Płyniemy?

Im bliżej wakacyjnego wyjazdu, tym głośniej w głowie ds dzwonią dzwony alarmowe i rozlega się paniczne „ja nigdzie nie pojadę, ja nie chcę nigdzie jechać, nie każcie mi się nigdzie ruszać, ja nie chcę, ja nie jadę„.

Pojedzie. W końcu dotychczas tylko dwa razy zostawiła swoje życie, wyszła z niego – jak się wychodzi ze znoszonych butów, zostawia je i idzie dalej boso nie oglądając się wstecz. Ale z taką dezynwolturą traktuje tylko buty i życia; jeśli chodzi o resztę, jest niezwykle sumienna i obowiązkowa. Pojedzie, ponieważ tak postanowiła, a postanowień się dotrzymuje.

Przez dwa tygodnie będzie składać ofiarę Neptunowi, cierpiąc pierwszy raz w życiu na chorobę morską. Przysięgła, że wymiotując będzie sobie wyobrażać twarze wszystkich beznadziejnych facetów jej żyć, to znaczy wszystkich facetów, w kółko i w kółko. Wróci oczyszczona. Nie zacznie nowego życia, ponieważ nie ma już nic, co mogłaby w nie zabrać ze sobą.

Hobby

Poranne radio zapytowywuje „a jakie, drodzy słuchacze, macie hobby?„. Dzwoni pan i powiada, że on w ramach hobby lubi sprzątać w domu. Prowadzący się zachwyca „ach, to żona musi być szczęśliwa…„. Dzwoniący pan zeznaje, że nie ma żony. Prowadzący apeluje do słuchających kobiet „no, drogie panie, słyszycie, tu pan lubi sprzątać w domu…„. Dzwoniący powiada radośnie „panie, ja żadnej żony nie potrzebuję, ja byłem kucharzem w wojsku, jak ja sobie ugotuję, to żadna kobieta tak nie potrafi! „.

Czy mógłby mnie ktoś zabić?

Tylko bezboleśnie proszę. Zabrali mi koty, i co mi z tego, ze mogę sobie nowy wypasiony pręt do zazdrostek powiesić w końcu (bo stary połamały), i co mi z tego, że nikt mnie nie będzie budził tupotem w środku nocy, i co mi z tego, że nie będę miała tony piasku rozsypanej w całym domu, jeśli nikt też nie będzie mi mruczał i łaził po mnie?? Właśnie że będę płakać, w ten sposób przynajmniej na moje biurko pada deszcz. W dodatku zrobiłam pranie i dopiero pod koniec tego prania zobaczyłam, że z kranu leci żółta woda. Pranie było oczywiście białych rzeczy. Ongiś białych. Zastrzelcie mnie zamiast torturować.

Kupiłam kozę

Dałam się wrobić w organizowanie takiej jednej imprezy (trochę większej niż urodziny dla 30 znajomych, tak gdzieś z 10 razy większej). Od czasu do czasu w przebłysku zdrowego rozsądku zastanawiam się nad sobą, bo mam: pracę na etat (i nie należy wyciągać pochopnych wniosków z tego, że pisuję w tej pracy bloga), pracę zleconą dość regularnie, pracę społeczną, która też pochłania mi parę godzin w tygodniu, poza tym parę innych rzeczy do zrobienia; nie mówiąc o takich drobiazgach jak aerobiki, czytanie książek, chodzenie do kina i życie towarzyskie. Jako urodzona optymistka mówię sobie, że „kup kozę” jest całkiem niegłupią radą. Bohater szmoncesu przetrwał, ja też zamierzam. A na razie w ramach organizowania spotykamy się na przykład na grillu, miło jest.

Zabiorą mi dziś koty. Zamierzam mieć doła i przepłakać pół nocy.

Lekki nieszkodliwy napad ekscentryzmu

Idę do pracy obwiązana sznurkiem, ponieważ po drodze ćwiczę wiązanie ratowniczego na sobie lewą ręką, bez patrzenia. Po co? A tak sobie.

Wszyscy prawdziwi ekscentrycy, nawet jeśli z nieśmiałym i nieco zagubionym uśmiechem przyznają się spokojnie do swojej dziwności, są w głębi duszy przekonani, że to oni są całkowicie normalni, a świat zwariował (już dawno). Mają rację.