie najlepszy z możliwych, Leibniz) osobnego człowieka. Podejrzewam, że nie przestanie mnie to zadziwiać do końca.

„O czym wiedziała Maisie” Henry James

Jakaż to jest potwornie irytująca, nieznośna, okropna książka! Pragnęłam wszystkich bohaterów (z wyjątkiem tytułowej dziewczynki) chłostać do krwi, a potem topić w oceanie, ale żaden ocean na to nie zasłużył, zmieniłam więc koncepcję na użyźnianie nimi powierzchni Marsa.  

Książka jest z roku 1897, jesteśmy w Londynie, wśród „eleganckiej” socjety. Beale i Ida Farange się rozwodzą, i od pierwszej chwili widzimy, że nie są fajnymi ludźmi: zaciekle walczą o prawo do opieki nad sześcioletnią córką, tylko po to, żeby udowodnić temu drugiemu swoją wyższość. Opieka zostaje im przyznana po pół roku każdemu. Matka natychmiast traci zainteresowanie potomkinią i zatrudnia dla niej guwernantkę, śliczną pannę Overmore. Maisie mocno przywiązuje się do niej (do kogoś musi), ale matka nie zamierza posłać panny z nią do ojca, żeby nie było mu za dobrze. Ta jednakowoż bierze sprawy we własne ręce: pod pozorem przemożnej miłości do dziecka zjawia się u ojca i wkrótce go poślubia. Maisie idzie w odstawkę, ojciec nie zamierza posyłać jej do szkoły, bo to za drogie, matka nie zamierza jej wziąć do siebie zgodnie z ustaleniami, bo wybywa do Florencji, gdzie szykuje swoje małżeństwo; biedne dziecko nudzi się całymi dniami.

I tak dalej, dorośli stwarzają dziewczynce prawdziwe piekło: między kolegami ojca, którzy ją podszczypują i macają (ich nie chciałam chłostać do krwi, ich chciałam własnoręcznie kroić żyletkami przed wrzuceniem w atmosferę Wenus), nową żoną ojca, nowym mężem matki (ten akurat wydaje się z początku autentycznie życzliwy, ale ha! on też ma swój własny powód)… Nie, to nie na moje nerwy. Rozumiem, że James pisał to z pozycji krytyka społeczeństwa przeżartego zepsuciem, ale jak na mój gust nadmiernie się lubuje w tych opisach, postaci są jednowymiarowe, a teza jest oczywista z góry i podkreślana krechami tak grubymi, że nie ma tam już miejsca na nic innego. Zgadzam się z Nabokovem, który podobno określił tę książkę mianem „terrible”.

W nadzwyczajnie nadętej przedmowie napisanej dziesięć lat później z pozycji Wielkiego Pisarza, któremu właśnie wydają dzieła zebrane, James tłumaczy, że zafascynowała go możliwość, jak dziecko w swoim ograniczonym pojmowaniu świata mogłoby samo sobie poukładać swój los, dzięki swojej naiwności, czystości i prawości. Jest to tak głupi pomysł, że nie mam słów. „Cud, dzięki któremu tożsamość dziecka nie doznaje uszczerbku, obarczona ciężarem – zdawałoby się – ponad jej siły, wyróżnia ją na tle innych, przydaje opowieści różnorodności i ducha właśnie za sprawą owego ciężaru – który okazałby się błahy, gdyby nie jego potworny wymiar.” James, szkoda że nie żyjesz, bo wyjaśniłabym ci dobitnie, że: doznaje uszczerbku, ciężar jest ponad jej siły, Maisie ma w dupie twoje wyróżnienie (ja również), a w tej opowieści nie ma żadnej różnorodności i ducha, wszyscy są jednakowymi potwornymi idiotami, kompletnymi zwyrodnialcami oraz przerażającymi, płaskimi egoistami, których mógł powołać do życia tylko jakiś nudny moralista o mętnym umyśle.

„Fugitive Telemetry” Martha Wells (Murderbot Diaries 6)

Murderbocik powrócił, ukochany nasz, milusi! Tak, wiem, z jakim brakiem entuzjazmu przyjąłby sam bohater ten opis (z takim samym jak ja, gdyby ktoś ośmielił się  nazwać mnie „milusią”) (nie żeby komukolwiek mogło to przyjść do głowy), ale żywię wobec niego uczucia nieodmiennie gorące. Tym gorętsze, im bardziej obiekt jest ponury, zgryźliwy i niechętny ludziom. „I told her, They don’t want me. (Hey, I don’t want me, either, but I’m stuck with me.)

