„Zły Tyrmand” Mariusz Urbanek

Inaczej niż w poprzednich biografiach, tu Urbanek zastosował formę przytaczania relacji ludzi, którzy Tyrmanda znali w jakimś okresie jego życia. Jest to właściwie zbiór krótkich reportażowych obrazków o bohaterze, oczywiście ułożonych chronologicznie. Autor tłumaczy takie podejście wyjątkową wieloznacznością i wewnętrzną sprzecznością swego bohatera, na co nieco mi ręce opadły, bo niby kto nie jest wieloznaczny i skomplikowany. O każdym to można powiedzieć, a już nawracające pytania o to, dlaczego mianowicie ktoś coś zrobił, to zupełna naiwność. Zazwyczaj nie wiemy, dlaczego sami coś zrobiliśmy, a już na pewno nie, dlaczego ktoś inny. Z tego podejścia wynika też powtarzalność. W którymś momencie mruknęłam
– Jeśli jeszcze raz przeczytam o kolorowych skarpetkach, to wydrukuję tego ebooka tylko po to, aby go następnie rytualnie spalić. – Aktualnie szukam odpowiedniego miejsca na ognisko, ponieważ skarpetki pojawiły się jeszcze kilkanaście razy. Ogień rozpalić wypadałoby w Maisons-Lafitte, gdzie swego czasu Giedroyc palił wydaną przez Tyrmanda po angielsku antologię tekstów „Kultury”, z własnym zdjęciem na tylnej stronie okładki.

Z kolei jeśli nie powtarzalność, to pojawia się sprzeczność, której autor nie wyjaśnia. Wszyscy na przykład mówią o wyjątkowej przedwojennej kindersztubie Tyrmanda, niezwykle rzadkiej w schamiałych czasach początkowego PRLu-u. Następnie przychodzi Józef Hen i powiada „brak wychowania!”. Otworzyłam szeroko oczęta i niemo poprosiłam autora, aby skomentował, bo doprawdy różne rzeczy można postrzegać z rozmaitych punktów widzenia i relatywizować, ale akurat dobre wychowanie jest obiektywnie dość widoczne, a brak jego jeszcze bardziej. Autor milczał. Potem zrozumiałam, o co chodziło Henowi. Tyrmand był pozerem, aktorem odgrywającym jedną wymyśloną starannie rolę, jego dobre maniery były na pokaz, jak prawie wszystko inne. Bogny nie wyłączając, a wręcz przede wszystkim ona była trofeum do obnoszenia się zeń. To zresztą bardzo smutny rozdział. Nie zachowała z tamtego okresu dobrych wspomnień.

Warto natomiast przeczytać wspomnienie Barbary Hoff, może dlatego, że była jego żoną i widziała nieco więcej, niż inni. Ciekawie mówi też Osiecka – pierwsza wersja tej książki powstała w 1992 roku, kiedy jeszcze żyła i ona i wielu innych naocznych świadków tamtych czasów. To wszystko oczywiście ciekawe wspomnienia i opinie, ale brakowało mi rzetelnych wyjaśnień. Od nazwiska poczynając. W pewnym momencie ktoś mówi, że zadzwonił do kogoś „kto Tyrmanda dobrze znał” i zapytał, czy przed wojną nazywał się Tyrman. Czyli ktoś do ktosia coś powiedział, a autor znowu wyłącznie to przytacza bez komentarza, czytelnik zostaje w próżni – wierzyć, nie wierzyć? Plotka, prawda? Jeśli to istotne, to czemu nie potwierdzone, jeśli nieistotne, to po co się tu pojawia?

