Jak wieczór wtorkowy spędzić

Po pracy i przepłynięciu półtora kilometra w basenie wymijając cały czas tę samą bardzo powoli płynącą panią (pani po pewnym czasie wykonuje rzecz następującą: startuje tuż przede mną, po czym odwraca się, widzi mnie i się zatrzymuje, nie wiem o co jej chodzi, ale trenuję wymijanie łapiąc się na mysli cholera kierunkowskazu mi brakuje!) udać się do domostwa Misicy, nie napotykając niestety obiecanej wścibskiej sąsiadki, chociaż wizjer był w użyciu (a miałam przygotowane różne interesujące warianty odpowiedzi na hipotetyczne pytanie „a co pani tu robi”, skłaniałam się ku najprostszemu – uporczywemu upieraniu się, że ja tu przecież od niedawna mieszkam z mężem i dwoma synkami i z całą pewnością nie wyglądałam ostatnio inaczej, niestety nie było mi to dane), obejrzeć widok z okna, nakarmić kwiatki i podlać rybki, bądź vice versa (zaczynam odkrywać, że karmienie rybek jest całkiem przyjemną czynnością). Wróciwszy do własnego domu bez przygód siąść i rozwiązać obrazek logiczny z poniedziałkowej Wyborczej, który w poniedziałek z racji reakcji postresowej i zmęczenia wydawał się być zdecydowanie ponad moje siły, z przyjemnością stwierdzić więc, że we wtorek bynajmniej ponad siły nie jest. Wspomóc swe siły witalne niewiarygodną ilością koktajlu z truskawek i waniliowego mleka acidofilnego (pycha). Złapać w końcu za telefon.

Rozmawiać kolejno z siostrą, szwagrem, siostrą, szwagrem, siostrą i szwagrem (godzina równo wyszła). Być wzorem terapeuty telefonicznego: słuchać nie przerywając, i głos podnieść kiedy trzeba (to znaczy kiedy ona nadmiernie wpada w histerię, nie lubię tego, ale już się wyszkoliłam). Osiągnąć efekt taki, że szwagrowi po wykrzyczeniu się i wyżaleniu nawet wraca szczątkowe poczucie humoru. Nie wierzyć, kiedy twierdzi, że nie ma już siły: pamiętajcie drogie dzieci, jak ktoś mówi że nie może, to znaczy że może. Dopiero jak przestanie mówić, to ewentualnie oznacza, że już nie może.
Żal mi ich, bo się męczą oboje straszliwie. Ona bardziej, chociaż Piotruś nie do końca w to wierzy, co mnie nie dziwi. Zapisała się na terapię dopiero na 7 lipca, odwleka to jak może, konfrontacja z jej problemami ją przerasta. Nie mogę się roztkliwiać, ona musi w końcu przez to przejść. Chciałabym wiedzieć, czy to ciągle jest wierzchołek góry lodowej (tak, o sancta simplicitas, tak). Uparcie wierzyć, że gdyby to były początki choroby psychicznej, to psycholog by to zauważył (czy ja nie ufam tym konowałom nadmiernie?).

Śnić o rejsie, o mnóstwie przepięknych żaglowców wychodzących z portu – dlaczego ja się tak bałam sztormu w tym śnie? – i o dobudowywaniu łazienki do mojego mieszkania, strasznie skomplikowanej łazienki z mnóstwem dziwnych urządzeń (co najmniej dwie wanny tam chyba były), przy czym wiedziałam, że jedną łazienkę już mam, i pod koniec snu zaczęłam się zastanawiać, po co właściwie mi druga i to tej wielkości, i to był ten moment, w którym należało się obudzić.

Nie mieli dziś Polityki w żadnym kiosku. Matrix się popsuł.

Niech żyje net, czyli znalazłam wiadomy cytat

Nom de dieu de putain de bordel de merde de saloperie de connard d’enculé de ta mère.

