Naprawdę zaraz idę spać

Bo ja jeszcze chciałam o Masłowskiej, ta młoda dama jest potworem… Na razie sądzę po wywiadzie; książkę będzie trzeba przeczytać, nie żebym pasjami przepadała za czytaniem książek dlatego ze wszyscy o jakowejś mówią, ale z drugiej strony czy ja tak sobie ot kupiłabym książkę jakiejś Masłowskiej maturzystki, gdyby nie mówili (trąbili) (trompettes de la renomee, vous etes bien mal embouche, przypomniało mi się, może mal a propos, oby) o niej naokoło? A wywiad przeczytałam już 3 razy, ponieważ ona jest jednocześnie poważna i zabawna, i widzi więcej. Doskonała kategoria ludzka, ci więcej widzący. Szkoda, że niewielu się do niej zalicza. A zostanie jej tak chociaż?

Zaraz spać, a na razie…

Dzisiejszy step zabijał. Przynajmniej raz nie wyszłam marudząc, że się nic nie zmęczyłam. Ale co ona tym razem wymyśliła za podskoki, przeskoki, wyskoki; mało nie padłam, i nie ja jedna. Przypomniałam sobie w trakcie, że zaczęłam łazić na step po jednym z naszych kolejnych rozstań… nie pamiętam kiedy to było. Na pewno nie po ostatnim, bo to było wcześniej. Po jednym z tych już nigdy więcej, kiedy nie mogłam siedzieć sama wieczorami w domu, bo mnie skręcało (to nie był pierwszy raz i nie ostatni, ale wtedy było najgorzej). Łaziłam tam, żeby nie myśleć, żeby muzyka kompletnie zagłuszyła moje myśli, żeby się zmęczyć.
Zabawne, kompletnie tego nie pamiętam. To znaczy pamiętam swój stan, nie słowa, które do tego doprowadziły.
Powinnam być mu wdzięczna. Tamto minęło, zostało mi fajne zajęcie.

Weekend c.d

Najdziwniejsze, że nic nie piliśmy. No, nic to lekka przesada.. ale prawie nic. Kolega przywiózł i odwiózł wódeczkę, w stanie dziewiczo nietkniętym. Ja i koleżanka to samo z absyntem, a to już grzech, jednak. S-a właśnie się dziwuje na gg, dlaczegośmy tego absynta nie ruszyli… Trudno, nie zmarnuje się, listopad będzie.
Z irytująco pewny, że jego urok domokrążnego sprzedawcy odkurzaczy działa na mnie (i nie tylko na mnie). Śmieszne (ale swoją drogą typowe dla facetów, kobiety jednak rzadko są aż tak zarozumiałe).
A oto rotfl.

Weekend

minął szybko, a taki wyczekany. Dobrze było, tyle ludzi przyjechało, mam nadzieję że im też tak było fajnie jak mi (chociaż to ja zostałam wymasowana, wygłaskana i wyprzytulana 😉 ). Jak zwykle za mało czasu na wszystko, co chciałoby się zrobić w tym gronie. Spędziłam cały weekend z ludźmi, wróciłam do pustego domu wczoraj wieczorem… i nie było mi za wesoło, a ponoć jestem introwertyczką przedkładającą samotność nade wszystko. Przez tydzień miałam już ochotę, żeby M pojechał, żeby móc znowu sobie bałaganić, nakładać dziwne maseczki na buzię, łazić na golasa, gadać do siebie i mieć całkowitą swobodę; a jak pojechał to jest mi smutno. Ech co tu dużo mówić, lekkiego doła mam, nawet z perspektywą zobaczenia znów niektórych za półtora miesiąca w stolicy.

W pracy

‚dział quality najważniejszy…’ ‚efektywne zarządzanie’ bla bla bla. Baba (z dzialy quality niby), co ma siedzieć w naszym pokoju właśnie przylazła i zaczęła w szafach grzebać okropnie narzekając na śmietnik. Oświadczyliśmy z uciechą, że nic z tego nie zabieramy, bo to nie nasze. Odkryła masę pustych segregatorów i zaczęła marudzić „to ja segregatory zamawiam, a tu tyle pustych”
no właśnie, efektywniejsze zarządzanie by się zdecydowanie przydało w tej firmie – niestety tylko pomyślałam, a nie powiedziałam, ugryzłszy się w język, ale to wina kolegi S, który przestrzegał mnie przed wypowiadaniem pochopnych opinii.

Idzie zima

a wiem to dlatego że jeść mi się chce okropnie. Poza tym jest paskudnie, nie chce mi się wyjeżdżać na weekend… a nastrój mam podły, bo się przeprowadzamy w ramach firmy. Tejamnicze rozgrywki personalne, z których nic nie rozumiem, zaowocowały nieoczekiwaną zmianą miejsc. Siedzę i liczę, w ilu ja to już miejscach pracowałam. Pierwsza firma – dwa, druga firma – dwa, trzecia firma – trzy siedziby, w dwóch po dwa różne miejsca. Wychodzi 9, znaczy teraz będzie dziesiąte. Plus poprzednie firmy, gdzie nie pracowałam na etat. Dwa różne miasta. To tak na przestrzeni sześciu lat… Nie powinnam mieć problemów z przywyknięciem, ale mimo wszystko.
Koleżanka natomiast w weekend kupuje samochód, przeprowadza się do własnego mieszkania (kupiła je w lipcu zeszłego roku!) i przeprowadza się też dziś w firmie. Mówi, że jej życie bardzo się zmieni.

Kocie emocje

Znów wczoraj telefon, dziecko. „A duży ten kot?” „mały…. średni”. „Wiesz, bo mój był dorosły” „no to ten jest dorosły”. Słyszę miauki przez telefon i myślę, to niemożliwe, żeby to gruba tak miauczała… ale oczywiście sprawdziłam. Podobny, podobny; ale faktycznie mniejszy.
Pogodzić się z myślą, że nie żyje. Strasznie trudno.