A chcecie się pośmiać?

Taki jeden pan, żonaty zresztą, właśnie mi oznajmił, co następuje:

Pewnie mnie to skreśli ostatecznie z Twoich planów (o ile w ogóle takie kiedyś były, bo myślę, ze „egzamin” oblałem z kretesem) ale chyba … zadurzyłem się w Tobie. Najpierw kalkulacja była prosta: wolna, inteligenta, lubi sex – w sam raz. W trakcie rozmowy, choć raczej to ja mówiłem, przestałem patrzeć jasno – w pewnej chwili zostały same … emocje. No cóż taki już jestem. Podobasz mi się bardzo. I nie myśl, że wygłodniały rzucam się na pierwszą kobietę. Od półtora roku mam (z krótkim przerwami) asystentki które pracują dla mnie W DOMU, gdzie są „warunki”. W zeszłym roku jedną musiałem zwolnić, bo czułem się … molestowany, a była to w „powszechnym odczuciu” ładna dziewczyna. Trudno mi zacząć, ale jeżeli już to wpadam …. po szyję. Właśnie wpadłem.
Czekam teraz na chwilę rozmowy z Tobą

(się nie doczeka, hehe, ale kombinator niezły, szkoda, że trochę mało oryginalne)

Jak hołubić paranoję

Przywlec o poranku tony zakupów na rowerze. Dojść do wniosku, że nie da się tego wszystkiego wnieść na górę, a i tak będzie trzeba zaraz znów wyjść, i zostawić rower przed klatką, przypiąwszy go starannie. Pognać do mieszkania i upychać nerwowo zakupy w lodówce zastanawiając się czy już tam kradną mój rower, czy jeszcze może nie. Usłyszeć dzwonek do drzwi, otworzyć w panice, myśląc „to ani chyba ktoś z informacją, że właśnie ukradli mi rower”, wpuścić sąsiada nieznanego bliżej i ciekawie wybrudzonego, który zadaje bardzo intrygujące pytanie, mianowicie „gdzie macie licznik od ciepłej wody?” (jakie macie, jakie macie, ja tu mieszkam sama, sama zarobiłam na to mieszkanie, co pan w ogóle sugeruje, i niech pan mi głowy nie zawraca, jak tam mój rower został bez opieki). Otóż nie wiem, gdzie mam licznik od ciepłej wody, a pan pcha mi się do łazienki, żeby obejrzeć ten licznik schowany starannie za wyjmowanym kafelkiem, a mi świta „aha, to on tutaj mnie zagaduje, a tam mi jego wspólnicy rower kradną!! Aaaaa policjaaaaa„. Na szczęście się opanowałam, nie wezwałam policji, faceta spławiłam, roweru mi nikt nie ukradł, ale co nakarmiłam paranoję, to nakarmiłam.

Jak zapewniać sobie rozrywkę w pracy

Pić łapczywie zbyt gorącą herbatę. Sparzyć się w język. Siedząc w pracy marudzić „język mnie boli, sparzyłam się”. Udać się w kierunku lodówki. Wyjąć z niej kawałek lodu. Polizać go. Przylepić sobie do niego język. Stwierdzić, że nie jest to najprzyjemniejsze uczucie. Lizać z pewną dozą zrezygnowania lód. Dojść do wniosku, że lody są znacznie przyjemniejsze w spożyciu. Udać się na stację benzynową chłodząc sobie po drodze sparzony język i nabyć sobie loda na patyku. Spożyć loda z zadowoleniem. Nadal odczuwać ból w języku.

Jooo!

Szwagier ma pracę :). Oznajmił mi „mam pensję, premię, laptopa, komórkę, samochód i zakres obowiązków„, na środku chodnika skakałam do góry z radości, a kamienie z hukiem spadały mi z serca rozbijając się o bruk. To dobrze, nawet jeśli to oznacza, że moja siostra znów zacznie świrować, bo już nie będzie musiała być dzielna, twarda i silna jako jedyna żywicielka rodziny.

Dwie reklamy francuskie (gazetowe). Na jednej narysowana para, ona mówi coś w rodzaju „gdybyśmy tylko wczoraj uważali”, on „jak ja mogłem zapomnieć” a pod spodem wyjaśnienie, czym jest antykoncepcja po stosunku. Próbuję to sobie wyobrazić w gazecie polskiej, nie da się. Na drugiej jest para starszych ludzi złączona namiętnym pocałunkiem w jakiejś kuchni, tytuł brzmi „na kolację był królik z musztardą”, a pod spodem wyjaśnienie „musztarda jest ostra i dlatego jest dobra”. Rozbrajające, typowo francuskie.

Rozbawiło mnie zdanie w dzisiejszej telewizyjnej o Borysewiczu „po kontrowersyjnym zachowaniu na koncercie we Wrocławiu”. Należy się nagroda za eufemizm roku.

