„Koniec świata w Breslau”

doktor rozpoczął badanie par excellence dogłębne” – mowa o zamordowanej prostytutce. To już mniej więcej wiecie, czego się spodziewać po najnowszej książce Krajewskiego. Osoby o słabych nerwach i bogatej wyobraźni nie powinny po to sięgać, osoby o nerwach mocniejszych i bogatej wyobraźni nie powinny jeść w trakcie lektury: trupów jest kilka i każdy został zamordowany w bardzo wymyślny sposób. Tak naprawdę to jest, ku mojemu zdumieniu, prequel poprzedniej książki, akcja toczy się głównie w 1927 i poniekąd wokół osoby pierwszej żony Mocka. Międzywojennego Wrocławia jest tu znów dużo, bardzo klimatycznie (uwielbiam zwłaszcza fragmenty umiejscowione w dobrze mi znanych Zakładach Kąpielowych na dzisiejszej Teatralnej, tam się nic nie zmieniło od tego czasu), i jest sprytnie wpleciony w akcję toczącą się niesłychanie wartko – skąd ten facet, filolog klasyczny, ma taki warsztat? Najdziwniejsze jest dla mnie, że Mock, którego pozornie nie da się lubić nawet na dziesiąty rzut oka, budzi jednak – przynajmniej moją – sympatię. Zupełnie nie wiem, jak Krajewski to robi. Może dlatego, że Mock jest niesłychanie ludzki ze swoim strachem, okrucieństwem, pijaństwem, weltschmerzem, nielicznymi szlachetnymi odruchami, resztką wrażliwości gdzieś na dnie, ambicją, dziwactwami… Autor nieco megalomańsko pojawia się sam w powieści (zresztą cały przegadany – choć malowniczy – wątek berliński to moje jedyne zastrzeżenie), ale wybaczam mu to, bo rzecz jest świetna.

Kącik utrudzonego pismaka. „Nie jest uważany za hollywoodzką gwiazdę (…), jakkolwiek zalicza się go do tego grona (…)„. To uważa się go, nie uważa się, zalicza się, czy nie zalicza się? Palma pierwszeństwa w kategorii bełkot tygodnia wędruje do dzisiejszej Wyborczej Gazety Telewizyjnej (podpisany KJZ artykuł o „Być jak John Malkovich”).

Wieczorne zrzędzenie

Generalnie trafia mnie szlag, ponieważ usiłuję współorganizować taką jedną imprezę i właśnie coraz dobitniej i boleśniej przekonuję się, że organizatorzy to banda kuffniaszy, którzy od siebie nawzajem, a zwłaszcza ode mnie, wymagają cudów; a sami żadnych terminów nie dotrzymują. Chętnie olałabym ich i zrobiła wszystko sama, ale z różnych przyczyn to niemożliwe. Właśnie dlatego siedzę nad kompem, bo rzecz, która miała być zrobiona wczoraj po południu, jeszcze nie jest zrobiona (a ja uruchomiłam własne kontakty celem kontynuacji tej rzeczy i osobiście twierdziłam, że to będzie zrobione, rozumiecie ten ból). Nie wspomnę przez wrodzone miłosierdzie o tym, że koleżankę usiłowałam dziś przez przez pół godziny skontaktować z kolegą, bo albo jedno się nie mogło odezwać, albo drugie, albo jedno nie wiedziało, o co chodzi, albo drugie. Oboje byli na gg i mieli telefony, żeby było trudniej. Może ja mam jednak za wysokie wymagania i to jest norma?

Z tej irytacji właśnie odpisalam na maila tego pana, co nie jest właściwym panem, a który właśnie wrócił z ciepłych urlopów, z których słał mi obfite smsy donoszące o temperaturze otoczenia i nie tylko. Na smsy odpisywałam z rzadka i miałam zasadniczo dać sobie spokój z panem, no bo po co mi pan, co nie jest właściwym panem. Ale jak widać, jestem typowo po kobiecemu konsekwentna. Odpisałam wysoce błyskotliwie (tak tak, czasem nawet mi się to zdarza), z czego do pana dotrze pewnie połowa, i to ta niewłaściwa połowa, ale humor mi się poprawił. No dobra, tylko trochę. Ale zawsze.

Aha, a po południu dałam się zawieźć do hipermarketu i przekonać do nabycia: linki holowniczej szt. 1, szczotki z drapaczką do szyb szt. 1, drapaczki z takim czymś gumowym do szyb szt.1 i kabli do czegoś tam (napisane mają kable rozruchowe, nie chcę wiedzieć co to znaczy, a gdybym przypadkiem musiała ich kiedyś użyć, co boże motoryzacji nie daj, to z całą pewnością malowniczo zemdleję) szt 2. Nie ma to jak męskie towarzystwo w hipermarkecie. Zważywszy, że samochód w chwili obecnej posiadam wyłącznie teoretycznie, są to dość pożyteczne zakupy.

