The Wisdom of a Navajo woman

A saleswoman is driving toward home in Northern Arizona when she sees a Navajo woman hitchhiking. Because the trip had been long and quiet, she stops the car and the Navajo woman climbs in.
During their small talk the Navajo woman glances surreptitiously at a brown bag on the front seat between them.
„If you’re wondering what’s in the bag,” offers the saleswoman, „it’s  bottle of wine. I got it for my husband.”
The Navajo woman is silent for a while, then nods several times and says, „Good trade.”

Jak kupować pomarańcze

Stoję nad stoiskiem owocowym i gapię się na pomarańcze nie mogąc uwierzyć. W końcu zniecierpliwiony nieco sprzedawca pyta, czy coś sobie życzę. Ja, niepewnie: „Ja chciałam pomarańcze… ale one są takie wielkie!”. Sprzedawca, mentalnie wzruszając ramionami „Proszę sobie wybrać”. Wybieram z kul ważących ponad pół kilo na moje oko, na wadze okazuje się, że szacuję słusznie. A po chwili rzucam okiem obok i wykrzykuję z zadziwieniem „O, pieczarki też pan ma takie wielkie!!”.
Kurtyna.

Zdecydowanie odradzam

ssanie tabletek Aliofil (czosnkowych). Chciałabym móc napisać, że zrobiłam to celowo, aby na blogu opisać swe przeżycia. Niestety. Włożyłam je do buzi i zapomniałam połknąć.

Poza tym uznałam że w ramach rekonwalescencji doskonale zrobi mi godzinka hi lo combo. Rzeczywiście, dziś bardziej bolą mnie mięśnie pośladków niż gardło.

Jak przysiąg dotrzymywać, a życie oceniać

Przysięgłam dać Panu C spokój i słowa dotrzymuję, to znaczy zamieniam z nim od czasu do czasu parę słów, ale nic więcej. W związku z tym pan C właśnie wymyślił, że pojedziemy razem na urlop do Zakopca. Aaaaaa! Zastanawiam się, co mam zrobić, żeby go przekonać, że to jest niemożliwe.
A swoją drogą życie jest naprawdę opowieścią idioty, i to kompletnego idioty. Tu mnie facet kusi, zachęca, funduje dwa tygodnie, narty, spacery, kartę pamięci do aparatu specjalnie kupuje, żeby mi robić zdjęcia, tłumaczy „i świeże powietrze jest Ci teraz potrzebne i słoneczko też i nie musisz się o nic martwić”. A ja nie. Po prostu nie.

Przystanki

Idę na przystanek autobusowy, przede mną przemieszcza się facet lekko zalany, co stwierdzam jednym wprawnym rzutem oka (ach, to wychowanie w Polsce, człowiek zdobywa interesujące umiejętności). Zwalniam kroku, odczekuję, aż odczyta godzinę z rozkładu i omijając go wielkim łukiem (nie ma to jak podkarmić od czasu do czasu swą paranoję) podchodzę do rozkładu i popełniam błąd kardynalny, wyciągam otóż plan miasta (ponieważ autobusowi zmienili niedawno trasę i muszę się zorientować, jak głęboko w moją czasoprzestrzeń ingerują te zmiany).
Ludzie zazwyczaj upijają się na smutno lub na wesoło, bywa też na agresywnie. Ten upił się na uprzejmie. Natychmiast do mnie podchodzi, pyta gdzie chcę dojechać, coś usiłuje wywnioskować, coś mi zawile tłumaczy. Jest w tym stanie zalania, kiedy człowiek jest jeszcze prawie trzeźwy, ale przekroczył już tę granicą, za którą napicie się więcej staje się imperatywem kategorycznym. Nie jest regularnym pijaczkiem, nie ma przy sobie butelki, może dopiero początkuje.