„Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u” Anna Sulińska

Nigdy do tej pory nie interesowałam się historią lotnictwa, i gdyby ktoś mnie znienacka zapytał, to pewnie obstawiałabym, że przewóz osób zaczął się na większą skalę po drugiej wojnie światowej. Tymczasem od pierwszego udanego lotu maszyną z silnikiem spalinowym wykonanego przez Orville’a Wrighta w grudniu 1903 do uruchomienia komercyjnych lotów pasażerskich minęło… niespełna 16 lat. Przypomnijmy, że pierwszego przelotu przez La Manche dokonał Louis Blériot w 1909; wydaje się niemal niemożliwe, że 10 lat później można już było wozić pasażerów w trasy znane nam do dzisiaj. Po drodze oczywiście była wojna. Tuż po jej zakończeniu, we wrześniu 1919, z poznańskiej Ławicy startuje lot do Warszawy. Na pokładzie jeden pasażer. Niespełna rok później mamy regularną linię lotniczą Warszawa-Praga- Warszawa, samoloty latają 2-3 razy w tygodniu, ale tylko przy dobrej pogodzie: jesienią rzadziej, zimą wcale. W 1937 przewieziono 704 pasażerów, w 1938 ponad 1000. Miejsc było dużo więcej, ale ludzie nie byli przekonani do nowego sposobu podróżowania. Autorka przytacza straszliwe wspomnienia z powietrza Jerzego Waldorffa, wówczas świeżo upieczonego maturzysty.
W 1921 roku uruchomione zostają dwa połączenia krajowe, Poznań-Warszawa i Poznań-Gdańsk, ale to tylko na czas Targów Poznańskich (bilet kosztuje tyle samo, co na drugą klasę pociągu pospiesznego; przeliczając na dzisiejszą siłę nabywczą miał wartość około 150 zł). Rok później powstają natomiast Polskie Linie Lotnicze Aerolloyd. Firma prywatna, wspierana przez państwo i używająca niemieckich samolotów, które mają otwarty kokpit, cztery miejsca pasażerskie i lecą z prędkością około 140 km/h. Nie mają reflektorów, czyli nadal latają tylko w dzień. Trzy lata później przedsiębiorstwo zmieni nazwę na Aerolot, a w 1928 jego majątek przejmą państwowe Linie Lotnicze LOT. Przed wojną przewozić będzie 33 tysiące pasażerów rocznie. Po wojnie natomiast Okęcie uruchomione zostanie już w kwietniu 1945. Imponujący wynik, kiedy uświadomić sobie, że Warszawa leżała przecież w gruzach, a ogromna większość przedwojennych pracowników LOT-u nie wróciła lub nie żyła. Równolegle szkoleniem pierwszych stewardes zajmuje się Zofia Glińska. W sierpniu 1945 odbywa się pierwszy lot ze stewardesą na pokładzie, rok później to już norma. Początkowo jednak latających dziewczyn było niewiele, zdarzało się, że w samolocie nie było żadnej i pasażerami musiał się zajmować mechanik pokładowy. Miał do dyspozycji skrzynkę chleba, skrzynkę kiełbasy, skrzynkę wódki, i rozdzielał te wiktuały między pasażerów.
Gładko przechodzimy do codzienności PRL-owskich stewardes. Płacone miały mało, za to możliwość zwiedzania świata była w tamtych czasach bezcenna. Choć wolny czas wykorzystywały raczej na handel niż na oglądanie obcych stron. Okazje były liczne i właściwie same się narzucały, grzechem byłoby z nich nie korzystać. Podobnie jak w przypadku opisywanych przez Boćkowską marynarzy: gdyby nie ta nie całkiem zgodna z ówczesnym prawem działalność, prywatna inicjatywa w Polsce miałaby się znacznie gorzej. Ta swoboda personelu latająca bardzo oczywiście niepokoiła władze. Sulińska przejrzała znajdujące się w IPN teczki stewardes. Była zaszokowana dokładnością, z jaką dziewczyny były sprawdzane, i odnotowanymi szczegółami na temat ich życia osobistego. Haki były poszukiwane wszędzie. Trudno się zresztą dziwić, bo piloci i stewardesy często zostawali na Zachodzie, zwłaszcza w stanie wojennym. LOT był wówczas instytucją paramilitarną, z obowiązkowym podpisaniem zgody na ewentualną mobilizację przez każdego pracownika, ze stewardesami włącznie.
Jest tu też o porwaniach samolotów, niegdyś pladze, i o wypadkach. W tym o jednym z najbardziej tajemniczych, katastrofie polskiego Iła 14 pod Moskwą w 1957 roku. Ten wypadek przeżyła właśnie stewardesa, Ewa Fedorowska. Anna Sulińska pisze, że usiłowała się z nią skontaktować – bezskutecznie.

