Inner peace

I am passing this on to you because it has definitely worked for me. By following the simple advice I read in an article, I have finally found inner peace.
The article read: „The way to achieve inner peace is to finish all the things you’ve started.” Such simple advice. So, I looked around to see all the things I started and hadn’t finished.
Today I finished one bottle of red wine, a bottle of Jack Daniel’s, my Prozac, a box of chocolates and a half gallon of rocky road ice-cream.
You have no idea how good I feel…

(z rhf)

„Tidy your desks…

but not too much” oto motto na dziś, sformułowane tak uroczo przez samego Szeryfa, bo mamy wizytację z samej góry (jeszcze-wyżej-niż-Szeryf). To tacy, co myślą, że w Polsce białe niedźwiedzie i wilki po ulicach hasają. Przynajmniej pogoda ich nie rozczaruje.
– Znaczy, trawy na zielono nie musimy malować – skonstatowała ds z pewną ulgą.

O dostrzeganiu zalet we wszystkim

Jak wiadomo, największą zaletą wynikającą z nieposiadania samochodu jest możliwość picia alkoholu. Postanowiłam wykorzystać tę możliwość maksymalnie. Zaczęłam w piątek w takiej knajpie, gdzie zamawiałam coraz bardziej wymyślne drinki (z głowy, nie z karty), a jak przyszło do płacenia, to pani kelnerka wprawdzie wypisała wszystkie kwoty tak jak być powinny, ale po zsumowaniu wyszło jej 50% więcej, niż matematyka wskazywała. Może to za wymyślność tych drinków? O sobocie nic nie napiszę, głównie dlatego, że nic nie pamiętam, w niedzielę natomiast była impreza u koleżanki. Wszyscy znajomi zapowiedzieli, że nie biorą samochodów. Pomyślawszy z niechęcią o autobusie wsiadłam więc na rower. Na miejscu okazało się, że wszyscy przyjechali samochodami, oprócz jednego kolegi, z którego nie było żadnego pożytku, bo siedział i klepał w palmtopa cały czas i nic nie pił. Oczywiście wszyscy chcieli mnie odwieźć do domu, ale nikt nie chciał odwieźć mojego roweru, wyliczyłam więc sobie, że muszę się tak upić, żeby wytrzeźwieć w połowie drogi powrotnej, niestety rachuby mnie cokolwiek zawiodły i do domu dojechałam jeszcze całkiem pijana. Ciekawe zjawisko – kiedy musiałam zatrzymać się wraz z rowerem na paru przejściach, to nijak nie mogłam utrzymać pionu i się wraz z rowerem musieliśmy podtrzymywać chwiejnie, natomiast w trakcie jazdy wcale się nie przewróciłam, czego obawiałam się byłam.

Dziś uważam, że alkohol jest kiepską rozrywką, a nawet poniekąd szkodzi zdrowiu.

Dwustronność wszechrzeczy

M. pogrzebała swoje prawo jazdy w słoiku z ziemią. Przypominam sobie nagle, jak mi o tym opowiedziała i jak bardzo nie chciałam wiedzieć, co kryje się pod spokojem, z jakim zazwyczaj opowiada takie rzeczy. Miała – ile, 22, 23 lata – kiedy choroba zafundowała jej trwałe inwalidztwo. M. już nie poprowadzi samochodu, już nie wsiądzie na rower. Jest samodzielna i twarda jak nikt, kogo znam. Głupia babo, wrzeszczy duenia w mojej głowie, głupia bezmyślna kretynko, pomyślałaś o M., zanim zaczęłaś się użalać nad swoim losem pozbawionej niesprawiedliwie samochodu księżniczki o delikatnych stópkach? Tłustawa pupcia ci odpadnie, gdy ją powozisz autobusem przez kolejny miesiąc? Więc od trzech godzin odczuwam wstyd, że w ogóle śmiałam narzekać, i wdzięczność do losu, że mam co mam. Z uśmiechem kupię jutro bilet na autobus. Ze szczerym uśmiechem.

Uwielbiam babskie pogaduszki. Wyobraź sobie – mówi z przejęciem ta, która właśnie jednego rzuciła, wzdychała bezskutecznie do drugiego, a wraca z urlopu z trzecim – ten facet od prawie dwóch lat nie był z tą byłą żoną, nie mieszkał z nią, a w domu wszystko poustawiane tak, żeby o niej przypominało! Wyobraź sobie, zabrał mnie w takie miejsce, która ona mu pokazała, fakt, że piękne miejsce, ale…
– Znamy to wszystkie – przytakuję, współczuję, rozumiem. I z całych sił staram się nie pamiętać, że też gdzieś tam, jakoś tam, jestem taką byłą żoną.

