Jak sobie humor poprawić

Beznadziejnie się zrobiło, wczoraj zaliczyłam regularny zjazd depresyjny. Jakby mnie Misica nie ostrzegła, że Euraspal tak działa, to byłoby kiepsko, a tak z lekiem się pożegnałam. Uszy mają sobie już same poradzić, słyszą? Do tego miałam cały czas skoki ciśnienia, wyjątkowo nieprzyjemne. Albo serce próbowało mi wyskoczyć przez klatkę piersiową, albo nie byłam w stanie ręką ruszyć. Wieczorem więc, aby się dobić, umyłam lodówkę (czy ja już wspominałam, że jest to czynność wyjątkowo przeze mnie znienawidzona?) puszczając sobie wyjątkowo dołującą płytę Cohena jako akompaniament. Zrobiło mi się już tak okropnie źle, że potem tylko padłam bez czucia na wyrko i dziś obudziłam się jako ten skowronek, czemu sprzyjało piękne słońce za oknem. Wcale nie mam nawet ochoty marudzić, i mam czystą lodówkę, i zatankowaną Józefinę, i sprawdzony poziom oleju rękami młodzieńca ze Shella, o.

Jak klamkę naprawić

Klamka w drzwiach wejściowych do mej fortecy rozjeżdżała się już była czas jakiś, ale dopiero po intensywnym użyciu w trakcie imprezy rozjechała się całkiem zdecydowanie. Zatem dzielna kobieta zwana ds, przypadkiem również autorka niniejszego bloga, po wyleczeniu kaca (swoją drogą to pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, że pierwsze słowo, które przyszło mi do głowy po obudzeniu, było mocno niecenzuralne) uzbroiła się w śrubokręt i podeszła do drzwi. Drzwi nie uciekły, choć zadrżały wyraźnie.

Niestety, kobieta zwana ds po wnikliwych oględzinach klamki nie znalazła niczego podobnego do śruby, w którą można by włożyć śrubokręt i pokręcić nim nieco. Znalazła natomiast dziurę w klamce, tak po prostu: gustowną okrągłą dziurę o metalicznie połyskującym wnętrzu.
– Aha! – Błyskotliwie rzekła do sobie rzeczona autorka – aha! Oznacza to niewątpliwie, że śruba była i się zgubiła, a ja zapewne zjadłam ją byłam odkurzaczem, skoro pod nogami mi się nie poniewiera. Ale to bardzo niedobrze, bo nie mam śrub żadnych na podorędziu, prócz tych od kompa, co do klamki pasować nie będą!

Następnego dnia w pracy bohaterka zagadnęła więc swego kolegę o śrubę. Kolega nieco się zmartwił, ponieważ nie wiedział, o jaką śrubę może chodzić. Po wysunięciu kilku ciekawych supozycji i przyjęciu od kolegi oferty, że uda się z nią do jej fortecy celem oględzin naocznych, ds wpadła na pomysł błyskotliwy jak większość jej pomysłów i zadzwoniła do spółdzielni.
– Dzień dobry, zepsuła mi się klamka w drzwiach, czy może pan coś na to zaradzić?
– Ojej, hmm, ja niestety nie, ale niech pani zadzwoni do producenta, numer…

Cóż było czynić, idąc za ciosem zadzwoniła do producenta.
-Dzień dobry, ja w sprawie zepsutej klamki w drzwiach, najwyraźniej śruba wypadła, czy może coś pan pomóc?
– Proszę podać adres, przyjadę.
– O, jak to miło. A nie może mi pan wyjaśnić, jaka to śruba, to może ja ją kupię i wkręcę i nie będę pana dla jednej śrubki fatygować na koniec świata?

I tu miły pan nieco się zafrasował i wyjaśnił co następuje:
– Ale wie pani, nie kupi pani takiej śruby. Musi pani mieć klucz imbusowy numer 3 i wkręcić tę śrubę, ona tam w środku jest i się obluzowała…

(Czyż muszę dodawać, że miał rację? Ale wzruszyło mnie, że tylko celem pokręcenia kluczem imbusowym w mojej klamce chciał do mnie przyjechać.)