„Oficer i szpieg” Robert Harris

Paryż, rok 1894. Major Picquart, pierwszoosobowy narrator, przygotowuje ceremonię oskarżenia Dreyfusa o zdradę. Zostanie on publicznie zdegradowany, pozbawiony insygniów oraz zesłany do kolonii karnej. Picquarta natomiast awansują na pułkownika i czynią szefem sekcji statystycznej, która zajmuje się bynajmniej nie ciągami liczb, tylko tajnym wywiadem. Bohatera to jednak wcale nie cieszy, to nie jest szczyt jego marzeń. Ten czterdziestoletni wojskowy pochodzi z części Alzacji oddanej Niemcom po przegranej dwadzieścia lat wcześniej wojnie francusko-pruskiej. Rodzina mogła zostać po stronie niemieckiej, wybrała jednak Francję, a Georges poszedł do akademii wojskowej Saint-Cyr.
Z niejasnych powodów uwielbiam książki, w których jest namacalna topografia Paryża, z adresami i szczegółami, choć można by przypuścić, że mam tego dość na co dzień. Jakoś mnie wzrusza przypominanie, że istniał na wiele lat przede mną, właściwie taki sam, nawet jeśli avenue de Bois de Boulogne nazywa się obecnie avenue Foch, a ulic Jaurèsa, dziś obecnych wszędzie, jeszcze wtedy nie było – ponieważ Jaurès żył i też się tu pojawi. Harris nie szczędzi takich szczegółów. Wiekowa matka narratora mieszka w Wersalu, do którego jedzie się pociągiem godzinę. Sam Picquart zaś oczywiście w szesnastej dzielnicy.
Narracja jest w czasie teraźniejszym, co natychmiast wciąga nas w centrum wydarzeń, chociaż tak naprawdę pozornie nie dzieje się tu aż tyle. Narrator czyta korespondencję Dreyfusa. oderwanego od rodziny i swojego życia, trzymanego na bezludnej wyspie. Przyznaję, że przy największych staraniach nie uważam tego za aż tak straszną karę, ale oczywiście wyobrażam to sobie jako wakacje, które w każdej chwili mogłabym przerwać. Picquart tymczasem odkrywa istnienie drugiego szpiega, którego usiłuje zidentyfikować, i przy tej okazji widzi coraz dobitniej, że Dreyfus został skazany na podstawie przekłamań. Nigdy nie istniał żaden dowód jego winy. Niestety, przełożeni nie chcą o niczym słuchać. A pułkownik jest uparty.
To fantastyczna opowieść o bezinteresownym poszukiwaniu prawdy, wbrew cenie, jaką trzeba będzie zapłacić. Harris doskonale oddaje motywację bohatera: ogranicza do minimum łzawe wyobrażenia o strasznym życiu Dreyfusa na wygnaniu, zamiast tego pokazuje, jak trudno jest czasem pewnym ludziom porzucić ścieżkę prawdy i sprawiedliwości, zaakceptować powszechne zakłamanie. Boleśnie aktualna lektura. Doskonale rozumiem, dlaczego Polańskiego urzekł pomysł nakręcenia filmu.

„Wielki Gatsby” Francis Scott Fitzgerald, tłum. Jacek Dehnel

Poprzednie polskie tłumaczenie wyszło spod pióra Ariadny Demkowskiej-Bohdziewicz. Nowe tłumaczenie (wydane przez Znak w roku 2013) Jacka Dehnela jest zdecydowanie wierniejsze oryginałowi, ale nierówne. Na przykład poniższy śliczny fragment jest przełożony znakomicie, w przeciwieństwie do wersji Demkowskiej, która domaga się (niezgodnie z oryginałem), żeby pijany człowiek mówił pełnymi poprawnymi zdaniami.
Oślepiona blaskiem reflektorów i zdezorientowana nieprzerwanym rykiem klaksonów, zjawa stała przez chwilę, słaniając się, po czym dostrzegła mężczyznę w prochowcu.
– Coest? – zagadnął spokojnie – Benzyny zabrakło?
– Patrz!
Pół tuzina palców wskazało mu amputowane koło – a on gapił się na nie przez moment, a potem spojrzał w górę, jakby podejrzewał, że spadło z nieba.
– Odpadło – ktoś wyjaśnił.
Przytaknął.
– Sposzątku nie zauważyłem, żeśmy stanęli.
Przerwa. Potem, odetchnąwszy przeciągle i wyprostowawszy się, przemówił zdecydowanym tonem:
– Szy ktoś mi powie, gdziees stasja bzynowa?
Przynajmniej z tuzin ludzi, w tym niektórzy zaprawieni jeszcze bardziej niż on, wyjaśniło mu, że koło nie ma już żadnego fizycznego związku z samochodem.
– Wycofać? – zaproponował po chwili. – Dać wsteszny?
– Ale KOŁO odpadło!
Zawahał się.
– Spróbować można – powiedział.