W tej odsłonie SecUnit przebywa na Preservation Station, gdzie cieszy się prawami autonomicznej osoby, chociaż nie wszystkim się to podoba. Wraz z dr Mensah odkrywają w przejściu zwłoki niezidentyfikowanego człowieka, co wszystkich mocno zaskakuje, bo Stacja jest bardzo bezpiecznym miejscem i takie rzeczy się tu nie zdarzają. Nic dziwnego, że Station Security nie bardzo wie, od czego w ogóle zacząć dochodzenie, wydaje się, że nie ma żadnego punktu zaczepienia. Ale od czego Murderbot i jego możliwości oraz umiejętności, na przykład rozmowy ze wszystkimi aktualnie będącymi na miejscu statkami. Nie żeby Station Security podchodziła z radością do konieczności współpracy z SecUnitem: mamy tu więc standardowy motyw  „prywatny detektyw kontra policja” w nowej odsłonie. A jest to detektyw, wyciągający wnioski z rzeczy, o zauważeniu których nikt poza nim nawet nie pomyślał – i to powinno być oczywiste, ale z jakiejś tajemniczej przyczyny nadal bawi mnie niesłychanie. Nic tu się nie nudzi, nawet wzmianki o ulubionym zajęciu Murderbota, czyli oglądaniu kiepskich seriali, nie są natrętne, a dobrze wkomponowane w całość. Nadal również doceniam, że Wells nie streszcza poprzednich tomów, wrzuca tylko drobne wzmianki o poprzednich wydarzeniach, których znajomość nie jest niezbędna.

Na poziomie pozafantastycznym autorce świetnie wychodzi sportretowanie osoby myślącej odmiennie od większości ludzi, przy tym świadomej swojej odmienności i tego, jak jest postrzegana – a jednak nieco wbrew sobie potrzebującej towarzystwa tych irytujących istot. Jest mi to bliskie, a mnie jest jednak łatwiej znaleźć sobie podobnych. Murderbot nie znajdzie żadnego zrozumienia wśród innych SecUnitów, te są bowiem maszynami. W zrozumienie ze strony ludzi nie wierzy, choć pewnie nie do końca słusznie. Ładnie też narysowane (na marginesie historii) jest pragnienie bohatera, aby uznawano go za osobę świadomą równą ludziom, choć niebędącą człowiekiem: z tym ludzie mają straszny problem. Podejrzewają, że Murderbot chce się podszywać pod homo sapiensa, a kiedy już rozumieją, że niekoniecznie, natychmiast żądają od niego określenia ID i genderu. Jeśli ma mieć te prawa, co człowiek, ma się zachowywać jak człowiek. To bardzo trafne spostrzeżenie.

Wells obnaża ludzką trudność w zaakceptowaniu tego, że ktoś odrzuca społeczną zasadę udawania i mimikry. Przy tym nie jestem przekonana, że powinniśmy ją bezwględnie skazywać na niebyt. Stereotypy oraz błyskawiczne wyciąganie wniosków są niezbędne do codziennego życia w społeczeństwie. Bez ich odrzucania powinniśmy jednak mieć świadomość wynikających z nich ograniczeń i pracować nad ich wyłączaniem w specyficznych sytuacjach.

Tor zamieścił również opowiadanie pokazujące punkt widzenia Dr Mensah.

„A Wizard’s Guide to Defensive Baking” T. Kingfisher

Wiedziałam od dawna, od paru nagradzanych opowiadań, że potrzebuję więcej T. Kingfisher w moim życiu, ale jak to zwykle bywa, nie składało się. Potknęłam się jednak o nominację tej ubiegłorocznej powiastki do Andre Norton Award, czyli „Nebuli dla YA”, więcej zachęty nie potrzebowałam.

Mona ma 14 lat, ale mimo młodego wieku jest już samodzielną piekarką u swojej ciotki. Mieszka w miasteczku-państewku zbudowanym na kanałach i rządzonym przez Księżną. Potrafi posługiwać się magią, ale taką bardzo drobną, piekarniczą – umie przekonać ciasto drożdżowe, żeby wyrastało oraz bułeczki, żeby się nie przypaliły w piecu. To wszystko. Nie ceni wysoko tych umiejętności, tymczasem nadchodzą ciężkie czasy dla wszystkich magicznych. A Monę poznajemy, kiedy otwiera piekarnię o czwartej rano i znajduje tam ciało swojej rówieśniczki.

No, Aunt Tabitha, I have discovered a dead body in our kitchen!” was what I meant to say. What came out was something more along the lines of “Aunt Body! There’s a Tabitha—the kitchen—dead, she’s dead—I—come quick—she’s dead!

Magia piekarnicza jest cudowna, akcja bardzo przyzwoita, masa zabawnych, dopracowanych drobiazgów (szczególnie zakwas imieniem Bob: „He’s the first big magic I ever really did, and I didn’t know what I was doing, so I overdid it.”). Może nieco za dużo tutaj powtarzania, że Mona jest jeszcze dzieckiem i nie powinna się zajmować ratowaniem państwa – w świecie przedstawionym dzieckiem już nie jest, pracuje ciężko, nie chodzi do szkoły. Ale rozumiem, że narracja miała przemówić do współczesnych nastolatek.