Inner peace

I am passing this on to you because it has definitely worked for me. By following the simple advice I read in an article, I have finally found inner peace.
The article read: „The way to achieve inner peace is to finish all the things you’ve started.” Such simple advice. So, I looked around to see all the things I started and hadn’t finished.
Today I finished one bottle of red wine, a bottle of Jack Daniel’s, my Prozac, a box of chocolates and a half gallon of rocky road ice-cream.
You have no idea how good I feel…

(z rhf)

„Tidy your desks…

but not too much” oto motto na dziś, sformułowane tak uroczo przez samego Szeryfa, bo mamy wizytację z samej góry (jeszcze-wyżej-niż-Szeryf). To tacy, co myślą, że w Polsce białe niedźwiedzie i wilki po ulicach hasają. Przynajmniej pogoda ich nie rozczaruje.
– Znaczy, trawy na zielono nie musimy malować – skonstatowała ds z pewną ulgą.

O dostrzeganiu zalet we wszystkim

Jak wiadomo, największą zaletą wynikającą z nieposiadania samochodu jest możliwość picia alkoholu. Postanowiłam wykorzystać tę możliwość maksymalnie. Zaczęłam w piątek w takiej knajpie, gdzie zamawiałam coraz bardziej wymyślne drinki (z głowy, nie z karty), a jak przyszło do płacenia, to pani kelnerka wprawdzie wypisała wszystkie kwoty tak jak być powinny, ale po zsumowaniu wyszło jej 50% więcej, niż matematyka wskazywała. Może to za wymyślność tych drinków? O sobocie nic nie napiszę, głównie dlatego, że nic nie pamiętam, w niedzielę natomiast była impreza u koleżanki. Wszyscy znajomi zapowiedzieli, że nie biorą samochodów. Pomyślawszy z niechęcią o autobusie wsiadłam więc na rower. Na miejscu okazało się, że wszyscy przyjechali samochodami, oprócz jednego kolegi, z którego nie było żadnego pożytku, bo siedział i klepał w palmtopa cały czas i nic nie pił. Oczywiście wszyscy chcieli mnie odwieźć do domu, ale nikt nie chciał odwieźć mojego roweru, wyliczyłam więc sobie, że muszę się tak upić, żeby wytrzeźwieć w połowie drogi powrotnej, niestety rachuby mnie cokolwiek zawiodły i do domu dojechałam jeszcze całkiem pijana. Ciekawe zjawisko – kiedy musiałam zatrzymać się wraz z rowerem na paru przejściach, to nijak nie mogłam utrzymać pionu i się wraz z rowerem musieliśmy podtrzymywać chwiejnie, natomiast w trakcie jazdy wcale się nie przewróciłam, czego obawiałam się byłam.

Dziś uważam, że alkohol jest kiepską rozrywką, a nawet poniekąd szkodzi zdrowiu.

Dwustronność wszechrzeczy

M. pogrzebała swoje prawo jazdy w słoiku z ziemią. Przypominam sobie nagle, jak mi o tym opowiedziała i jak bardzo nie chciałam wiedzieć, co kryje się pod spokojem, z jakim zazwyczaj opowiada takie rzeczy. Miała – ile, 22, 23 lata – kiedy choroba zafundowała jej trwałe inwalidztwo. M. już nie poprowadzi samochodu, już nie wsiądzie na rower. Jest samodzielna i twarda jak nikt, kogo znam. Głupia babo, wrzeszczy duenia w mojej głowie, głupia bezmyślna kretynko, pomyślałaś o M., zanim zaczęłaś się użalać nad swoim losem pozbawionej niesprawiedliwie samochodu księżniczki o delikatnych stópkach? Tłustawa pupcia ci odpadnie, gdy ją powozisz autobusem przez kolejny miesiąc? Więc od trzech godzin odczuwam wstyd, że w ogóle śmiałam narzekać, i wdzięczność do losu, że mam co mam. Z uśmiechem kupię jutro bilet na autobus. Ze szczerym uśmiechem.

Uwielbiam babskie pogaduszki. Wyobraź sobie – mówi z przejęciem ta, która właśnie jednego rzuciła, wzdychała bezskutecznie do drugiego, a wraca z urlopu z trzecim – ten facet od prawie dwóch lat nie był z tą byłą żoną, nie mieszkał z nią, a w domu wszystko poustawiane tak, żeby o niej przypominało! Wyobraź sobie, zabrał mnie w takie miejsce, która ona mu pokazała, fakt, że piękne miejsce, ale…
– Znamy to wszystkie – przytakuję, współczuję, rozumiem. I z całych sił staram się nie pamiętać, że też gdzieś tam, jakoś tam, jestem taką byłą żoną.