„Zbójecka narzeczona” Margaret Atwood

Październik 1990. Tony, wykładowczyni historii na uniwersytecie w Toronto, poprawia prace, gotuje jajka i myśli o Zeni. Zenia nie żyje, jej ceremonia pogrzebowa odbyła się jakieś pięć lat temu, a dlaczego jej byłe trzy przyjaciółki – Tony, Roz i Charis – zostały o niej powiadomione, nikt nie wie. W urnie oczywiście nie ma prochów Zeni. Wyleciała w powietrze podczas jakiejś napaści terrorystycznej w Libanie. Tego dnia po południu trzy przyjaciółki mają się spotkać w Toxique. Oglądamy ten dzień po kolei z punktu widzenia każdej z nich. Charis wierzy w aury, wahadełka, tarota, duchy, tajemnicze energie, pracuje w sklepie ezoterycznym. Roz jest twardą i bardzo zamożną businesswoman. Tony fascynują wojny. Tych trzech kobiet nie łączy właściwie nic – tylko przeszłość związana z Zenią, która każdej z nich odebrała mężczyznę. Tony nadal jest z Westem. Charis nie wie, co stało się z Billym, który ją porzucił, kiedy była  w ciąży. Roz została sama z trójką dzieci. Tego wieczoru w Toxique odkryją, że Zenia jednak nadal żyje i ma się świetnie. Jak wpłynie to na ich dalsze życia?

Jest tu mowa o odrębności świata kobiecego i męskiego. Mężczyźni są tylko pionkami. Żadnej z trzech bohaterek właściwie nie dziwi, że Zenia mogła przyjść i sobie wziąć ich towarzysza życia, ojca ich dzieci. To ona jest ich nemezis, to ona jest odpowiedzialna za kształt ich obecnego życia. Wróciła, bo czegoś chce. Każda z kobiet uważa, że chce czegoś właśnie od niej. Ale to tylko punkt wyjścia. Zenia jest osią opowieści, ale prawdziwymi jej bohaterkami są te trzy kobiety, to ich życia poznajemy ze szczegółami. Paradoksalnie, Zenia dała im więcej, niż zabrała. To dzięki niej Tony ma męża, pozostałe dwie pozbyły się pasożytów, Roz ma pieniądze. I mają swoją przyjaźń. Każda z nich reprezentuje inny aspekt: intelektualny, duchowy, materialny. Atwood pokazuje, że zjednoczenie tego wszystkiego pozwala uporać się ze złem, z nawiedzającym duchem z przeszłości.

Z pierwotnej lektury pamiętałam czytanie wszystkiego wspak przez Tony, fmxbeohg, sekret Larry’ego i fragmenty przeszłości bohaterek. Zupełnie natomiast nie doceniłam wtedy piękna tej opowieści, precyzji konstrukcji, nieoczywistej optymistycznej konkluzji. Bezskutecznie próbowałam przeanalizować, jak należy wymawiać, i co za tym idzie, odmieniać imię antagonistki: tłumacz powieści pozostaje przy krótkim „Zeni”, tłumacz „Kamiennego posłania” natomiast woli „Zenii”. W przedmowie książki tłumacz pisze, żeby wymawiać to przez długie „i”, w oryginale jednak chodziło o „e”.

