Wpływ blogów na życie codzienne

(to będzie temat mojej kolejnej pracy magisterskiej, gdybym kiedyś zapragnęła takową napisać w przypływie obłędu). Otóż zainspirowana notką u Gogenzoli postanowiłam przestać brać tabletki. Chyba postanowiłam. Pan niewłaściwy ma czas do poniedziałku, żeby mnie ewentualnie przekonać, że nie jest jednak tak całkowicie i nieodwracalnie niewłaściwy; ale nie sądzę, żeby mu się to udało. Swoją decyzją jestem bardzo przejęta i obmyślam chwytliwe slogany, takie jak „listopad miesiącem bez seksu i hormonów” (zamierzam zresztą ten slogan zaprezentować panu niewłaściwemu we właściwym momencie z całkiem poważną miną). Czyż nie brzmi to kusząco?

Co niby miał oznaczać ten sen, w którym zdradziłam swoją miłość do żagli i bardzo szybko pływałam po rzece motorówką? Klimat był… coś jak Węgorapa w listopadzie (nie żebym kiedykolwiek widziała Węgorapę w listopadzie, ale właśnie tak to musi wyglądać).

SNAFU

Wczoraj najpierw rozbolała mnie głowa. Mnie nigdy nie boli głowa, ale jak już boli, to w taki sposób, jakby ten ból był jedynym celem jej istnienia. Potem wylazło ze mnie zwierzę, nieznanego gatunku, ale duże, włochate i zębate. Zwierzę pogryzło jednego już byłego znajomego i spróbowało podeptać dwie przemiłe dziewczyny, na szczęście one są odporne na dziką zwierzynę. Następnie udałam się do dentystki sadystki – ja zazwyczaj jestem dość wyrozumiała nawet wobec dentystek, ale ta jest naprawdę wyjątkowa, znowu nie była łaskawa podać mi znieczulenia, a to była kolejna wizyta kanałowa.
-Och, przepraszam, ukłuło, to znaczy że jestem przy wierzchołku.
– Żadne ukłuło, wredna babo, boli mnie jak rozżarzone żelazo!! – powiedziałabym, gdybym tylko mogła. I tak 15 razy. Może tak musiało boleć, ale w dodatku oparzyła mnie trzy razy w wargę – ja rozumiem, że raz może się zdarzyć każdemu, ale trzy?
– Ojej, ale w ząb panią parzy? – pytała w dodatku ze słodko złośliwym niedowierzaniem.

Potem wyszłam stamtąd, przysięgając, że po kolejnej i ostatniej wizycie moja noga więcej tam nie postanie (i zapytam o jej nazwisko, żeby przypadkiem znów do niej nie trafić) i poszłam nabyć sobie rajstopy. Oczywiście weszłam do sklepu pięć minut przed zamknięciem, w ciągu 20 sekund wybrałam rajstopy, po czym znienacka zauważyłam, że to jest sklep Triumpha, skojarzyło mi się, że mój kostium kąpielowy jest na skraju rozlecenia się i zapytałam, czy mają kostiumy. Mieli. Poszłam mierzyć, co nie zajęłoby mi więcej niż 3 minuty, tylko że zepsuł mi się zamek w spódnicy. Personel po drugiej stronie wymieniał się głośnymi uwagami w stylu „ja już tu podliczyłam wszystko”, ja zaś usiłowałam coś zrobić, aby wyjść zza zasłonki w spódnicy (taki odpowiednik wyjścia z tarczą). Na szczęście zamek zaciął się w połowie, więc spódnicę jeszcze udało się wciągnąć, a już nie zdradzała chęci natychmiastowego spadnięcia. Kostium w danych okolicznościach przyrody oczywiście musiałam nabyć i to bez targowania. Wsiadłszy do tramwaju pomyślałam sobie znienacka, jak będzie fajnie, jak ta spódnica mi teraz spadnie i to mnie bardzo rozbawiło.

No dobra, wiem że ostatnio przesadziłam, i że bogom nie stawia się ultimatum. Wiem też, że wczoraj to było tylko łagodne ostrzeżenie (ale to jest moja ukochanaaaa spódnicaaaa!). Zamierzam być bardzo zadowolona z życia, uśmiechnięta i miła, nie domagać się niczego, i zaczynam od zaraz. Ofiarę z karmy bogom też złożę.