Dla równowagi trafił się tu następujący potworek: „moje ogólne dywagacje nie dałyby wam takiego jak one pojęcia o ludziach, którzy cieszyli się gościnnością Gatsby’ego i składali mu ten subtelny hołd, że nie mieli o nim najmniejszego pojęcia”, co redakcja chyba przespała. Mam poza tym wrażenie, że Dehnel przetłumaczył te nazwy, które Demkowska pozostawiła w oryginale, i na odwrót, mamy więc Katarzynę u niej, Catherine u niego, za to „Miejskie Plotki” w miejsce „Town Tattle”. Tłumacz wzbogaca lekturę w liczne dość szczegółowe przypisy. W posłowiu natomiast powiada „z początku byłem na siebie zły, że zdecydowałem się poświęcić czas i uwagę na dublowanie pracy raz już dobrze wykonanej”, a potem wyjaśnia, że obok tego pierwotnego przekładu wygładzonego warto było stworzyć wersję bliższą oryginałowi, pełną aluzji i językowych dziwactw.

Książkę czytałam po raz już enty z niesłabnącym zachwytem. Niezrównany jest sposób, w jaki Fitzgerald odmalowuje całą sytuację, jak tworzy swoich bohaterów, w tym tego spostrzegawczego, ale – częściowo z własnej woli – usuniętego w cień introwertycznego narratora. Nieco irytuje mnie nadal nadmiernie surowe postrzeganie kobiet; choć właściwie mężczyznom też się tu obrywa, nawet jeśli sympatia dla Gatsby’ego przykrywa jego wady. Nadal hipnotyzują pięknem liczne opisy tego minionego świata, urzeka sposób opowiedzenia całej historii (w streszczeniu dość wszak banalnej), przemieszania sentymentalizmu z wnikliwą obserwacją i poczuciem humoru. Jestem zdecydowaną przeciwniczką egzaltacji, ale w tym wypadku nawet mi nie przychodzi do głowy, żeby ją wybaczać: ona jest tu niezbędna, stanowi integralną część opowieści. Fitzgerald pisze o przemijaniu, o niemożności powrotu do przyszłości, o piętnie odciskanym na nas przez nasze przeżycia, o rozmaitości motywacji ludzkich, odwadze i tchórzostwie. Mimochodem portretuje otaczający go świat, z czułością, ale bez złudzeń.

„Przygody młodego przyrodnika” David Attenborough

Jak często bywa w życiu, ten niezwykle znany brytyjski przyrodnik został osobowością telewizyjną przez przypadek. Był producentem programów telewizyjnych (w latach 50 było to dopiero rozwijające się medium) i jako zoolog z wykształcenia pragnął robić programy o zwierzętach. Ze swoim wspólnikiem wypracował formułę kręcenia filmów o łapaniu egzotycznej fauny, uzupełnianych pokazami zwierzyny na żywo w studiu. Kiedy zajmujący się tym Jack nagle zachorował, David musiał go zastąpić, i tak zaczęła się jego kariera.