Testament gotowy

Osiemnastego lutego w godzinach porannych stawiłam się w kancelarii notarialnej i dokonałam spisu swej ostatniej woli. Nie musiałam oświadczać, że jestem w pełni władz umysłowych, i całe szczęście, bo kłamać nie lubię. Nie załamujcie jednak nade mną rąk, drodzy czytelnicy, i nie rwijcie włosów z głów, nie zbzikowałam ze szczętem jeszcze i na tamten świat rączo się nie wybieram. Parę dni temu o swym istnieniu przypomniała mojej siostrze ta gałąź naszego drzewa genealogicznego, która rodziną jest w sensie prawnym li i tylko. Sens prawny jednak wystarcza, by byli moimi prawowitymi spadkobiercami przy mojej pokręconej sytuacji rodzinnej. To już nie są, i o to chodziło. Uczucie jest lekko surrealistyczne (tyle razy człowiek sobie dowcipkował na temat testamentu, a tu proszę: faktycznie takowy posiada, opatrzony poważnymi pieczęciami i podpisami) i zupełnie przyjemne, takie teraz już mogę spokojnie umrzeć, zrobiłam, co do mnie należało.

O zachciankach

Melatonina wyprodukowana wewnętrznie w połączeniu z euraspalem przyjmowanym zewnętrznie przerobili mnie na zombi. O 21 wczoraj byłam rozziewanym usypiającym stworzeniem. W dodatku zachciało mi się starych francuskich piosenek, i przy Higelinie (tombé du ciel, rebelle aux louanges, chasse par les anges…) zaczęłam znienacka gorąco pragnąć Francji. Normandzkich plaż, gdzie odpływ odsłania pięć kilometrów mokrego piasku, a kolory zachodu słońca są kiczowate bardziej niż walentynki. Ewentualnie pól winogronowych na południu (ja wiem że to się nie nazywa pole, ale tak wygląda), one mają taki specjalny odcień zieleni, który nadal trwa pod moimi powiekami. A oliwki mają srebrzyste liście. Deauville, Trouville, Honfleur i La Boule. I Guerande. I Mont Saint Michel. I jadłabym przez dwa tygodnie na okrągło wyłącznie ryby i moules, i cały czas piłabym wino, od rana do wieczora. Najgorsze, że się dziś obudziłam (przynajmniej tak to się nazywa, oczy musiałam sobie otwierać palcami, bo same nie chciały) i wcale mi nie przeszło.

Zakochałam się w moim nowym termoforze, prezencie urodzinowym od Scarbossy. Nadzwyczajny wynalazek. Tarmoszę go, przytulam, i co chwila zmieniam jego położenie: ze stóp na brzuch, z brzucha na plecy, z pleców na łydki i z powrotem, aż zrobi mi się już tak ciepło i leniwie, że zaczyna mi się marzyć zima. Uratował mi życie w niedzielę, na kacu bowiem zazwyczaj zamarzam, a tym razem chociaż to mi było oszczędzone. Zamierzam mu pozostać wierna już na zawsze.

Poimprezowe wywnętrzenia

Zastanawiam się, czy kiedyś przestanę się dziwić, że w ogóle ktokolwiek mnie lubi i chce ze mną przebywać. Byłam outsiderem tak długo (i to była prawdziwa alienacja, nie żałosne złudzenia i skomlenia na progu dojrzewania), że chyba już nic nie zabije we mnie tego nieustającego zadziwienia. Dwadzieścia lat przekonania, że przecież mnie absolutnie nie da się lubić, nadal tkwi gdzieś na dnie mej duszy. 30 osób przyszło do mnie na imprezę w Walentynki? Przyjechali specjalnie z Warszawy i Katowic? To jakaś pomyłka, oni zwyczajnie nie wiedzą jaka jestem naprawdę. Kiedyś przejrzą na oczy i zobaczą we mnie tę głupią, złą, leniwą, bezmyślną istotę, która jest moim sednem, i wtedy nareszcie dostanę to, na co zasługuję.

Oczywiście mogłabym się tego pozbyć, mam nad tym kontrolę; ale nie chcę. Po pierwsze dlatego, że dzięki temu wszelkie drobne dowody sympatii ludzkiej uszczęśliwiają mnie niesłychanie. A po drugie boję się, że gdybym zaczęła je uważać za należne, to faktycznie stałabym się tą wyniosłą niesympatyczną zarozumiałą istotą, która mnie przeraża.

Odkryłam wczoraj

Nie wiem czy wiecie, że życie jest piękne. Bo ja już wiem. A poza tym chyba mieszkam na cmentarzu. Wszyscy moi sąsiedzi są martwi! Te śpiewy „sto lat” do 6 rano… a na tym bynajmniej im się repertuar nie kończył. I nic. Ani policji, ani stukania w rury.