Jak się popłakać

Celem dostarczenia sobie niewielkiej porcji radości zaglądam do spisu słów kluczowych, jakie ostatnio wyszukały mój blog. Rzuca mi się w oczy fraza „jak wkładać tampony”. Otóż jeśli wrzucicie rzeczoną frazę do googla, to niestety faktycznie pojawi się tam niniejszy blog; ale do łez doprowadził mnie link na pierwszym miejscu:
Higiena intymna
… Wybierając tampony, należy dostosować ich rozmiar i możliwości … pachną drożdżami i wyglądają jak twaróg … lub tabletek, które należy wkładać na noc …

a następnie na miejscu ostatnim
Sciaga.pl – choroby koni
… Tampony poza tym wciska się do rowka strzałkowego … brzuszną) koń ustawia się często jak do oddawania … Nigdy nie wolno hodowcy wkładać ręki do odbytnicy …

Lista marzeń dyżurnych

Zleźć z Trzydniowiańskiego do Doliny Chochołowskiej wieczorem, wziąć rower z ichniej wypożyczalni samoobsługowej i śmignąć na sam dół Chochołowskiej wyprzedzając grupki znudzonych piechurów idących całą szerokością drogi. I żeby deszcz nie padał. Ewentualnie szarlotka i gorąca herbata w Strążyskiej, ale musi być zimno i deszczowo, żeby tłumów nie było. Ewentualnie patrzeć na krople deszczu uderzające w i tak już przecież mokrą powierzchnię Zielonego Stawu Gąsienicowego.

Zostać zbudzoną po rozkołysanym śnie o czwartej nad ranem na wachtę. Na dzień dobry oberwać zimną i słonawą falą w nos, po wyjściu na pokład. Przez cztery godziny mokrą dłoń trzymać na rumplu, oczy wlepiać na przemian w kompas i horyzont, kątem oka rejestrować nieznośnie powolny wschód słońca. Potem umościć się chytrze w koszu dziobowym, odgrodzić płachtą foka od reszty załogi, bez końca patrzeć na własną stopę na tle kawałków słońca poniewierających się na wodzie.

Do oporu i znudzenia jeździć na krechę na Gubałówkowej Kotelnicy, głównie dlatego, że po zjechaniu można wjechać orczykiem i robić 350 rzeczy, które można robić na orczyku. I żeby było mnóstwo śniegu, słońce i mróz. Potem zjeżdżać z Gubałówki, za każdym razem mając serce w gardle przed mostkiem (mostek w przeciwieństwie do serca i gadła nie jest w tym zdaniu częścią anatomiczną), czy aby na pewno i tym razem się tam zmieszczę.

Móc wreszcie wsiąść do własnego samochodu i pojechać do pracy, miast stać 15 minut na przystanku marznąc, a potem jeszcze 15 minut się wlec z przystanku do pracy. I przysięgam, że nie będę narzekać na konieczność skrobania. (No co, nawet moje marzenia bywają czasem boleśnie przyziemne 😉 )

Ratunku – błagam, ratunku – wołam

On o sobie: Interesuję się starociami
Ja odpowiadam: Uhuhu, to bardzo niedobrze,bo ja sie za starocia nie uważam 😉
On odpisuje: Cześć! Nie wiem, jak mam to rozumieć. Czy to żart, czy się pogniewałaś. Jeżeli, to co wykonuje i moje zaiteresowania nie odpowiadają Ci – to nic na to nie poradzę. Poprostu zignoruj mnie.

Błagam wszystkich istniejących i nieistniejących, jak również hipotetycznie istniejących bogów: albo niech moje zwichrowane poczucie humoru sczeźnie natychmiast, albo proszę mi niezwłocznie zesłać JEDNEGO, słownie jednego, liczebnie 1, jednego jak jedność, jeden przecinek zero i nic więcej, jednego spośród niespełna 3 miliardów homo sapiens płci męskiej, z poczuciem humoru. Usłyszcież wreszcie moje błagania!! Tak się nie robi ludziom nawet posiadając moc boską… Jakkolwiek fatalna by moja karma nie była, nie zasługuję na aż taką karę, słyszycie!! Słyszycie??!!

Zmiana czasu

Komputery przestawiają się co prawdna same, ale jednemu trzeba potwierdzić; zegarek na rękę, komórka, radio, trzy budziki, zarządzacz ogrzewaniem, kuchenka, zegar w samochodzie.
Ileż czasu wymaga ten czas.