W pierwszej księdze swoich wspomnień pisze o wyprawie do Gujany (wówczas Brytyjskiej), i jest tam wszystko, czego się spodziewamy po tego typu lekturze: egzotyczne zwierzęta, ludzie żyjący na łonie natury i przyjmujący zapłatę w paciorkach, trudności dzielnie przezwyciężane przez bohaterów, i nieco nieodzownego poczucia humoru. W księdze drugiej wyruszamy do Indonezji, żeby łapać smoka z Komodo, ale najpierw na przeszkodzie stanie rozbudowana biurokracja i niemożność zrozumienia przez urzędników, że jacyś biali przybyli tak daleko, żeby oglądać jakieś pospolite (dla tubylców) zwierzęta. Oczywiście wszystko to dzisiaj odbiera się nieco inaczej, sama widziałam choćby manaty w zoo francuskim, ale wtedy mnóstwo gatunków nie było znanych, łapanych ani filmowanych. Attenborough należał do pionierów.

W trzeciej części odwiedzamy Paragwaj, gdzie autor łapie pancerniki i przy okazji opisuje ich fascynujące zwyczaje. Jeszcze ciekawszy jest gatunek strusi nandu – nie miałam pojęcia, że samiec wprawdzie ma harem, ale to on buduje gniazdo, pilnuje składania w nim jaj, a następnie je wysiaduje. Bardzo dobra organizacja, znacznie lepsza niż u ludzi. Dowiemy się też, dlaczego zoologowi niezbędna jest łazienka. W wannie może mieszkać na przykład krokodyl, a w zlewie żółwie. Natomiast jeśli pancerniki uciekną, mogą się zaszyć w dość nieoczekiwanym miejscu.

Mój nieustanny podziw budziła świadomość, że w tamtych czasach Attenborough nie miał przecież komórki i na każdym kroku dostępu do cywilizacji. Po pierwsze z transportem był zdany na własne siły i przypadkowe okazje, a po drugie musiał mieć w głowie i ewentualnie papierowych książkach większość oszałamiającej wiedzy. Znakomita lektura.

„Lawinia” Ursula K. Le Guin

Lacjum to kraina geograficzna we Włoszech, znajduje się tam między innymi Rzym. W opisywanych czasach o Rzymie jeszcze nie ma mowy, Lacjum rządzi król Latynus, ma córkę Lawinię, którą chce wydać za siostrzeńca żony, Turnusa. Lawinia się nie bardzo kwapi do małżeństwa. Spędzając noc w pobliżu świętego miejsca, gdzie składa się ofiary dla bogów, spotyka widmo umierającego poety, twórcy poematu, którego poboczną postacią jest właśnie Lawinia. To oczywiście Wergiliusz, a poematem jest „Eneida”. Jakoż i wkrótce pojawią się okręty Trojan pod dowództwem Eneasza, i cała historia potoczy się tak, jak to od dwóch tysięcy lat wiemy. Z tą jedynie różnicą, że u Le Guin wszystko opowiada Lawinia. Młoda dziewczyna posłuszna jest przepowiedni ducha poety, i postępuje tak jak powinna, aby móc się stać wspólniczką Eneasza i matką przyszłych pokoleń Rzymian. Kosztuje to życie wielu jej poddanych.
Le Guin pokazuje, że historię piszą zwycięzcy. Że kiedyś istniały czasy, w których wierzono w lary, penaty i przepowiednie. Że za mitem założycielskim rzymskiego imperium i cenionym do XXI wieku poematem stała ta sama agresja i przemoc, a rola kobiet była zepchnięta na margines. Czy u boku innego męża Lawinia nie stałaby sie matką założycielką? Poza tym to w ogóle nie jest istotne, bo jest tylko cieniem, niedokończonym pomysłem umierającego poety, o czym wie – a naprawdę stworzyła ją autorka tej książki.
W pierwszej chwili zaskoczyło mnie nieco, że pisarka fantasy zabrała się za powieść niemal historyczną. Potem już nie. Postaci robią wrażenie tak odległych od nas, swoich trzy tysiące lat późniejszych potomków, jak rozmaici obcy i koloniści dalekich planet. Nawet ich kalendarz jest prawie całkiem inny, a sposób liczenia czasu zaskakujący. Nasz oczywiście się na tamtym opiera, co musi być widać w oryginale – zgaduję, że tłumacz przełożył na polski nazwy miesięcy brzmiących znajomo, czyli tych, które zachowały się w angielskim z łaciny do dziś. Najbardziej mnie jednak uderzyły ofiary ze zwierząt (a Le Guin i tak je bardzo złagodziła). Po namyśle oczywiście obecnie nie robimy niczego innego, hodując i mordując zwierzęta tonami, ale łatwiej i wygodniej jest o tym nie myśleć.
Dzięki tej lekturze zrozumiałam w końcu, dlaczego Francuzi do dziś w mowie potocznej uważają, że tydzień to osiem dni, a dwa tygodnie to piętnaście. Tak liczyli Rzymianie, ich tydzień miał osiem dni, ale nazywał się nundinae, „dziewięciodniówka”, ponieważ uważano, że kolejny zaczyna się po dziewięciu dniach. To niewątpliwie miało coś wspólnego z rzymskim stosunkiem do cyfry zero. Zdumiewające, że nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na tę informację.