Poszłam dać sobie wstrzyknąć trzecią porcję szczepionki przeciw wzw b. Cieszy mnie że to koniec, bo nie będę już musiała odpowiadać na kłopotliwe pytanie „a dlaczego się pani szczepi?”, na które jakoś nigdy nie odważyłam się odpowiedzieć, że płacę i się szczepię, bo mam ochotę. Właśnie się dowiedziałam, że przy okazji pewnie ochroniłam się przed rakiem wątroby. Pierwszy raz w życiu wbijał we mnie igłę mężczyzna, oczywiście nie omieszkałam mu tego oznajmić (może powinnam była go pochwalić po fakcie…)

Dyktatura komputerów

W ukochanej babskiej gazetce francuskiej (muszę jakiś skrót na to ukuć) znajduję w tekście dotyczącym, a jakże, związków męsko-damskich, określenie „copier-coller”, czyli wywodzące się z terminologii komputerowej copy-paste (kopiuj-wklej). Chodzi o powielanie tego co było poprzednio. Bardzo twórcze wzbogacanie języka. Tekst jest o tym, jak obecnie podchodzi się do nowych związków: od razu bada się wady drugiej strony i otwarcie przedstawia swoje, mało w tym zauroczenia jak było kiedyś; najpierw sprawdzamy, czy warto się w to pakować, a dopiero potem ewentualnie do głosu serce. Ciekawe.

Czytelnia

LeGuin „Urodziny świata”: to fantastyka czy babska literatura? Nie mam pewności. Korzysta z narzędzi science fiction, by pokazywać ludzkie emocje. Nieustannie zaangażowana w rozpatrywanie związków męsko-damskich, damsko-damskich zresztą też; w rozważanie, jak wpływa na nas wychowanie, kultura, tabu. Nie ma nic podobnego w literaturze. W tych opowiadaniach wymyśla ciągle nowe rozwiązania: jak kochać, uprawiać seks, wychować dzieci, dzielić się uczuciami. Zastanawiam się, co myślą o tym faceci (poniekąd podobne tematy interesowały R.A. Heinleina, u którego rzecz sprowadza się na ogół, jakże by inaczej, do stada chętnych panienek dostępnych na każde zawołanie…). Bywa przewrotna. Jest opowiadanie, gdzie mężczyzn jest 16 razy mniej niż kobiet, żyją w zamkach, a kobiety płacą im za seks. Na pierwszy rzut oka męski raj, na drugi… polecam lekturę.
Polityka przynosi artykuł Podgórskiej o kobiecym alkoholizmie. Czytałam z przejęciem, wiem o tym co nieco, choć nie miałam pojęcia, że kobiety uzależniają się szybciej niż mężczyźni. Coraz więcej alkoholiczek (tych wydawałoby się eleganckich kobiet biznesu) – smutny znak naszych czasów. Zastanawiam się, czy wystarczy o tym wiedzieć, żeby się uchronić.

Jak uzasadniać pomalowanie paznokci u nóg

Ten paznokieć, co sądziłam, że przyrasta z powrotem (to jest lewy największy), postanowił jednak mnie opuścić i chyba niedługo to uczyni (powiedzcie mi, że jak nie będę przy nim dłubać, to nie będzie się z tym spieszył; ale to nic nie pomoże). W związku z tym wykorzystuję ostatnie chwile, by mieć pomalowane paznokcie. Mam specjalny lakier na takie okazje, pod którym zupełnie nie widać, czy paznokieć jest czarny, granatowy, żółty czy może biały. Tak się zastanawiam: jak paznokieć sobie pójdzie, czy nie mogłabym sobie pomalować skóry, która jest pod nim? Może nie będzie widać braku?

Śnił mi się duży samochód, który pożyczyła mi (bliżej nieokreślona, hehe) koleżanka, bym nim jeździła, ale ja się bałam, więc stał sobie pod blokiem, a ja sobie wyobrażałam jak będę nim jechać i tak sobie wyobrażałam, że aż się obudziłam. To chyba efekt przegadania wczorajszego wieczoru na temat samochodów. Dwie burze obejrzałam w trakcie.

Jak mieć marzenia

Zamieniłam step na aerobik o kryptonimicznej nazwie TBC, bo nie wierzę, że ktoś kiedyś stawy kolanowe mi wymieni. Na rzeczonym wychodzi niestety na jaw, że jakieś sznurki ostatnio to ja ciągnęłam rok temu (pływałam wprawdzie jeszcze po Odrze jesienią, ale niewiele), nie mam w ogóle mięśni rąk (to co mnie tak boli, skoro nie mam tam mięśni? Oto zagadka). Przypomniawszy sobie o braku sznurków do ciągnięcia w drodze powrotnej porozmyślałam sobie najpierw ogólnie i tęsknie o żaglach, a potem rozmarzyłam się, jak by to było fajnie, gdyby samochody miały napęd żaglowy, a nie benzynowy. Nie trzeba by było płacić za benzynę, zamiast blaszanych puszek na ulicach byłoby stado kołyszących się na wietrze żagielków; trzy sznurki zamiast trzech pedałów, pięciu biegów i masy dziwnych przycisków. Tylko ulice musiałyby być ciut szersze, żeby halsować się dało, ale to drobiazg…