Hm. Właściwie to mogłabym mieć następne urodziny za dwa tygodnie…

The day after, czyli już po

Dzień I, czyli wczoraj, zaczął się od tego, że wstałam z łóżka i stwierdziłam, że nic nie słyszę, a właściwie słyszę nieustający szum, kręci mi się w głowie, a czajnik z gotującą się wodą brzmi w mojej głowie jak startujący samolot. Po upewnieniu się, że jest jeszcze przed imprezą i nie mam ciężkiego kaca, doszłam do natychmiastowego wniosku, że tracę słuch, a być może w ogóle umieram, lub chociaż się rozkładam poczynając od uszu. Pozbierałam się jednak i zadzwoniłam do lekarza, w głowie już układając plan, jak będę odwoływać imprezę z powodu głuchoty (mając świadomość, że już 4 osoby z Warszawy zdążyły w tym celu przyjechać – w celu imprezy, a nie jej odwoływania). Spróbowałam się ubrać i jechać do lekarza sama, ale czujna rodzina moja przebudziła się i oświadczyła, że mnie nie puszczą i mam nie jechać w tym stanie. Zawieźli mnie więc, w stanie prawie histerii, w którym byłam nadal wchodząc do gabinetu i oznajmiając lekarzowi co następuje „straciłam słuch w jednym uchu, słyszę szum, wszystkie dźwięki mnie bolą, mam dziś imprezę na 30 osób, chciałabym umrzeć„. Na co lekarz mi się przyjrzał i powiedział „wie pani, po takim stwierdzeniu to albo dajemy leki na uspokojenie albo dzwonimy po tych z kaftanem…„, co mnie rozśmieszyło i dałam się zbadać. Oczywiście, że zwykłe zapalenie ucha – ale niech mnie usprawiedliwi fakt, że ostatni raz miałam to w wieku lat 9 chyba, i dokładnie pamiętałam okropny ból. Moje pojmowanie świata nie obejmowało wizji zapalenia ucha bez bólu. Dostałam krople i euraspal, który coś ze mną robił dziwnego, ale udało mi się przygotować wszystkie zaplanowane sałatki, upiec samosy oraz w końcu odgrzać bigos, który okazał się jadalny, chociaż moja siostra po wnikliwym spróbowaniu osądziła, że jest „chudy”. I nawet zostało mi trochę czasu na leżenie na wyrku z kroplami w uszach i denerwowanie się, że nie mogę pić, oraz że nikt nie przyjdzie i będzie za mało wszystkiego.

A potem, kiedy myślałam że już nic nie może się wydarzyć, przyszła Misica (która przyniosła jedzenie i szklanki i stołki, i w ogóle była ósmym cudem świata, a właściwie jak dla mnie to nawet pierwszym cudem świata) i dowiedziała się, że zaprosiłam koleżankę C. Nie przepadam za nią, ale uważam ją za rodzaj folkloru dodającego kolorytu imprezom. Miałam świadomość, że Misica jej nie lubi, ale sądziłam, że to jest takie nielubienie, jak u mnie, znaczy dopuszczające radość z obserwacji egzemplarza. Miałam nawet w planach spytanie Misicy uprzednio; niestety życie to jest to,co nas zaskakuje, gdy mamy inne plany. Misica usłyszawszy wieść hiobową zbladła, trzy razy upewniła się, że nie żartuję, a następnie gromkim głosem zażądała wódki. I zrobiła z niej dobry użytek. Miałam okropne wyrzuty sumienia, ale summa summarum chyba nie było tak źle. Misica się poniekąd odegrała informując mnie w pewnym momencie, że wszystko powiedziała mojej siostrze, z którą się zresztą znakomicie dogadały (co nie jest dziwne, bo moja siostra jest kochana, dobra i wspaniała – ja wiem, że z tego bloga to nie wynika, ale to jest aksjomat). Przez chwilę wyobrażałam sobie, jak ja się z tego wytłumaczę i co właściwie będzie (nie przyszło mi do głowy włączyć kompa i nacisnąć skasuj bloga, pewnie dlatego że byłam jednak zbyt pijana; bo oczywiście w pewnym momencie musiałam się napić, za co odpokutowałam dzisiaj w dwójnasób). A swoją drogą wytłumaczenie, skąd właściwie się znamy, nie było takie proste, chociaż uważam, że byłyśmy bardzo przekonujące. Ludzie się chytrzy zrobili i nie wystarcza im już „no jak to? Z Internetu!”.

Przyszli prawie wszyscy i byli do 6 rano. Przyjechało troje z Katowic. Pociągiem. Specjalnie na moją imprezę. Nie sądzę, żeby kiedyś jeszcze coś tak mnie wzruszyło, jak to. Opisywanie nie ma żadnego sensu. Niech za komentarz wystarczy, że dostałam już dziś 8 smsów z podziękowaniami oraz prowadzę w tej chwili 6 równoległych rozmów na gg ma tematy „a kto z kim i dlaczego i jak było fajnie”. I nawet moje wczorajsze postanowienie „to jest ostatnia impreza, jaką robię” jakoś dziś zbladło. Ale alkoholu już nie piję, słowo 😉