Ja, pirat drogowy

Jadę sobie grzecznie 80 (nie żeby to bylo dozwolone, ale tę drogę akurat znam (drogi dzielą się obecnie na Te, Które Znam i Te Których Nie Znam) i jest ona zazwyczaj pusta o tej porze) własnym pasem. Nagle widzę światła z przeciwka. Ki czort? Hamuję. Widzę: na przeciwnym pasie tir bardzo powoli skręca w prawo, a na moim pasie facet chce wyprzedzić rzeczonego tira, tylko coś mu to nie wychodzi. Hamuję, bo co zrobić. Facet wymija tira i przejeżdżając obok mnie zadaje mi retoryczne pytanie „jak jeździsz kretynko!”. No właśnie, jak ja jeżdżę?

Dlaczego pada, gdy ja jadę?

System szkolenia młodych adeptów trudnej sztuki prowadzenia samochodu pozostawia jednak wiele do życzenia. Nikt mnie nie nauczył jeździć w ciemnościach i ulewnym deszczu, gdy w lusterkach nie widzę nic, a szyby dodatkowo mam od środka zaparowane! Wlokłam się więc nieśmiało prawym pasem pozwalając się ochlapywać przejeżdżającym obok ciężarówkom, co jeszcze pogarszało mój stan, aż w końcu nagle uświadomiłam sobie, że muszę skręcić na najbliższych światłach w lewo, bo tam jest mój dom. Szybkie poszukiwania innej drogi niewymagającej takich ewolucji nie dały rezultatów, na poprzedzających światłach zrobiłam więc jedyną rzecz, jaką mi intuicja podpowiedziała, mianowicie wyrwałam do przodu z takim przyspieszeniem, żeby przypadkiem nikt mi nie przeszkodził w zmianie pasa na lewy. Udało się. Ale teraz już wiecie, że w tych legendach o nieprzewidywalności kobiet za kierownicą jest dużo prawdy.

No to już jest przesada

Ktoś trafił do mnie w zeszłym tygodniu, ponieważ zapragnął poczytać ni mniej ni więcej, tylko blog borgesa. Przynajmniej taką frazę wpisał w wyszukiwarce. O hasłach ciśnienie w kołach fiat oraz niewybuch co robić na wszelki wypadek nie wspomnę.

Wierzcie lub nie

Przeczytałam gdzieś kiedyś (poprawka: nie gdzieś kiedyś, tylko u Misicy na blogu, powiedziała Misica), że tak trzeba, więc trzymając w dłoni sok Tymbarka zadałam w myślach pytanie, a następnie spojrzałam na odwrotną stronę kapsla. Oczywiście pytanie nie mogło być inne niż „to jak to będzie z tym moim jeżdżeniem samochodem?„. Napis na kapslu brzmiał otóż:
poczułem wolność. Oby okazało się to proroctwem…

Jeśli urząd skarbowy ma napisane wyraźnie na piśmie, że „w przypadku więcej niż dwóch”, to oznacza to dokładnie „dwa lub więcej”. To nie był jedyny powód mojej niesłychanej irytacji porannej. Nadal żyję w jakimś świecie alternatywnym, gdzie jak człowiek zanosi urzędowi w zębach pieniądze, to urząd je bierze, a nie piętrzy przed człowiekiem trudności. Czas się obudzić.

Nie tylko faceci

Całkiem udana impreza wczorajsza, mimo że nie piłam (raz w życiu ja robiłam za rozwożącą towarzystwo do domów, całkiem miłe uczucie), ale to celowo, bo nie mogłam dziś mieć kaca, aby pracować w spokoju. Robiłam też za wsiąkliwy rękaw dla kumpla, który znów przeżył zawód miłosny. Przeżył go już raz ładne parę miesięcy temu i wyglądało, że się wyleczył. Dziewczyna zaczęła znów się do niego odzywać, od słowa do słowa robić mu nadzieje, on na to konto zerwał od razu z inną, z którą zaczął się osstatnio spotykać, aż w piątek nadszedł moment kulminacyjny. Powiedziała „wiesz, popełniłam największy błąd w swoim życiu, nie chcę już być z tym facetem, będę z tobą” itd wyznania. Po czym poszła na 5 minut pożegnać się ostatecznie z prawie-byłym facetem, i zadzwoniła do mojego kumpla po 10 minutach z tekstem „nie chcę cię więcej widzieć”. Dziewczyna, dodajmy, jest bardzo ładna, prawdopodobnie równie rozpuszczona, i podejrzewam, że nielichą rolę odgrywa tu fakt, że konkurent mojego kumpla bywa w Anglii i mogła sobie tam do niego pojechać na wakacje. Oczywiście kumplowi żadne racjonalne ani emocjonalne argumenty nie były w stanie trafić do przekonania. Alkoholowe też zresztą, a to już poważna sprawa. Zgadza się, że ona jest niezrównoważona emocjonalnie, po czym tocząc wokół błędnym wzrokiem mówi „ale my i tak będziemy razem”. Kurtyna. Ale dobrze się przekonać, że to nie zawsze faceci są tym wcieleniem zła wszelkiego.

Jeśli o samochód chodzi, to odkryłam nowy rodzaj sportu ekstremalnego. Ruszamy sobie spokojnie, pasy zapięte, światła włączone, wszystko jak trzeba. Jedziemy sobie, jedziemy, po czym nagle stwierdzamy „a właściwie to dlaczego, do stu tysięcy zzieleniałych bochenków chleba, dlaczego mi się świeci światło w samochodzie?„. Używamy rozumu, który, choć lekko zardzewiał, podpowiada nam natychmiast „dlatego że masz niedomknięte drzwi, oślico„. Następne 358 kilometrów do najbliższego czerwonego światła jedziemy z duszą na ramieniu, cały czas zbaczając na prawo, obserwując jednym okiem rzeczone drzwi i zastanawiając się kiedy one się otworzą i co będzie wtedy jechało z przeciwka. Nie otworzyły się. Ja to jednak mam szczęścia duuużo więcej niż rozumu, i nie jest zardzewiałe.

Wolność, mówicie?

Przyłażę do pracy, jest niedziela godzina 18:00, ale czasem tak w życiu bywa; właściwie to przyjeżdżam do pracy na rowerze, tarabanię się z tym rowerem do środka, bo przecież oczywiście zapomniałam wziąć jakichkolwiek zapięć. Portier teatralnie łamie na mój widok ręce i wykrzykuje głosem stentorowym:
– Och! Droga pani!
Już zaczynam myśleć, że o rower we wnętrzu chodzi, w naszych niepokalanych marmurach, już zaczynam się kajać, już zaczynam marmury przepraszać, kiedy on ciągnie, nadal w tej samej tonacji
– Droga paaani! Przecież pani już prawo jazdy zrobiła! Samochodem trzeba jeździć!
Tłumaczę niemrawo, że jeżdżę, jeżdżę, ale widzę w jego oczach brak przekonania, widzę w jego oczach zwątpienie, widzę nawet gdzieś na dnie jego oczu ukrywany starannie brak tolerancji dla tych, co w niedzielę o 18:00 przyjeżdżają do firmy. Na rowerze.