Amerykańscy bogowie

Po sukcesie „Nigdziebądź” Gaiman najwyraźniej postanowił napisać tę powieść jeszcze raz, od nowa, tym razem osadzając akcję w Ameryce. Narzekać nie mogę, podziwiać powinnam – jest jedynym znanym mi pisarzem, który napisał doskonałą powieść londyńską (ba, wielką magiczną powieść londyńską) i bardzo dobrą powieść amerykańską. Gdyby nie był wtórny, byłby to cud, a te, jak wiadomo, się nie zdarzają. Rozgadał się. „Nigdziebądź” jest skoncentrowaną esencją, samym krwistym mięsem, ogromnym kawałem steka; „Bogowie” są smacznym drugim daniem: trochę mięsa, trochę surówki, jakieś ziemniaczki. Mamy te typowo gaimanowe klimaty, brutalność rodem z najkrwawszego horroru podaną zupełnie beznamiętnie – ten charakterystyczny styl jest rozpoznawalny na pierwszy rzut oka. Mamy zagubionego nieco w świecie bohatera Cienia, który odnajduje się w… tym innym świecie. Tym należącym do starodawnych bogów, którzy już dawno zostali zapomnieni, umierają z nudów w tajemniczych miejscach i dziwaczeją, a zdziwaczeli bogowie to nie jest przyjemny widok. Gaiman posłużył się tu starym pomysłem Pratchetta – ludzie swoją wiarą kreują bogów, i skazują ich na powolne wymieranie, gdy przestają w nich wierzyć. A przestają, bo mają nowych bogów, telewizję, Internet, media itd. Ładny pomysł. Jeden z tych znudzonych bogów wpada na pomysł wydania wielkiej wojny tym nowym bóstwom, i wszystko powoli do niej zmierza.

Przypomnienie mnóstwa znanych i ledwie pamiętanych mitów zasługuje na pochwałę (na jeszcze większą wymyślenie paru nowych). Gaiman niedwuznacznie przypomina Ameryce, skąd się wzięła. Delikatnie pokazuje, czym jest teraz. Z ogniem broni pomysłu, że bynajmniej nie Kolumb był pierwszym odkrywcą Ameryki, i czyni to w sposób niezwykle przekonujący.

Dziś w nocy

Mozolnie włażę pod jakąś niezwykle stromą górę, jednocześnie po warstwie wilgotnych liści i nagiej zimnej skale. Jest jesień. Nie robię tego dla przyjemności, szukam innego przejścia. Docieram w końcu, zmachana i ubłocona, do szczytu – tam dalej jest las, zagrodzony jednak. Pręty zagradzające są rozstawione na tyle rzadko, że można się między nimi przecisnąć, ale wiem, że tam dalej jest niebezpiecznie, coś jak Strefa Strugackich. Wśród drzew widzę jakieś przedziwne maszyny wydające jeszcze dziwniejsze dźwięki. Nie mam za wielkiej ochoty tam się znaleźć. Ostrożnie sprawdzam, czy można się przecisnąć między prętami, po drugiej stronie niepewnie się rozglądam szukając jakiejś drogi, żadnej nie widać. Decyduję się wrócić tak jak przyszłam, powoli złażę z powrotem. Już się ściemnia, a ja nie mam latarki, robię sobie wyrzuty – kto to widział jesienią w góry bez latarki. Wyobrażam sobie czołówkę i jej przyjazne światło tak realistycznie, że niemal się przede mną pojawia, ale jednak nie. Idę już niemal po omacku, wymacując sobie kolejne metalowe zardzewiałe klamry niedbale wbite w skałę. W pewnym momencie stwierdzam, że klamry prowadzą mnie prosto w przepaść, psioczę na tego, kto taką drogę wymyślił i mozolnie wracam na właściwą trasę. Muszę jeszcze zawrócić kawałek pod górę, bo zapomniałam, że zostawiłam tam plecak. Nie wiem czy zeszłam i czy dotarłam do celu.

Po porannym suszeniu włosów wyglądam, już na jawie – niestety – jak początkująca czarownica. Tak początkująca, że nawet się porządnie rozczochrać nie umie.