:)

Do obiadu spożywam, wróć, czytam, wróżby andrzejkowe opisane w gazecie pn. Claudia poniewierającej się na stole kuchennym. Jedna z nich głosi ni mniej ni więcej: zadaj pytanie „czy wyjdę w tym roku za mąż”, otwórz książkę i spójrz na numer strony. Parzysta oznacza tak, nieparzysta nie. No, to która z pań chce wyjść za mąż w tym roku, to ja się zabawię we wróżkę i powiem, na którą stronę patrzeć, za jedyne 3 złote 😉

:(

Śniła mi się osobista ciotka usiłująca mnie podstępnie zamordować z niewinnym spojrzeniu wielkich niebieskich oczu (po tej stronie jawy nie ma takich). Odebrałam jej siedem par nożyczek (moja wyobraźnia starannie je wymodelowała, każde inne, niektóre wyszczerbione, niektóre sięgające mojego dzieciństwa), trzy pary cążek i jeden nóż. Potem powiedziała coś takiego, że chciałam ją przytulić, a ona wtedy wbiła mi w plecy kolejny nóż wyciągnięty zza pleców. Obudziłam się i mogłam przewidzieć, że nie ma sensu jechać do żadnego urzędu, ale nie przewidziałam. Oczywiście, że nic nie załatwiłam. Nie mam w związku z tym samochodu na czas nieokreślony. Tak oczywiście, jeździłam autobusami całe dorosłe życie, mogę pojeździć jeszcze miesiąc, nie umrę od tego. Tak oczywiście, jutro pogodzę się z tą myślą.

Kazanie

(może i stare, ale jakoś mnie rozbawiło)

Kaznodzieja wygłasza niedzielne kazanie na temat przebaczenia. Po płomiennej przemowie pyta zgromadzonych
– Ilu z was bracia przebaczy swoim wrogom?!
Mniej więcej połowa wiernych podnosi ręce do góry. Niezadowolony kaznodzieja kontynuuje kazanie. Mija 20 minut i znowu pyta
– Ilu z was bracia przebaczy swoim wrogom?!
Tym razem zgłasza się jakieś 80% osób. Kaznodzieja zawiedziony wraca do kazania. 30 minut minęło. W końcu przerywa i pyta
– Ilu z was bracia przebaczy swoim wrogom?!!
Ponieważ wszyscy już myślą o obiedzie wszyscy podnoszą ręce do góry… wszyscy oprócz staruszki z drugiego rzędu.

Kaznodzieja pyta jej
– Dlaczego nie chce pani przebaczyć wrogom?
– Nie mam żadnych.
– Jakie to niezwykłe, ile pani ma lat?
– 93
– Niech pani wyjdzie na środek i powie wszystkim, jak to możliwe, żeby w takim sędziwym wieku nie mieć żadnych wrogów.
Staruszka nieśmiało wychodzi na środek, bierze do ręki mikrofon i mówi
– Przeżyłam wszystkich skurwysynów.

Bezzębnie już wkrótce, czyli o genach

W związku z nieoczekiwanie rozpoczętym dziś leczeniem kanałowym zęba numer sześć w mej górnej szczęce zaczynam zbierać na implant, którego bez wątpienia będę za parę lat (wersja optymistyczna) potrzebowała. Mało z bezsilnej wściekłości nie pogryzłam mojej dentystki, jakby to była jej wina (niestety w tym przypadku winne są geny). Całkiem poważnie zażądałam wyjaśnienia, ile kosztuje implant, ale podana cena 3 tysiące wcale mnie nie pocieszyła. Popsuty humor poprawiłam udając się następnie do sklepu AGD i nabywając rzeczy tak niesłychanie przydatne, jak miniaturowe lampki wtykane do kontaktu (na burdelową czerwień się nie odważyłam i teraz żałuję), hi-tech ściereczka do wycierania szyb w samochodzie (będzie równie nieskuteczna jak wszystkie inne, ale przecież nie o to chodzi) oraz tłuczek do ziemniaków, który był moim głównym celem (nie nabyłam wersji super-hi-tech, ze sprężyną, w cenie gdzieś tak 15 razy wyższej od standardu). No co, przecież nie powiedziałam, że na ten implant zbieram od zaraz, prawda?

O jeżdżeniu samochodem już nie piszę, ponieważ Misica oczywiście jak zwykle miała całkowitą rację (ta kobieta stanowczo powinna zostać wróżką lub psychologiem, marnuje się). Oswoiłam się z samochodem i z ruchem i przestałam się stresować. Od kiedy przestałam się bać zawracać (zeszły czwartek raptem zapisał się w ten sposób w annałach historii), mogę już jeździć beztrosko po całym mieście i nie planuję tras z góry z koniecznym uwzględnieniem braku skrętów w lewo. Ba, zaczęłam już wciskając gaz do dechy bezczelnie wyprzedzać wlokących się środkowym pasem, w dodatku okropnie się na nich irytując, zupełnie jakbym jeszcze tydzień temu osobiście nie jeździła 40 na godzinę z przerażeniem w oczach. Sto na godzinę w moim przypadku jest przesadą, ponieważ nadal nie mam wyczucia, kiedy przy takiej prędkości powinnam zacząć hamować, ale w końcu jak się mam tego nauczyć, jak nie będę próbować? Mam wrażenie, że skłonność do ryzykanckiej jazdy również się dziedziczy – a jeszcze tydzień temu byłam skłonna dać koło od samochodu, że to całkowicie niemożliwe i że akurat tej cechy po ojcu nie przejęłam.

„Śmierć w Breslau”

„Śmierć w Breslau” Marka Krajewskiego zupełnie niezła jak na kryminał; ale ten Wrocław, proszę państwa, ten Wrocław z początku lat trzydziestych – ja każdy tamtejszy centymetr kwadratowy byłam w stanie sobie wyobrazić z fotograficzną dokładnością. I ciarki mnie przechodziły nieustannie. Ma coś w sobie to miasto, ciekawe czemu tylko Krajewski to dostrzegł i przetworzył.