O jeżdżeniu i niepiciu

Wczoraj dojechanie z pracy do fitness klubu zajęło mi 9 minut wraz z parkowaniem, po czym dostałam napadu chichotu siedząc w samochodzie, bo znienacka sobie przypomniałam, że kiedy jechałam tą trasą pierwszy raz, wyszłam z pracy godzinę wcześniej. I potrzebowałam tej godziny. Dzisiaj natomiast warunki jazdy są wprost idealne dla początkujących kierowców, sypie gęsty śnieg, nic nie widać, i nikt nie jedzie szybciej niż 40. Cieszyłam się w każdym razie rano, że nie przesadziłam z trunkami pocieszającymi, bo jakbym miała kaca, to chyba nie dojechałabym do pracy. A nie nadużyłam, ponieważ oczywiście musiałam zrobić kawałek zlecenia na wczoraj, co szło mi bardzo niesporo, bo przerywały mi telefony z życzeniami, bardzo poprawiające mi humor (oczywiście szwagier rozbawił mnie do łez, opowiadając, co będzie jak będę w jego wieku). I teraz już mogę spokojnie zająć się myśleniem o imprezie, o to od początku chodziło.

O snach i urodzinach

Podświadomość ma postanowiła mnie cofać w przeszłości. Dziś śniło mi się poszukiwanie mojego psa, nieżyjącego od lat prawie 20. Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała spać w pieluchach, ale z niecierpliwością czekam na sny przywołujące moje poprzednie wcielenia.

Abstrahując od snu, wiedziałam, że dziś będzie ciężko, ale nie wiedziałam że aż tak. Natychmiast po obudzeniu doszłam do wniosku, że jedynym słusznym końcem dzisiejszego dnia jest wanna z ciepłą wodą i żyletka. Następnie spróbowałam sobie przypomnieć, jakie ja właściwie mam powody, żeby jeszcze trochę pożyć, i niestety nic nie przyszło mi do głowy, co mnie już naprawdę przygnębiło. Duenia w mojej głowie oświadczyła, że takiej głupoty jak prezentowana przeze mnie nigdy jeszcze nie widziała, ale usłyszała tylko, że może sobie iść do kogoś innego, wcale się nie przejmę. Potem sobie przypomniałam, że nie mogę jeszcze umierać, ponieważ muszę iść na Krywań w bezmgielną pogodę oraz muszę przeczytać „Godel, Escher, Bach”, która jest nie do zdobycia (może i dobrze). Oczywiście nie mogę też na razie umierać, bo muszę wydać siostrę za mąż oraz zobaczyć, jakie dzieci urodzi. Wynalazłszy te powody dalszego życia uznałam, że mogę już właściwie wstać z łóżka i pozwolić życiu toczyć się dalej. Wieczorem wbrew pozorom też potoczy się gładko, bo oczywiście zamierzam obficie zalać je przezornie nabytym Baileysem.

Sen zimowy odwołany

Uprzejmie proszę moją podświadomość, aby powstrzymała się od generowania takich snów jak dzisiejszy. Myślałby kto, że 15 lat to wystarczająco dużo żeby zapomnieć. Nie życzę sobie, słyszy mnie?

Józefina od paru dni łypała prawym reflektorem w stronę stacji benzynowych, dziś rano więc w padającym gęsto śniegu pozwoliłam jej skręcić na stację zwaną muszlą. Została napojona, a ja odstałam 10 minut za panem, który żądał dwóch oddzielnych faktur, dopytywał się, co na nich jest napisane i dlaczego w tym miejscu a nie w tamtym, długo przypominał sobie NIP i generalnie był bardzo rozmowny. W tym czasie obsługujący mój samochód postanowił mnie uszczęśliwić i umyć mi – zupełnie czystą – przednią szybę, nie biorąc jednak pod uwagę, że zdążyłyśmy przejechać może z 500 metrów i Józefina jest cokolwiek, hmmm, oziębła. Przyszłam więc w końcu i zastałam swój samochód z przednią szybą kompletnie pokrytą elegancką warstwą lodu. Pan obsługujący bardzo się sumitował i spróbował doprowadzić Józefinową szybę do stanu bardziej właściwego, co nie do końca mu się to udało, byłam jednak w łaskawym nastroju wynikającym z faktu, że właściwie to się jeszcze nie obudziłam.

Miasto boga

Uwielbiam narrację z offu, wspominałam już o tym? Podobało mi się też znalezienie doskonałej metody na opowiedzenie historii bardzo brutalnej. Nie epatuje naturalizmem, czasem śmieszy, ale śmiech za chwilę zamiera na ustach. Prawdę mówiąc, jest tak dobry, że irytuje swoim idealnym wyważeniem. Znakomite zdjęcia, świetny montaż, a ile prawdy w tej opowieści o bandyckich porachunkach w Rio? Pewnie i więcej i mniej, niż nam się wydaje, jak to zwykle z życiem przeniesionym na ekran bywa.
Nie byłam w pracy przez dwa dni. Bardzo dziwnie się czułam.

Trio z Belleville

Można obejrzeć, jeśli ktoś chce się odmłodzić. Dawno nie oglądałam kreskówek, może szkoda. Ta jest w klimacie komiksowym. Genialna wyrazista kreska, oszczędne środki wyrazu, i tylko duże dzieci docenią całokształt, pewnie dlatego sala prawie pusta. Klimat surrealistycznie francuski i do tego parodia… ja tego naprawdę nie umiem lepiej opowiedzieć. Prześliczne rysunki. Niekoniecznie trzeba w kinie oglądać, w każdym razie. Ja musiałam koniecznie, tak wyszło. Stwierdziłam przy okazji, że jednak bez wątpienia jestem nienormalna, bo jak babcia nocą goniła rowerem wodnym transatlantyk (absolutnie przecudny), to nagle jakoś przestałam pamiętać, że to kreskówka i okropnie zapragnęłam znaleźć się na środku morza pod jakimiś żagielkami.
Właśnie mnie wypuścili z banku, gdzie mi kazali dziś posiedzieć w ramach drugiej pracy. Dali kawę i ciastko i nie zabili za głupie dowcipy, znaczy jest nieźle. A, i nawet pieniądze obiecali. I nie dostałam mandatu za parkowanie bez biletu, ha. Czytam antologię opowiadań rosyjskich „Zombi Lenina”, prawie wszystkie są o mumii Lenina… no dobra, przesadzam; Łazarczuk jest dobry, ostatni Bułyczow jest niezły. Prawie się natomiast poryczałam nad bardzo nowofalowymi i nieszczególnie dobrymi opowiadaniami Harlana Ellisona, a dwa dni temu w ramach relaksu totalnego wyciągnęłam z półki tom opowiadań fantastyczno-feministyczno-pornograficznych James Tiptree, jr. Nie da się więcej niż trzy ciurkiem przeczytać, słowo. Za to człowiek zaczyna nagle bardziej lubić otaczający świat po tych jej koszmarnych wyobrażeniach.