A żeby nie było

że taka jestem superheroine, to oczywiście zapomniałam oryginału umowy kupna sprzedaży i zauważyłam to dopiero przy okienku. Na szczęście musiałam wrócić tylko do samochodu, a nie do domu.

A ja mam dwie nowe tablice rejestracyjne i nowy dowód rejestracyjny z moim nazwiskiem i nalepkę na przedniej szybie, lalalalala…

Wrażliwi nie czytać

Nie sprawdziło się wprawdzie nic z tego, co skrupulatnie przewidywałam byłam w tej notce, natomiast zupełnie zapomniałam, że niebranie hormonów powoduje mniejszą regularność i przewidywalność pojawiania się wiadomej kobiecej przypadłości. W związku z tym przedwczoraj w łazience przeżyłam ciężki szok, długą chwilę zastanawiałam się, co to właściwie jest i o co chodzi, jakbym nigdy w życiu własnej krwi jeszcze nie oglądała. I doprawdy mało brakowało, abym z łazienki firmowej wybiegła z wrzaskiem: jezu, ludzie, krew, umieram! Zdołałam się jednak opanować w ostatniej chwili. A wszystko przez to, że przeczytawszy starannie ulotkę od pigułek zakodowałam sobie w umyśle, że pierwsza miesiączka po odstawieniu może się spóźnić o tydzień, wyszło mi zatem, że mnie na pewno się o tyle spóźni, a tymczasem ona się pojawiła wcześniej. Naprawdę wyrosłam już z czasów, kiedy takie rzeczy mnie zaskakiwały.

A poza tym wczoraj pierwszy raz odważyłam się zaparkować równolegle wjeżdżając tyłem na krawężnik. Dotychczas byłam przekonana, że jest to absolutnie niemożliwe, a tymczasem okazało się dużo łatwiejsze niż się spodziewałam. Oczywiście wjechałam nieco za głęboko, ale lepiej za głęboko, niż za płytko – nieprawdaż, drogie panie?

A dziś rano zarejestrowałam samochód! W końcu! Najgorsze okazało się zdrapywanie starej nalepki z przedniej szyby, użyłam do tego paznokci, śrubokręta, benzyny w charakterze rozpuszczalnika, oraz kolegi. Niech tylko pan ubezpieczyciel mnie jeszcze uszczęśliwi swą wizytą…

Minęły cztery lata

Uparte mówienie sobie, że nie będę pamiętać tej daty, że to dzień jak każdy inny, że to wtorek dziś, a nie czwartek wtedy, że przecież nie ma to znaczenia, nie przynosi żadnego rezultatu. Czasem zastanawiam się, jak bym Jej streściła te cztery lata, gdybym nagle usłyszała w słuchawce Jej głos (cztery lata nie sprawiają, że przestaje się mieć na to nadzieję).
– Tak, Mamo, jestem zdrowa, ubieram się, jem, uśmiecham, jestem życzliwa dla ludzi, mam pracę, którą uwielbiam. Jestem uparta, nieznośna i kłótliwa, od czasu do czasu czytam książki, od czasu do czasu coś napiszę, nadal mam nadwagę i włosy za długie lub za krótkie, jak zawsze. Hoduję swój racjonalizm, który tak Cię irytował. Mam mieszkanie i samochód, i rozumiem się z młodą jak nigdy przedtem, jak zawsze chciałaś, chociaż jest oczywiście nieznośna. Młoda ma fajnego faceta. Jestem nonkonformistką jak Ty, to musi być coś w genach. Uwielbiam oliwki, to musi być coś w genach. Minęły 4 lata, a mnie nadal boli.

Nie, nie wiem czy byłabyś ze mnie dumna. I nie chcę wiedzieć.