„Mapa dni” Ransom Riggs

Nie rzucałam się na to z wielkim zapałem, ale ten pomysł z fotografiami jest jednak na tyle oryginalny, że w końcu sięgnęłam po czwarty tom. Początek jest nieco rozwlekły: osobliwi przyjaciele Jacoba pojawiają się u niego w domu, ratując go przed wywiezieniem przez rodziców do domu wariatów. Dalej jest wiele stron na temat tego, co zrobić z rodzicami, jak przyjemnie mieć lat szesnaście i pierwszą dziewczynę, oraz jak osoby z 1940 odnajdują się w naszej współczesności. Następnie okazuje się, że potrzebna jest nudna praca u podstaw, żeby odbudować nadszarpnięty świat osobliwych, Jacob zaś pragnąłby raczej mieć misję z prawdziwego zdarzenia. Znajduje więc ją sobie sam i bez wiedzy pani Peregrine wyrusza z czwórką przyjaciół na Florydę, gdzie pułapki, portale, oraz pętle, w których żyją magiczni. Fotografie oczywiście są obecne i przydają całości przyjemnego smaczku; bez tego byłaby to jeszcze jedna young adult urban fantasy. Jest i nuta dydaktyczna: bohaterowie przenoszą się do roku 1965, gdzie ze zgorszeniem odkrywają, że jeden z nich nie może wejść do sklepu, ponieważ ma niewłaściwy kolor skóry. Przyznaję, że doceniam również tę scenę, w której złym wklepują wyłącznie dziewczyny. Niestety książka urywa się w połowie zdania, co naprawdę nie powinno mnie dziwić.

„Kamienne posłanie” Margaret Atwood

W oryginale ten zbiór ukazał się w roku 2014.

W pierwszym opowiadaniu Constance świeżo po stracie męża siedzi w swoim kanadyjskim domu i szykuje się na śnieżycę. Ewan przemawia do niej w jej głowie. Constance ucieka w stworzony w wyobraźni świat tytułowej Alphinlandii. Zarobiła dużo pieniędzy pisząc umieszczone w nim poczytne książki. Mimochodem wspomina przeszłość i swojego pierwszego ukochanego „szczupłego, ironicznego, posępnie satyrycznego” poetę. To jest typowy dla Atwood motyw: staranne tworzenie ogniska domowego dla mężczyzny, odrzucanie własnych pragnień o pisaniu poezji, aby on mógł tworzyć, cierpliwe znoszenie jego przycinków i branie ich za objaw zainteresowania, pisanie kiepskich, ale dobrze się sprzedających powieści, niedocenianie własnej wyobraźni i osiągnięć. Dwaj synowie mieszkają bardzo daleko. Jak często u tej autorki, fikcyjny świat miesza się tu z rzeczywistym. Pierwszy ukochany bohaterki, Gavin, zdradził ją, teraz jego trzecia żona Reynolds nadal wysyła do Constance kartki świąteczne, i oni są bohaterami następnego opowiadania. Gavin jest starym zgorzkniałym poetą, w tej opowieści przyjmuje wizytę młodziutkiej wielbicielki piszącej o nim pracę. Rzecz jest o starości, przemijaniu, wyborach życiowych. W trzecim opowiadaniu natomiast poznajemy podstarzałe bliźniaki, Jorrie i Tina, ta pierwsza to kobieta, z którą Gavin zdradził Constance, i właśnie się dowiaduje o jego śmierci. Na pogrzebie spotkają się wszystkie: Marjorie, Reynolds, Constance i młodziutka Naveena. Cały ten tryptyk znajdzie nieoczekiwane, subtelne zakończenie.

Pierwszoosobową narratorką kolejnego, krótkiego opowiadania jest tytułowa wybryk natury, pijąca krew istota o różowych zębach i żółtych oczach. W następnym żona porzuca Sama zajmującego się handlem narkotykami pod przykrywką sprzedaży antyków. W ramach tej działalności kupuje na aukcji schowek z nieoczekiwaną zawartością. To jedyne tutaj dwa teksty, których bohaterowie nie zbliżają się ku schyłkowi życia. W szóstym spotykamy bohaterki „Zbójeckiej narzeczonej„, po wielu latach. Trzy niemłode już przyjaciółki wspominają Zenię, która kiedyś odbiła faceta każdej z nich. Do Charis wprowadza się odnaleziony Billy, czego dwie pozostałe nie aprobują.

Siódme opowiadanie jest o umowie podpisanej przez czwórkę przyjaciół i dotyczącej podziału zysków z powieści, którą pisał jeden z nich. Książka przyniosła ogromnie dużo pieniędzy, a bohaterowie teraz już się zestarzeli, ale to nie znaczy, że porzucili myśli o zemście. Albo czymś. Tytułowe „Kamienne posłanie” jest w zbiorze przedostatnie, a zaczyna sie enigmatycznym zdaniem „Na początku Verna nie zamierzała nikogo zabijać”, o tyle dziwnym, że Verna jest niemłodą dystyngowaną panią płynącą na wakacje w rejs na Artykę. Kogo miałaby zabić, w jaki sposób, i właściwie dlaczego, oto pytania. (Atwood zaczęła to pisać rzeczywiście na Arktyce Kanadyjskiej).