„Rachunek” Jonas Karlsson

Narrator dostaje rachunek na absurdalną sumę dobrze ponad 5 milionów koron (pół miliona euro). Oczywiscie uważa, że to pomyłka, ale szybko orientuje się, że podobne rachunki otrzymali wszyscy, aczkolwiek niekoniecznie w tej wysokości. Kiedy w końcu udaje mu się dodzwonić do zleceniodawcy, okazuje się, że to rachunek za… wszystko dobre, co mu się w życiu zdarzyło.
– Czuje pan, prawda? – ciągnęła kobieta w słuchawce. – Odczuwa pan, ma pan fantazje, przyjaciół i znajomych. I sny, mam rację?

Autor relacjonuje to w bardzo rzeczowy sposób, i błyskawicznie złapałam się na tym, że sporządzam w głowie rachunek własnego życia. Narrator jest samotny, mieszka w małym wynajmowanym mieszkaniu, pracuje na część etatu w w wypożyczalni wideo (oryginał jest z roku 2014, nie jestem przekonana, czy jeszcze istniały wypożyczalnie wideo).

Rozwój akcji mocno oczywisty, ale pomysł jest śliczny, i są tu naprawdę celne spostrzeżenia na temat charakteru ludzi, oraz ich osobistego poziomu odczuwania szczęścia. I o bezsensowności porównywania się z bliźnimi.
„– Musisz wiedzieć, że patrzymy na życie bardziej jak na klasyczny utwór. Wygranej nie zapewnia największa liczba kotłów i trąbek. Muszą jeszcze grać w odpowiedniej kolejności, w przeciwnym razie na nic się to wszystko zda…”