Rzecz o niemocy

Macierzysty dla mego samochodu Urząd Komunikacji naprawił wprawdzie niezgadzające się numerki, które mojemu Urzędowi nie pozwalały zarejestrować stanu faktycznego, a ja już na poważnie poszukiwałam jakiegoś ruskiego fałszerza pieczątek, by zrobić to we własnym zakresie, przewidując, że rzeczony Urząd nie zrobi tego ot tak po prostu. Postanowił za to urozmaicić mi życie w inny sposób, mianowicie odmówił wykreślenia z dowodu rejestracyjnego widniejącego tam nieaktualnego wpisu o zastawie, argumentując to tym, że samochód został już od nich wyrejestrowany i nie mogą ruszać dowodu rejestracyjnego. Mój Urząd Komunikacji też wykreślić wpisu nie może, ponieważ samochodu jeszcze nie zarejestrował, a zarejestrować nie może, ponieważ bruździ mu wpis o zastawie, którego wykreślić nie może, ponieważ… jeśli w Waszych głowach pojawiła się właśnie liczba 22, to ja nie wiem, skąd się tam wzięła.

To, że obydwu Urzędom podtyka się pod nos oryginalny papier z sądu ozdobiony piętnastoma ślicznymi pieczątkami, stanowi oczywiście nieistotny szczegół. Moc pani urzędniczki, która patrzy na takowy papier i oświadcza z bólem w głosie „no ja widzę, ja widzę, proszę pani, ale ja nie mogę…„, przewyższa moc wszystkich pieczątek na świecie.

Na wszelki wypadek słowo Urząd piszę wielką literą, ponieważ obawiam się, że przy mej kolejnej wizycie po obejrzeniu wszystkich papierów pani urzędniczka zmarszczy swe czoło, spojrzy na mnie karcąco i powie „wie pani, ale napisała ostatnio pani na blogu ‚urząd’ małą literą, i sama pani rozumie, że w tej sytuacji my nie możemy…„.

Streszczam na bieżąco sytuację w robocie. Śmiejemy się (ja – bo cóż mi pozostało, oni – bo nie ich to dotyczy). Po czym kolega mnie przebija:
To wszystko nic. Mnie wpisali do dowodu osobistego imię matki zamiast drugiego imienia, czyli Tomasz Anna… Kiedy poszedłem to zmienić, powiedzieli, że nie mogą już nic zmienić, bo teraz są nowe dowody, w których się nie robi żadnych wpisów, więc w starych dowodach też już się nie robi żadnych wpisów. Po długich pertraktacjach w końcu zgodzili się zmienić i dali mi formularz, który głosił, że proszę o zmianę danych w dowodzie w związku ze zmianą imienia. Powiedziałem, że nie mogę tego formularza wypełnić, bo nigdy w życiu nie zmieniałem imienia, od zawsze nazywam się Tomasz Paweł, a nie Tomasz Anna. Powiedzieli, że muszę wypełnić ten formularz, bo oni tylko takie mają…

Jak spędzić oraz nie spędzać weekendu

Całkowite olanie pracy w perspektywie weekendu zaoowocowało zrobieniem zakupów, wysprzątaniem mieszkania na wysoki połysk, zrobieniem uczciwego kawałka fuchy, napisaniem zaległej recenzji, oraz zrobieniem kawałka jeszcze jednej pożytecznej pracy, a wszystko to w sobotę. Następnie udałam się na firmową imprezę przedandrzejkową, gdzie dokonałam następującej obserwacji: udanie się na takową bez osoby towarzyszącej ma ten wielki plus, że można się poprzyglądać żonom i mężom naszych kolegów i koleżanek bardzo krytycznie i swobodnie, ponieważ oni nie mogą się nam odwzajemnić tym samym. Ma również ten wielki minus, że nasi koledzy tańczą wyłącznie ze swymi żonami, co jest bardzo frustrujące, na szczęście jednak było też mnóstwo żywych i dzikich tańców niekoniecznie w parach, co skrupulatnie wykorzystałam. Ma w końcu ten minus, że żartobliwe zagadanie do jakiegokolwiek kolegi natychmiast powoduje pojawienie się gromów w oczach jego żony (lub żony in spe) oraz wielkiego świecącego napisu na jej czole „to mój chłop i nie obchodzi mnie, że jesteś jego koleżanką z pracy, natychmiast odejdź!!„. I to mimo faktu, że odziałam swą osobę w starą kieckę, ponieważ nie miałam ani czasu ani ochoty poszukiwać nowej kreacji, co z kolei miało ten ogromny plus, że zamiast zajmować się i przejmować swoim wyglądem, zajmowałam się wyłącznie dobrą zabawą. Miewam jednak dobre pomysły czasami. Jeśli chodzi o wróżby, to wprawdzie termin nie ten, ale z wosku ulał mi się żółw. No słowo daję, żółw jak żywy. Ktoś miłosiernie zasugerował, że oznacza to zwolnienie mojego tempa życia – mam tylko nadzieję, że wróżby wykonywane tydzień przed Andrzejkami nie spełniają się a rebours. A może jednak chodziło o zupę żółwiową?