Zbiór zamyka opowieść dziejąca się prawdopodobnie w bliskiej przyszłości w domu starców, oblężonym przez młodych, którym przeszkadza, że wydaje się wielkie pieniądze na utrzymywanie przy życiu reliktów przeszłości. Czy to początek „Maddaddama”? Wizja jest solidna i przejmująca.

„Natalii 5” Olga Rudnicka

Jest rok 2009. Poznajemy pięć bardzo różnych kobiet w wieku od 19 do 30 lat. Jedna jest urzędniczką bankową, niezwykle surową i przejętą swoją pracą. Druga jest zaniedbaną matką dwójki dzieci, która właśnie się rozwodzi z mężem zakochanym w dwudziestolatce, i musi się wyprowadzić z dziećmi z jego domu. Trzecia jest dziennikarką, chce być pisarką, właśnie zmieniła styl ubierania i nosi pastelowe sukieneczki oraz kokardki we włosach. Czwarta, studentka, ubiera się w skóry z ćwiekami i maluje sobie na skórze tatuaże. Piąta zaś jest myszowatą maturzystką w grubych okularach, której matka właśnie się rozwiodła z mężem.
Jarosław Sucharski dowiaduje się, że ma raka mózgu. Załatwia wszystkie sprawy i popełnia samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Zgodnie z pozostawionymi przez niego dyspozycjami notariusz kontaktuje się z pięcioma córkami denata. W jego gabinecie spotyka się pięć Natalii Sucharskich, które przedtem nie miały o sobie wzajemnie pojęcia, a teraz odkrywają, że ich ojciec był kłamcą, bigamistą, i bardzo bogatym człowiekiem pełnym tajemnic.
Nieprawdopodobieństw jest tu mnóstwo. Dlaczego i po co ktokolwiek miałby zadawać sobie trud starannego ukrywania przed kolejnymi żonami poprzednich małżonek oraz dzieci? Córki zresztą nigdy nie sprawdzają, czy rzeczywiście doszło do bigamii, chociaż nie wymaga to specjalnego trudu. Rozmawiają o rozwodach swoich matek – czemu nie porównają dat? Dlaczego ta Natalia, której matka jeszcze w ciąży wyszła za mąż za kogoś innego, nie nosi nazwiska przybranego ojca? Poza tym bohaterki są zbudowane każda na jednym stereotypie, którego autorka trzyma się kurczowo. Zimna Natalia z bankowości jest zawsze ubrana nienagannie i wysławia się okrągłymi zdaniami. Natalia matka jest nieustannie przeraźliwie zaniedbana, chociaż dzieci mają już sześć lat i są całkiem samodzielne. Trzecia wszędzie nosi notes i bezustannie w nim pisze. Najmłodsza okularnica bez okularów niczego nie widzi, co też jest używane na okrągło. I tak dalej. Rudnicka jest porównywana do Chmielewskiej, ale ta jednak umiała jakoś opakować swoje dłubanie szydełkiem w historię wciągającą, nawet jeśli zupełnie naciągniętą. Tutaj mamy komisarza, który wbrew dowodom upiera się, że Sucharski nie mógł popełnić samobójstwa, i prowadzi dochodzenie. Pięć pań mu w tym przeszkadza, chociaż trudno zrozumieć, dlaczego policjant tak nerwowo reaguje na każde zadane przez nich pytanie. To zdaje się miało dowodzić, jakie są uroczo nieznośne i uparte. Równolegle córki prowadzą w pozostawionym im w spadku domu poszukiwania – zupełnie nie wiadomo czego, bo jedyną poszlaką są napomknięcia w liście ojca.
Problem z intrygą polega na tym, że kompletnie mnie nie obchodziło, czy Sucharski został zamordowany, bo 1. i tak był śmiertelnie chory 2. i tak zaplanował samobójstwo 3. nie zdążyłam go poznać ani polubić. Nie udało mi się też niestety polubić żadnej z sióstr. A już osobliwie do szału doprowadzała mnie Natalia, która nie wpada na to, że dzieci zyskały cztery ciotki i mogłaby iść do fryzjera, manikiurzystki, kosmetyczki i na zakupy ubraniowe. Co gorsza, wielokrotnie „twardo” oznajmia, że nie jest niczyją służącą, jednocześnie… sprzątając. Jeśli z taką konsekwencją wychowuje dzieci, to współczuję. Równie irytująca jest Nata, która najwyraźniej jest kosmitką przybyłą na Ziemię wczoraj i nigdy nie słyszała rozmawiających ludzi, a w dodatku ma adhd. Wrzeszczy z zachwytu za każdym razem, kiedy ktoś powie coś, co wyda jej się trafne albo zabawne, i natychmiast to skrzętnie notuje. Natomiast jeśli chodzi o poczucie humoru, to histerycznie chichotałam przy passusie, w którym epizodyczna  postać dobiega czterdziestki, lecz młodzieżowo czesze się w koński ogon. Mogłabym chcieć się dowiedzieć, jak powinna się czesać w XXI wieku stateczna trzydziestoośmioletnia matrona, ale nie chcę. Gwoli sprawiedliwości – sprawdziłam, że autorka miała jakieś 22 lata, pisząc to, co jednak sporo tłumaczy.
Uczciwie dodaję, że ostatnia tercja książki nabiera tempa i sensu, robi się całkiem zabawna (nocne przetasowania są nieźle napisane), wątki są starannie porozwiązywane (ale serio bqehpubjb fgemryvł qb cbfgnpv jvqmvnarw mn bxarz? Serio?), a przedmiot poszukiwań jest faktycznie żywcem z Chmielewskiej.

