Zapłata

Nawet mi się przez chwilę wydawało, że lepsze niż „Minority report”, ale jednak po niewielkim zastanowieniu z pewnością nie. Intryga dużo prostsza, efekty specjalne zerżnięte chyba żywcem z Matrixa (tylko mniej, skromniej i ubożuchno), łącznie z efektowną (ale nie tak efektowną) ucieczką na motocyklu, oraz natrętnie się przewijającym motywem śmierci bohatera, który dostawszy kulkę w samo serce spada w slow-motion z rozłożonymi ramionami jak nie przymierzając Trinity, szczypty oryginalności w tym holiłudzie nie ma, panie. Nie wspominam o ciemnych okularach, bez nich nie ma możliwości nakręcenia żadnej sensacji, to chyba jasne. Do tego Ben Affleck, którego rolę mógłby równie dobrze zagrać klucz francuski, nie byłoby różnicy (am I being nasty or what?). Dicka duch jest daleko, chociaż to akurat jest opowiadanie bardzo jak na Dicka klarowne, ale nadal z duszną atmosferą zaszczucia bohatera, której w filmie ani trochę się odnaleźć nie da. Tym niemniej da się obejrzeć. Pokazali mi przed właściwym filmem trailery chyba wszystkich horrorów na następne pół roku, przesiedziałam więc z kwadrans z zamkniętymi oczami, bo z wiekiem zamiast podnosić, to mnie się chyba próg odporności obniża. Nienawidzę, jak mnie straszą, i nie ma znaczenia, że znam te ich chwyty na pamięć. Nie i już.

Notka hermetyczna i terapeutyczna

Przyszła Misica, stwierdziła, że nie rozumie, jak ja piszę bloga, skoro się nie umiem wysłowić (to przecież proste, jak piszę, to nie muszę nikomu patrzeć w oczy), odkryła moją prawdziwą tożsamość (na drugie mam Grzesiek), pokazała mi uroki aukcji na allegro (nie pytajcie, gdzie ja żyłam do tej pory) i zadała kilka trudnych pytań. Jeśli otóż nie umiem Misicy odpowiedzieć na pytanie, to znaczy, że nie umiem też sobie, a to już nie jest pozytywne zjawisko. Użyłam więc mózgu (najpierw musiałam go wprawdzie znaleźć, ale po paru godzinach udało się). I generalnie problem ze mną polega na tym, że facet powinien oczywiście być silniejszy psychicznie ode mnie (co nie jest łatwe) lub przynajmniej robić takie wrażenie, bo słabsi mnie nie interesują zupełnie; ale jednocześnie nie może być silniejszy, bo jeśli taki jest, to ja natychmiast się najeżam, zaczynam traktować znajomość jak pole walki i skupiam się na odkrywaniu i zapamiętywaniu słabych punktów przeciwnika. Poza tym odkryłam w mej głowie uczynione kiedyś założenie, że teraz już na pewno będzie dobrze. Kolejny związek będzie idealny od początku do końca, bo ja tak chcę. I dlatego nie mam ochoty w nic się wplątać, ponieważ oczywiście wiem, że założenie jest bez sensu, ale nie mam ochoty się do tego przyznać.

Niniejszym przyznaję sobie prawo do dwudziestu gramów tygodniowo mylenia się w życiu, piętnastu gramów rocznie zakochania się bez wzajemności, i szczypty głupot czynienia, które dodają życiu smaku, nawet jeśli potem trzeba się będzie trochę powstydzić za siebie. Ktoś powiedział, że wstyd to gorsze lub mniej ludzkie uczucie od innych?

Panie doktorze, jest dla mnie jeszcze szansa?

Między słowami

Rzeczywiście znakomity film. Coppola powiedziała dokładnie to, co trzeba, i dokładnie w taki sposób, jak trzeba, a nawet nieco lepiej. Pomijając już fakt, że chyba się zakochałam w Billu Murrayu z tą krzywą miną i prawie autentycznym cynizmem (mam ochotę iść jeszcze raz do kina, a to u mnie niezdrowy objaw). Japończycy mimo wszystko nie są tymi uśmiechającymi się nieustannie łagodnymi dziwakami, ale wybaczam Coppoli prześlizgnięcie się nad tym tematem, bo film byłby o zupełnie czymś innym. A tak wyszło jej doskonałe studium o tym, jak bardzo porozumienie międzyludzkie zależy od współdzielenia języka i kultury. I, tak samo jak „Historie kuchenne”, pokazuje w nienachalny sposób, że bez drugiego człowieka nasze życie, choćby było najciekawsze i w największych luksusach upływało, nie jest wiele warte. Obydwa te filmy mówią o niesłychanej różnorodności związków międzyludzkich. Obraz wkracza tam, gdzie słowo zawodzi, bo w języku mamy tak niewiele słów („miłość”, „przyjaźń”, „koleżeństwo” i to właściwie koniec) na określenie odcieni relacji, których jest przecież mnogość zadziwiająca. Symptomatyczne, że Skandynaw i Amerykanka zajęli się takim tematem równocześnie? Oby. Przy tym „Między słowami” jest bardzo zabawne, i mam wielką ochotę zobaczyć kiedyś Japonię z bliska.
Drogą kupna nabyłam dziś rano dvd „Mulholland Drive”, do którego było doczepione pismo Glamour (a potem przyszłam do pracy i przeczytałam notkę u Gogenzoli, ja to jednak mam szczęście. Podwójna radość za te same pieniądze). Po czym stwierdziłam bez cienia wątpliwości, że nie nadaję się na kobietę. Nie potrafiłam mianowicie rozpruć folii na babskim piśmie przy użyciu wyłącznie paznokci.