Dziś natomiast obudził mnie o świcie (przed południem było, no co) natarczywy dźwięk telefonu. To moja koleżanka koniecznie chciała mnie zabrać na wycieczkę. Rzut oka za okno upewnił mnie w przekonaniu, że to świetny pomysł (14 stopni i słońce), i zabrać się dałam. Pojechaliśmy, poszliśmy w las, idziemy pod górkę, idziemy z górki, idziemy pod górkę, idziemy z górki, liści dębowych warstwa, ślisko, koleżanka leży. Leży i się skręca. Leży i wyje. Przyznam – z początku sądziłam, że przesadza, w końcu ileż to razy człowiek jako górołaz leżał na różnych skałach, a tu gruba warstwa liści, ale kiedy nadal nie mogła wstać, zadzwoniliśmy po pogotwie. Pominę tu próby wyjaśnienia pogotowiu, gdzie właściwie ma dojechać, pominę tu fakt, że dzikim pędem biegałam za obcymi ludźmi, by się dowiedzieć, gdzie właściwie jesteśmy; w każdym razie pogotowie przyjechało po półgodzinie, w czasie której robiłam za pocieszycielkę i rozśmieszacza (nawet w takich okolicznościach znakomicie się sprawdza obgadywanie facetów, co polecam uwadze wszystkich pań). Wstępna diagnoza – złamanie, zabrali nas wszystkich do szpitala (pierwszy raz w życiu jechałam karetką), prześwietlenie – złamane dwie kości. Następne parę godzin to było głównie włóczenie się po różnych szpitalach i oczekiwanie pod drzwiami, oraz ustalanie gryplanu, bo wyglądało na to, że zatrzymają nam koleżankę na oddziale. Wieści z prawie ostatniej chwili – pod narkozą złożyli jej nogę, wsadzili w gips i będą patrzeć, jak się zrasta. Morał – uważajcie na liście jesienne, dębowe zwłaszcza.

Podejście nr 2, nieudane

do zarejestrowania samochodu. Nastawiałam się na wszelki wypadek, że nic z tego nie będzie. Przygotowałam się psychicznie jak mogłam. Tymczasem pani w okienku już-już prawie podsuwała mi świeże nowe piękne tablice, już-już zaczęłam wierzyć, że tym razem się uda… a tu nagle jak grom z jasnego nieba: numerki w dowodzie rejestracyjnym i karcie pojazdu się nie zgadzają. Pani sobie pojedzie tam do miejsca poprzedniej rejestracji (200 km w jedną stronę, bagatela) i pani to załatwi. Nawet nie miałam siły się smucić ani złościć.

A co robi moja ukochana siostra, do której oczywiście wczoraj wieczorem zadzwoniłam zmartwiona jej ponurym nastrojem, i która lodowatym tonem mi oświadczyła, że nic się nie stało, ona wszystko wie i wszystko jest w porządku? Co ona mi odpisuje na moje stwierdzenie, że chyba się zastrzelę? Otóż ona nie odpowiada nic.

Nie ma tego złego… jak już w końcu mi się uda zarejestrować, to będę miała powód do ogromnej radości. A w końcu przecież się uda. Mam przynajmniej dużo nowych doświadczeń i stałam się ekspertką w odkręcaniu własnych tablic rejestracyjnych, nigdy nie wiadomo, kiedy to się przyda. Przerażający papier z Urzędu Skarbowego, na który wczoraj dostałam awizo, dziś okazał się tylko informacją, że nie wiedzą jak zaksięgować mój podatek. I w końcu mogło być gorzej, mogłam kupić samochód z papierami w porządku, za to rozsypujący się, i ciekawe, jak wtedy bym się czuła 😉