Znalazłam również i przeczytałam wczesną wersję scenariusza M: Reloaded, z kwietnia 99. Szczękę musiałam trzymać oburącz. Jedyne, co zostało, to wielu Smithów, oraz koncept, że Neo miał poprzedników, sześciu zresztą. Cała reszta jest kompletnie inna. I nie nudzą tak jak w filmie. Maszyny nie niszczą Zionu, Neo ma natomiast zniszczyć Matrix, co nawet by potrafił, ale nie może tego zrobić, chociaż to jedyna nadzieja na wygranie wojny z maszynami, bo uśmierci w ten sposób 6,5 miliarda ludzi uwięzionych w Matrixie. Podobała mi się koncepcja, że ci ludzie przemieniani przez Smitha w Smithów po śmierci powracają do swojej postaci, szczerze mówiąc nie rozumiałam oglądając film, czemu tak się nie dzieje. Teraz jeszcze bardziej nie rozumiem, czemu z tego zrezygnowali.

Jak asertywność trenować

Osobnik, którego ostatnio brzydko i niestety celowo obrażałam w nadziei, że w końcu raz a dobrze się obrazi (nie żadna podrywka, znajomy, niestety z gatunku rzepów szkodników, w dodatku cham rzadkiej jakości), po czym parę notek temu miałam kaca moralnego na ten temat, bo w końcu nieszczęśliwy człowiek itd, otóż ten właśnie osobnik zadzwonił wczoraj o godzinie 22 (to i tak uprzejmie jak na niego, potrafi później, słowa przepraszam w słowniku nie posiada, jak i dziękuję, dzień dobry) i wielce radośnie oznajmił „dzwonię w bardzo ważnej dla mnie sprawie. Czy użyczysz mi lokalu na firmę?” Nigdy w życiu z taką satysfakcją nie powiedziałam „nie, cześć„.
Zastanawiam się jaki trzeba mieć tupet i czy to ja jestem nienormalna, skoro kompletnie tego nie rozumiem.

Jak mieć równowagę

Za dobrze mi było, co? Cieszyłam się przez chwilę, to trzeba mi już wylać wiadro pomyj na naiwną łepetynę, tak? Nie, żeby mnie to dziwiło.

Dzwoni szwagier i wylewa do mnie swoje frustracje. Moja siostra najwyraźniej na informację od psychologa (dobry psycholog, znaczy, chociaż o to jestem spokojna) że ma się poddawać terapii sama, stanęła okoniem. Jasne – bo ona jest najlepsza, najcudowniejsza, świat jej nie rozumie i jest przeciwko niej. Wszystko to wina szwagra. Na mój mail, który ma być pełen zrozumienia, odpowiada, że dołączam do niego. Czyli znów świat jej nie kocha.

Zabawne, że oni nawzajem zarzucają sobie podobne rzeczy: on twierdzi, że ona go nie docenia, trzeba koło niej chodzić jak koło śmierdzącego jajka, nie wolno nic powiedzieć (ma rację, niestety). Ona z kolei, że tylko jego zachcianki się liczą. Jestem przekonana, że większość problemów leży po jej stronie, ona nie radzi sobie przede wszystkim ze sobą.

Priorytet: zmuszać ją, żeby widziała świat, a nie swoje o nim wyobrażenia; przekonywać ją do kontynuowania terapii. Głupio wierzę, że skoro już tak daleko zaszła, to nie przerwie tego teraz. Trochę nie mam siły, ale jestem już teraz mądrzejsza o swoje doświadczenia. Szwagra należy wysłuchiwać spokojnie, bo o danie upustu swojej złości mu chodzi.

Dlaczego w szkołach zamiast tych wszystkich nieznośnych bzdur nie uczą psychologii? Chociaż podstaw? O ileż łatwiej by było…

Jak stracić cel w życiu

Zdać egzamin na prawo jazdy za pierwszym razem.
:)))))))

A miało być tak pięknie, miałam jeszcze chodzić na jazdy, miałam chodzić zapisywać się na kolejne terminy egzaminu, miałam opowiadać wszystkim, który to już raz zdaję, miałam być przemądrzałą weteranką egzaminów… I na co mi te wszystkie plany?

Najbardziej cieszył się młody chłopak z Heine-Medina, zdał za siódmym razem, w życiu nie widziałam takiej radości.

Jak nowe hobby swoje odkryć

Moim nowym hobby jest jeżdżenie na rowerze po świeżo ułożonym chodniku z kostki. To taki cudowny dźwięk wydaje, że ja mogę tam jeździć i jeździć i w kółko tak jeździć i się napawać, co też czyniłam w niedzielę.

A misica ma niesamowicie ładny widok z okna. I żywe (jeszcze ciągle) rybki.