Jak zrehabilitować Politykę

Z przyjemnością stwierdzam, że Polityka się zrehabilitowała, jeśli chodzi o „Nigdy w życiu”, niezawodnym piórem Czubaja. Przy czym to nie jest recenzja filmu, a raczej próba zrozumienia, dlaczego się ludziom tak podoba, bez podważania negatywnej recenzji Pietrasika i bez próby polemizowania z nią. Przy okazji jeden z moich ulubionych dziennikarzy wykazuje się sporą wnikliwością socjologiczną. Czyli tak, jak być powinno, najwyższa doskonałość dyplomatyczna, kłaniam się nisko.

W ulubionym babskim piśmidle francuskim odnotowałam całostronicową reklamę… wódki Wyborowej, made by Polmos. Babskim piśmie, podkreślam. Przez dobre pięć minut myślałam, że mam halucynacje.

Czytając GEB

Powróciłam do lektury GEB. Trochę mnie irytuje, że to tak naprawdę wykład z wyższej matematyki dla humanistów, i Hofstadter tłumaczy wszystko jak krowie na miedzy, ale robi to w przepiękny sposób. Ma talent do niebanalnych analogii (na przykład, dlaczego doskonały odtwarzacz nie może wiernie odtworzyć każdego nagranego dźwięku) i jest wyraźnie zafascynowany tematem, co zresztą podzielam. Dotarłam do miejsca, w którym Bolyai i Łobaczewski niezależnie wymyślili geometrię nieeuklidesową. Bolyai był strasznie młody, 21 lat (z czasów śledzenia historii matematyki pamiętam, że większość odkrywców kamieni milowych była bardzo młoda, matematyka najwyraźniej wymaga świeżego umysłu i spojrzenia). Hofstadter przytacza przeuroczy list od jego ojca: „na wszystkie świętości zaklinam Cię synu, nie zajmuj się nauką równoległych, gdyż wiedzie ona w ciemność, z której nie ma powrotu” (konfabuluję mocno, ale sens i urok sformułowań był mniej więcej taki).

Jak NIE pisać opowiadań

Napisałam opowiadanie dla Pilcha (M. możesz się już śmiać). Nie wiem czy je wyślę, wątpię. Nie sądziłam, że napiszę o tym i w taki sposób. Nie sądziłam, że w ogóle napiszę. Nie chciałam.

Obudziłam się w niedzielę z opowiadaniem w mojej głowie. Nie, powiedziałam, nie ma mowy, nie o tym, nie chcę, to nie ma sensu, nie. Wyśpię się, pomyślałam, i zapomnę, przecież to jakiś absurd. Opierałam się i upierałam do dziś. Przed chwilą odeszłam od Worda. Poszłam do kuchni, nie naciskając save, rozmyślnie zostawiając komputerowi czas na to, żeby się zawiesił, żeby Word się zamknął bez słowa, tracąc wszystkie dane, przecież czasem to robi. Nie chciał. Zapisałam na dysku, mam nadzieję, że zgubię albo zapomnę.

W głośnikach REM „When your day is night alone, hold on… If you feel like letting go, hold on…
When you think you’ve had too much of this life, well hang on…”

Historie kuchenne

Bardzo dobry film, aczkolwiek zdecydowanie inny. Taka Dogma, ale bez drgającego obrazu. Jeśli ktoś potrzebuje akcji (jakiejkolwiek) to powinien sobie darować, natomiast dla wielbicieli takiego na przykład „Włoskiego dla początkujących” to będzie właśnie to, o co chodzi. Ten sam nastrój, ta sama wymowa. Poniekąd przypomina też „Straight story”, jeśli odjąć Lyncha… chociaż czy ja wiem, jest w tym pewna nutka surrealizmu. Rewelacyjnie zagrany, zupełnie zapomniałam, że to jest kino.
Większość niedzieli spędziłam nad Harrym Potterem wycyganionym od kolegi. Nieco przegadany, ale Rowling zdecydowanie wie co robi. Można na tym dzieci wychowywać. Wieloznaczność psychologiczna niektórych postaci jest znakomita. Nawet pomyślałam w pewnym momencie, że może Rowling jest marionetką, a naprawdę pisze to grupa psychologów. Zupełnie natomiast sobie nie wyobrażam, jak ona zamierza napisać jeszcze dwa tomy. Jeden podsumowujący to tak, ale jak ma zamiar jeszcze dwa razy wywrócić wszystko do góry nogami i odkryć nowe nieznane fakty… Może ja jednak nie doceniam jej pomysłowości.
Wczoraj na kolację miałam banana, suszone morele i białe wino. Bardzo wykwintnie, przyznacie. Urżnęłam się w związku z tym jedną butelką białego wina. Naprawdę nie wiem, co się stało z moją tolerancją na alkohol. Chyba muszę ją potrenować.