Jak dostawać smsy i nie rozumieć facetów

Ten osobnik wbrew moim przewidywaniom odzywał się potem jeszcze, ale jakoś tak bezosobowo dość. Zastanawiałam się nawet o co mu chodzi, skoro nie chce się umówić, ale sie odzywa… Potem zamilkł na chwilę. Wczoraj zaś dostaję smsa „o spotkaniu pamiętam, ale to dopiero po długim weekendzie”. Nie no, fajnie że pamięta; jakie spotkanie?? Ja sobie nic nie przypominam. Nie żebym miała coś przeciwko…

Jak się nie nadawać do społeczeństwa

Kobieta od angielskiego zaczęła wczoraj lekcję pytaniem „are you competitive?” Odparłam zgodnie z prawdą, że ja absolutnie nie, nie mam kompletnie ambicji i nie mam satysfakcji ze współzawodnictwa, może dlatego że i tak bez wysiłku jestem często najlepsza. Ona z lekką ironią powiedziała „ach, czyli syndrom znów jestem najlepsza, co za nuuuda?”, a ja przytaknęłam całkiem serio.
Symptomatyczna opowieść: na egzaminie na studiach dostaję 100/100, jako jedyna; przyłażę na ustny, grupka ludzi stoi i się głośno zastanawia kim jest ta dziwna osoba która ma taki wynik (to był egzamin międzywydziałowy, więc się nie znaliśmy) Ja się w duchu skręcam i żałuję, że nie zrobiłam paru błędów tak dla przyzwoitości. Oczywiście się nie przyznaję, że to ja. Kiedy wywołują mnie na ustny… trzeba widzieć ich spojrzenia (a ja zamiast się cieszyć, jestem wściekła na siebie). Albo choćby te klasówki z matmy w szkole średniej, do dziś pamiętam desperacki okrzyk kolegi, też niezłego „przecież to niemożliwe, żeby ciągle dostawać piątki!!”
Najgorsze, że to przychodziło mi mimochodem. Żebym jeszcze wkładała w to wysiłek, może odczuwałabym satysfakcję; ale nie. Straszne jest też to, że nie nauczyłam się tego wysiłku wkładać w nic. Ludzie mniej uzdolnieni dochodzą dalej, bo się starają, a ja jestem za leniwa. Totalne zero ambicji. Nawet ten blog: ludzie się starają, ogłaszają, cuda czynią, by mieć poczytność, a mnie to jak zwykle kompletnie nie obchodzi. Nie nadaję się do życia w społeczeństwie…
A potem patrzę na to inaczej: może właśnie dlatego jestem szczęśliwa, wkładając wysiłek jedynie w rzeczy na których tylko mnie zależy.

Jak pomagać koleżance

Dzwoni i żąda programu do rozliczania PITów. Wysyłam. Na koniec rozmowy pyta mnie „a czy ja mogę tego PITa wysłać mailem?”. Kurtyna.
Potem dzwoni i powiada, że nie wie czy dostała tego maila z programem, bo przerwała sobie ściąganie poczty w połowie 🙂

Po co stać na poczcie

Tytułem uzupełnienia poprzedniej notki: Misica nie chciała skorzystać z netu u mnie, mimo włączonego kompa, znaczy uzależniona nie jest. A może to tylko ta wrodzona nieśmiałość…

Pan C. odkrył istnienie poczty. Raz w tygodniu muszę się tam zgłosić odebrać paczkę. W sobotę dostałam m.in. balona w kształcie delfina, zrobionego z błyszczącej folii.

Jak poznać blogowiczkę i dać się poznać

Denerwowałam się przed poznaniem misicy bardziej, niż mogłoby to zostać jakkolwiek uzasadnione i bardziej, niż to do mnie podobne. Blogowanie nie przypomina jednak innych rodzajów nawiązywania kontaktów przez sieć. Jest w tym więcej kreacji, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Bardzo zabawne było odczucie, że chyba muszę teraz w sobie odnaleźć deesse na żywo, a nie wiem, gdzie ona jest. Chyba mniej więcej dowiedziałam się, czego doświadcza autor bestselleru, kiedy żądają od niego wywiadów… oczywiście toutes proportions gardees 😉
Misica ma najpiękniejsze niebieskie oczy i taką masę opowieści niesamowitych w zanadrzu, że blog tego nie wytrzyma, jeśli kiedyś to wszystko opisze :). Bardzo się cieszę, że ją poznałam.

Jak rozmawiać z ubezpieczeniowcem

Bywa, że czytam blogi i przyłapuję się na myśli „to się chyba nie mogło wydarzyć„… potem sama siebie karcę: doskonale przecież wiem, że życie jest scenarzystą bardziej skłonnym do przesady niźli jakikolwiek człowiek.
A potem mi samej przydarza się coś, o czym myślę „to trzeba opisać” a po chwili stwierdzam „e taaam.. przecież to będzie wyglądało na wyssane z palca!
Tak właśnie wczoraj, jak to raz do roku zwykle się zdarza, przyszedł agent PZU ubezpieczyć mieszkanie. Być może błędem było zwracać się do tego samego, u którego ubezpieczałam będąc jeszcze z eksem, ale tak było najwygodniej. Ubezpieczał mi już zresztą moją osobistą chałupę rok temu. Tym razem jednak uznał za swój obowiązek przez 45 minut (patrzyłam na zegarek, ni sekundy nie przesadzam) relacjonować mi, jak to niedobrze, że zostawiłam eksa, bo on taki miły, roztaczać przede mną upojne wizje, jak to ja i eks razem w moim ślicznym mieszkaniu bylibyśmy szczęśliwi, itd. Dorzućcie jeszcze do tego dużą garść zwierzeń z jego życia osobistego, bardzo explicite mi przedstawionych (czyli jak to kolejne panienki przelatywał, ale na bal nie miał z kim iść), oraz dorzucane hojne informacje „bo jakbym był 20 lat młodszy, tobym panią… uwiódł” (tu już nie zdzierżyłam i poinformowałam go tonem Dziewicy Orleańskiej bez mała, że mnie zdecydowanie nie jest tak łatwo uwieść, bez względu na wiek zainteresowanego, ale to wcale go z tropu nie zbiło).