„Taśmy rodzinne” Maciej Marcisz

Tak, autor nazywa się Maciej Marcisz, a jego bohater Marcin Małys, i muszę korzystać z kopiuj-wklej, bo inaczej tego bez pomyłki się nie da napisać. Marcin ma 30 lat, jest artystą wizualnym, czyli nie pracuje, mieszka w wynajmowanym mieszkaniu w Warszawie, ma depresję i 63 tysiące długu, ale żyje oczekiwaniem na trzydzieste pierwsze urodziny, bo wtedy dostanie 300 tysięcy od swojego bardzo zamożnego ojca biznesmena. Tylko że ten zrywa umowę i pieniędzy potomka pozbawia.
To jest książka polecona mi przez osobę, której gust literacki bardzo szanuję, zabrałam się więc za lekturę ze sporymi oczekiwaniami, i na początku nieco się krzywiłam. Opowieści o kupowaniu w Biedrze robiły wrażenie wysilonych i stereotypowych, bohater też nie wzbudzał mojego uznania. Nie wykluczam, że przemknęło mi przez myśl coś w rodzaju „czy ten rozwydrzony gówniarz nie mógłby się raczej wziąć do roboty?” Te odczucia uległy zmianie, kiedy Marcin wraca do miasteczka rodzinnego na Śląsku, gdzie w wielkim opuszczonym domu żyje tylko jego matka w depresji. Relacja tych dwojga opisana jest zaskakująco – wnikliwie, subtelnie, i w sposób zupełnie nieoczywisty. W powietrzu nadal wisi pytanie, jak to się stało, że ta rodzina, która paręnaście lat wcześniej miała wszystko, teraz jest najwyraźniej tak kompletnie rozbita? Co stało się z ciężko pracującym ojcem?
Po czym nadciąga druga część, w której poznajemy tegoż ojca, Jana Małysa. Urodzony około połowy lat 60 był synem bijącego go pijaka i ciężko pracującej na kopalni kobiety, która rodziców straciła za młodu i wychowywana była przez wujenkę. Nie miała wiele zrozumienia dla syna, który miał tak dużo więcej niż ona. Nie widziała, że jest w szkole dręczony, a dla Janka to stało się katalizatorem do zarobienia wielkich pieniędzy, żeby pokazać im wszystkim. Zaczyna od zbierania butelek, potem handluje jeszcze w czasach Pewexów, a potem to już szalony kapitalizm lat dziewięćdziesiątych i biznes na łóżkach polowych. Równolegle pojawia się rodzina. Miałam wrażenie, że z każdą stroną narracja jest coraz lepsza. Nawet jeśli trudno te losy nazwać oryginalnymi, nawet jeśli widzieliśmy to już parę razy, to Marcisz potrafi skonstruować postaci pełnowymiarowe. Pisze dość sucho, konkretnie, krótkimi zdaniami, i to też przyczynia się do plastyczności tego świata.
Pochodzę z rodziny, w której mamy ujemne umiejętności w dziedzinie handlu. Już po przyjechaniu do Francji kupiłam pewną rzecz na brocante za 10€, a następnie sprzedałam ją za 20€. Co prawda przypadkowy, ale jest to mój największy życiowy sukces w handlu, w tym wcieleniu na pewno już go nie pobiję. Wychowana zostałam przez idealistyczną matkę, która wierzyła w „być, a nie mieć”. Byłam na tyle młoda, że transformację ustrojową lat dziewięćdziesiątych przyjęłam jak coś normalnego, a dzięki wychowaniu oraz chyba wrodzonej abnegacji nigdy nie zachłysnęłam się obfitością. Z drugiej strony bazar na Stadionie Dziesięciolecia pamiętam wyraźnie do dzisiaj. Robił wrażenie. Marcisz pokazuje natomiast rodzinę, dla której ta przemiana stała się centrum życia. Możliwość kupowania – właśnie kupowania, nawet nie posiadania rzeczy – zastąpiła im wszystkie inne życiowe wrażenia. To stanowi centrum książki i opisane jest stylem niemal reportażowym.
To bardzo męskocentryczna powieść. Kobiety są tu słabe. Ani matka Jana Jadzia, ani jego żona Alicja nie umieją się przeciwstawić ojcowskiemu biciu synów. W przypadku Jadzi wiemy, że boi się męża pijaka, że sama nie dostała w dzieciństwie miłości, że ciężko pracuje, właściwie trochę zazdrości synowi, który ma tak dużo lepsze życie niż ona, dziecko wojenne. U Alicji takiego tła zabrakło. Dlaczego ogranicza się do łagodnych wyrzutów wobec męża, że siniaki dziecka nazbyt fioletowe? Można się tylko domyślać, że uważa to za normę, oraz nie chce stracić dóbr materialnych. Ale nie tylko kobiety – wszyscy bohaterowie tutaj przegrywają. Świat Marcisza jest paskudnym miejscem, mamiącym obietnicami finansowego raju, potem otwiera jednak piekło przed niczego niespodziewającymi się urzeczonymi ludźmi.