„Martwy sezon” Aneta Jadowska

Gdybym nawet zapomniała, że lubię Jadowską, to przypomniałby mi o tym już pierwszy akapit, w którym Magda Garstka snuje zaangażowane rozważania o możliwościach spożywania gości pensjonatowych. Punktem wyjścia do takiego pomysłu jest martwy sezon w Ustce, gdzie po deszczowym sierpniu nastał wrzesień, który przyniósł sinice. W „Wielkiej Niedźwiedzicy” – pensjonacie babci Marii – są tylko trzy pary gości, i jak wyjadą, to głód zajrzy Garstkom w oczy, bo dalszych rezerwacji nie widać. W dodatku znaku życia nie daje ciotka Tamara, która Magdę wychowała po śmierci rodziców, a teraz postanowiła odzyskać swoje dawne życie i wyjechała na plener fotograficzny do Islandii. Odnajduje się w drugim rozdziale, niestety w szpitalu. Maria z kolei zamartwia się o jedną z kobiet, ofiar przemocy w rodzinie, którym od lat pomaga. Ma też jakieś inne tajemnicze problemy.

Żałowałam nieco, że autorka nie kontynuuje tu narracji pierwszoosobowej, lubiłam oglądać świat oczami młodej Garstki. Za to oczywiście mamy wgląd w Tamarę oraz Marię. Bardzo fajne.

„Nietoperz i suszone cytryny” Marcin Meller

Zbiór felietonów z lat 2016-2019. Sporo o polityce, ale bywa też bardzo osobiście, jest o dzieciach i żonie. Oraz o czytaniu książek. Zawsze mnie wzrusza, kiedy odkrywam, że nie byłam jedyna, która czytała idąc, a także w korku, opierając książkę na kierownicy samochodu (nawet pamiętam, że parę lat temu w ten właśnie sposób czytałam Durrella, chociaż zupełnie nie pamiętałam, że było to już okrągłe dziesięć lat temu). Śmieszy mnie natomiast, że w roku 2017 dorosły oczytany człowiek – dziennikarz nawet – opisuje swoją prozopagnozję, nie używając tej nazwy i tak jakby był jedyny na świecie dotknięty tą przypadłością. Pośmiawszy się, współczuję jednak szczerze –  niewątpliwie znacznie łatwiej sobie z tym radzić, kiedy nie jest się osobą publiczną. Nieco z kolei zszokowało mnie wyznanie, że jako nastoletni chłopak rzucał prezerwatywy wypełnione wodą z dachów przy Andersa (ówcześnie Nowotki). „Więc to byłeś ty, Meller!” wrzasnęłam na to z oburzeniem, gdyż mieszkałam wtedy również w tej okolicy i na nasze osiedle ta wątpliwej jakości zabawa też dotarła. Jest tu też o kulisach rednaczowania w Playboyu, i o tym, jak w tym pisemku o określonym profilu zamieścić reklamę kanału telewizyjnego dla dzieci, gdy domaga się tego umowa z wydawcą.