Doza ponuractwa

Kolejny mail od N. donoszący, że zwija interes i zwija się z tego padołu. Ale tym razem nie będę tłumaczyć, pocieszać, przekonywać. Kim jestem, żeby wiedzieć lepiej? To jego życie. Jego prawo, żeby wybierać – i w końcu wybrać śmierć. Być może ma rację, że to dalej nie ma sensu. Tym razem mu napiszę, że to jego wybór… i że będę go wspominać. Nie umiem inaczej.

Myślę więc o tym, dlaczego ludzie żyją. Dr. S. Cudowny, wyjątkowy człowiek; pracowała ongiś z M i zaprzyjaźniła się z nią. Starsza od niej o pokolenie zastąpiła nam w pewnym momencie babcię. Umierała bardzo długo. Lekarka, więc samoświadomość nie była jej oszczędzona. To było skomplikowane (nie rak). Do końca funkcjonowała, do końca mieszkała sama. Pamiętam swoją ostatnią wizytę u niej; wyglądała jak więźniarka Oświęcimia, wyniszczona niewyobrażalnie – nie jadła praktycznie nic (chore nerki). Przy życiu trzymała ją tylko wola pomocy swojej potwornie znerwicowanej córce (kolejne życie nadające się na scenariusz thrillera) i wnukom (jedno chore na schizofrenię, drugi miał zdać na studia i ona tego dożyć chciała, udało jej się). W pamięci została mi jej wewnętrzna siła (wtedy jej nie widziałam w tak oczywisty sposób, dopiero z perspektywy lat dostrzegam we wspomnieniu).

Jak jeździć na rowerze

Znów to zrobiłam. Miałam tym razem nie jechać na rowerze do knajpy, by potem nie musieć wracać po spożyciu po ciemku, ale oczywiście argument „a kiedy niby będziesz jeździć na rowerze, w zimie?” był nie do odparcia. Powiedziałam sobie beztroskoo „nie będę przecież tak długo siedzieć”. Taaa. Wytoczyliśmy się z knajpy o 0:47. Tym razem miałam działające światło, zauważcie postęp. Śmignęłam sobie przez pasy (tak wiem że to jest niedozwolone) po czym do mego przyćmionego rozumku dotarło, że samochód, przed którym śmignęłam, to radiowóz. No ładnie, tylko patrzeć jak mnie zatrzymają, pomyślałam w popłochu, tym bardziej, że w piątek była masa krytyczna i byli okrutnie cięci na rowerzystów. Najwyraźniej jednak się wyżyli, bo się mną nie zainteresowali. Potem miałam jak zwykle dylemat czy lepiej jechać asfaltową w totalnych ciemnościach, gdzie zasuwają samochody, czy może lepiej po strasznych wybojach w totalnych ciemnościach. Za to pogoda była w sam raz do jeżdżenia rowerem i generalnie do życia, czego o dzisiejszej powiedzieć nie mogę.

A chcecie się pośmiać?

Taki jeden pan, żonaty zresztą, właśnie mi oznajmił, co następuje:

Pewnie mnie to skreśli ostatecznie z Twoich planów (o ile w ogóle takie kiedyś były, bo myślę, ze „egzamin” oblałem z kretesem) ale chyba … zadurzyłem się w Tobie. Najpierw kalkulacja była prosta: wolna, inteligenta, lubi sex – w sam raz. W trakcie rozmowy, choć raczej to ja mówiłem, przestałem patrzeć jasno – w pewnej chwili zostały same … emocje. No cóż taki już jestem. Podobasz mi się bardzo. I nie myśl, że wygłodniały rzucam się na pierwszą kobietę. Od półtora roku mam (z krótkim przerwami) asystentki które pracują dla mnie W DOMU, gdzie są „warunki”. W zeszłym roku jedną musiałem zwolnić, bo czułem się … molestowany, a była to w „powszechnym odczuciu” ładna dziewczyna. Trudno mi zacząć, ale jeżeli już to wpadam …. po szyję. Właśnie wpadłem.
Czekam teraz na chwilę rozmowy z Tobą

(się nie doczeka, hehe, ale kombinator niezły, szkoda, że trochę mało oryginalne)

Jak hołubić paranoję

Przywlec o poranku tony zakupów na rowerze. Dojść do wniosku, że nie da się tego wszystkiego wnieść na górę, a i tak będzie trzeba zaraz znów wyjść, i zostawić rower przed klatką, przypiąwszy go starannie. Pognać do mieszkania i upychać nerwowo zakupy w lodówce zastanawiając się czy już tam kradną mój rower, czy jeszcze może nie. Usłyszeć dzwonek do drzwi, otworzyć w panice, myśląc „to ani chyba ktoś z informacją, że właśnie ukradli mi rower”, wpuścić sąsiada nieznanego bliżej i ciekawie wybrudzonego, który zadaje bardzo intrygujące pytanie, mianowicie „gdzie macie licznik od ciepłej wody?” (jakie macie, jakie macie, ja tu mieszkam sama, sama zarobiłam na to mieszkanie, co pan w ogóle sugeruje, i niech pan mi głowy nie zawraca, jak tam mój rower został bez opieki). Otóż nie wiem, gdzie mam licznik od ciepłej wody, a pan pcha mi się do łazienki, żeby obejrzeć ten licznik schowany starannie za wyjmowanym kafelkiem, a mi świta „aha, to on tutaj mnie zagaduje, a tam mi jego wspólnicy rower kradną!! Aaaaa policjaaaaa„. Na szczęście się opanowałam, nie wezwałam policji, faceta spławiłam, roweru mi nikt nie ukradł, ale co nakarmiłam paranoję, to nakarmiłam.

Jak zapewniać sobie rozrywkę w pracy

Pić łapczywie zbyt gorącą herbatę. Sparzyć się w język. Siedząc w pracy marudzić „język mnie boli, sparzyłam się”. Udać się w kierunku lodówki. Wyjąć z niej kawałek lodu. Polizać go. Przylepić sobie do niego język. Stwierdzić, że nie jest to najprzyjemniejsze uczucie. Lizać z pewną dozą zrezygnowania lód. Dojść do wniosku, że lody są znacznie przyjemniejsze w spożyciu. Udać się na stację benzynową chłodząc sobie po drodze sparzony język i nabyć sobie loda na patyku. Spożyć loda z zadowoleniem. Nadal odczuwać ból w języku.