Jak spędzać wieczory

Wczoraj byłam na trzecim aerobiku w tym tygodniu (tak wyszło, co ja na to poradzę), a po szczęśliwym powrocie do domu natychmiast wyszłam zeń znów, i poszłam posiedzieć w samochodzie. Bo ona taka samotna tam stoi i tylko szron ją pokrywa…

„Koniec świata w Breslau”

doktor rozpoczął badanie par excellence dogłębne” – mowa o zamordowanej prostytutce. To już mniej więcej wiecie, czego się spodziewać po najnowszej książce Krajewskiego. Osoby o słabych nerwach i bogatej wyobraźni nie powinny po to sięgać, osoby o nerwach mocniejszych i bogatej wyobraźni nie powinny jeść w trakcie lektury: trupów jest kilka i każdy został zamordowany w bardzo wymyślny sposób. Tak naprawdę to jest, ku mojemu zdumieniu, prequel poprzedniej książki, akcja toczy się głównie w 1927 i poniekąd wokół osoby pierwszej żony Mocka. Międzywojennego Wrocławia jest tu znów dużo, bardzo klimatycznie (uwielbiam zwłaszcza fragmenty umiejscowione w dobrze mi znanych Zakładach Kąpielowych na dzisiejszej Teatralnej, tam się nic nie zmieniło od tego czasu), i jest sprytnie wpleciony w akcję toczącą się niesłychanie wartko – skąd ten facet, filolog klasyczny, ma taki warsztat? Najdziwniejsze jest dla mnie, że Mock, którego pozornie nie da się lubić nawet na dziesiąty rzut oka, budzi jednak – przynajmniej moją – sympatię. Zupełnie nie wiem, jak Krajewski to robi. Może dlatego, że Mock jest niesłychanie ludzki ze swoim strachem, okrucieństwem, pijaństwem, weltschmerzem, nielicznymi szlachetnymi odruchami, resztką wrażliwości gdzieś na dnie, ambicją, dziwactwami… Autor nieco megalomańsko pojawia się sam w powieści (zresztą cały przegadany – choć malowniczy – wątek berliński to moje jedyne zastrzeżenie), ale wybaczam mu to, bo rzecz jest świetna.

Kącik utrudzonego pismaka. „Nie jest uważany za hollywoodzką gwiazdę (…), jakkolwiek zalicza się go do tego grona (…)„. To uważa się go, nie uważa się, zalicza się, czy nie zalicza się? Palma pierwszeństwa w kategorii bełkot tygodnia wędruje do dzisiejszej Wyborczej Gazety Telewizyjnej (podpisany KJZ artykuł o „Być jak John Malkovich”).

Wieczorne zrzędzenie

Generalnie trafia mnie szlag, ponieważ usiłuję współorganizować taką jedną imprezę i właśnie coraz dobitniej i boleśniej przekonuję się, że organizatorzy to banda kuffniaszy, którzy od siebie nawzajem, a zwłaszcza ode mnie, wymagają cudów; a sami żadnych terminów nie dotrzymują. Chętnie olałabym ich i zrobiła wszystko sama, ale z różnych przyczyn to niemożliwe. Właśnie dlatego siedzę nad kompem, bo rzecz, która miała być zrobiona wczoraj po południu, jeszcze nie jest zrobiona (a ja uruchomiłam własne kontakty celem kontynuacji tej rzeczy i osobiście twierdziłam, że to będzie zrobione, rozumiecie ten ból). Nie wspomnę przez wrodzone miłosierdzie o tym, że koleżankę usiłowałam dziś przez przez pół godziny skontaktować z kolegą, bo albo jedno się nie mogło odezwać, albo drugie, albo jedno nie wiedziało, o co chodzi, albo drugie. Oboje byli na gg i mieli telefony, żeby było trudniej. Może ja mam jednak za wysokie wymagania i to jest norma?

Z tej irytacji właśnie odpisalam na maila tego pana, co nie jest właściwym panem, a który właśnie wrócił z ciepłych urlopów, z których słał mi obfite smsy donoszące o temperaturze otoczenia i nie tylko. Na smsy odpisywałam z rzadka i miałam zasadniczo dać sobie spokój z panem, no bo po co mi pan, co nie jest właściwym panem. Ale jak widać, jestem typowo po kobiecemu konsekwentna. Odpisałam wysoce błyskotliwie (tak tak, czasem nawet mi się to zdarza), z czego do pana dotrze pewnie połowa, i to ta niewłaściwa połowa, ale humor mi się poprawił. No dobra, tylko trochę. Ale zawsze.

Aha, a po południu dałam się zawieźć do hipermarketu i przekonać do nabycia: linki holowniczej szt. 1, szczotki z drapaczką do szyb szt. 1, drapaczki z takim czymś gumowym do szyb szt.1 i kabli do czegoś tam (napisane mają kable rozruchowe, nie chcę wiedzieć co to znaczy, a gdybym przypadkiem musiała ich kiedyś użyć, co boże motoryzacji nie daj, to z całą pewnością malowniczo zemdleję) szt 2. Nie ma to jak męskie towarzystwo w hipermarkecie. Zważywszy, że samochód w chwili obecnej posiadam wyłącznie teoretycznie, są to dość pożyteczne zakupy.