O zachciankach

Melatonina wyprodukowana wewnętrznie w połączeniu z euraspalem przyjmowanym zewnętrznie przerobili mnie na zombi. O 21 wczoraj byłam rozziewanym usypiającym stworzeniem. W dodatku zachciało mi się starych francuskich piosenek, i przy Higelinie (tombé du ciel, rebelle aux louanges, chasse par les anges…) zaczęłam znienacka gorąco pragnąć Francji. Normandzkich plaż, gdzie odpływ odsłania pięć kilometrów mokrego piasku, a kolory zachodu słońca są kiczowate bardziej niż walentynki. Ewentualnie pól winogronowych na południu (ja wiem że to się nie nazywa pole, ale tak wygląda), one mają taki specjalny odcień zieleni, który nadal trwa pod moimi powiekami. A oliwki mają srebrzyste liście. Deauville, Trouville, Honfleur i La Boule. I Guerande. I Mont Saint Michel. I jadłabym przez dwa tygodnie na okrągło wyłącznie ryby i moules, i cały czas piłabym wino, od rana do wieczora. Najgorsze, że się dziś obudziłam (przynajmniej tak to się nazywa, oczy musiałam sobie otwierać palcami, bo same nie chciały) i wcale mi nie przeszło.

Zakochałam się w moim nowym termoforze, prezencie urodzinowym od Scarbossy. Nadzwyczajny wynalazek. Tarmoszę go, przytulam, i co chwila zmieniam jego położenie: ze stóp na brzuch, z brzucha na plecy, z pleców na łydki i z powrotem, aż zrobi mi się już tak ciepło i leniwie, że zaczyna mi się marzyć zima. Uratował mi życie w niedzielę, na kacu bowiem zazwyczaj zamarzam, a tym razem chociaż to mi było oszczędzone. Zamierzam mu pozostać wierna już na zawsze.

Poimprezowe wywnętrzenia

Zastanawiam się, czy kiedyś przestanę się dziwić, że w ogóle ktokolwiek mnie lubi i chce ze mną przebywać. Byłam outsiderem tak długo (i to była prawdziwa alienacja, nie żałosne złudzenia i skomlenia na progu dojrzewania), że chyba już nic nie zabije we mnie tego nieustającego zadziwienia. Dwadzieścia lat przekonania, że przecież mnie absolutnie nie da się lubić, nadal tkwi gdzieś na dnie mej duszy. 30 osób przyszło do mnie na imprezę w Walentynki? Przyjechali specjalnie z Warszawy i Katowic? To jakaś pomyłka, oni zwyczajnie nie wiedzą jaka jestem naprawdę. Kiedyś przejrzą na oczy i zobaczą we mnie tę głupią, złą, leniwą, bezmyślną istotę, która jest moim sednem, i wtedy nareszcie dostanę to, na co zasługuję.

Oczywiście mogłabym się tego pozbyć, mam nad tym kontrolę; ale nie chcę. Po pierwsze dlatego, że dzięki temu wszelkie drobne dowody sympatii ludzkiej uszczęśliwiają mnie niesłychanie. A po drugie boję się, że gdybym zaczęła je uważać za należne, to faktycznie stałabym się tą wyniosłą niesympatyczną zarozumiałą istotą, która mnie przeraża.

Odkryłam wczoraj

Nie wiem czy wiecie, że życie jest piękne. Bo ja już wiem. A poza tym chyba mieszkam na cmentarzu. Wszyscy moi sąsiedzi są martwi! Te śpiewy „sto lat” do 6 rano… a na tym bynajmniej im się repertuar nie kończył. I nic. Ani policji, ani stukania w rury.

Hm. Właściwie to mogłabym mieć następne urodziny za dwa tygodnie…

The day after, czyli już po

Dzień I, czyli wczoraj, zaczął się od tego, że wstałam z łóżka i stwierdziłam, że nic nie słyszę, a właściwie słyszę nieustający szum, kręci mi się w głowie, a czajnik z gotującą się wodą brzmi w mojej głowie jak startujący samolot. Po upewnieniu się, że jest jeszcze przed imprezą i nie mam ciężkiego kaca, doszłam do natychmiastowego wniosku, że tracę słuch, a być może w ogóle umieram, lub chociaż się rozkładam poczynając od uszu. Pozbierałam się jednak i zadzwoniłam do lekarza, w głowie już układając plan, jak będę odwoływać imprezę z powodu głuchoty (mając świadomość, że już 4 osoby z Warszawy zdążyły w tym celu przyjechać – w celu imprezy, a nie jej odwoływania). Spróbowałam się ubrać i jechać do lekarza sama, ale czujna rodzina moja przebudziła się i oświadczyła, że mnie nie puszczą i mam nie jechać w tym stanie. Zawieźli mnie więc, w stanie prawie histerii, w którym byłam nadal wchodząc do gabinetu i oznajmiając lekarzowi co następuje „straciłam słuch w jednym uchu, słyszę szum, wszystkie dźwięki mnie bolą, mam dziś imprezę na 30 osób, chciałabym umrzeć„. Na co lekarz mi się przyjrzał i powiedział „wie pani, po takim stwierdzeniu to albo dajemy leki na uspokojenie albo dzwonimy po tych z kaftanem…„, co mnie rozśmieszyło i dałam się zbadać. Oczywiście, że zwykłe zapalenie ucha – ale niech mnie usprawiedliwi fakt, że ostatni raz miałam to w wieku lat 9 chyba, i dokładnie pamiętałam okropny ból. Moje pojmowanie świata nie obejmowało wizji zapalenia ucha bez bólu. Dostałam krople i euraspal, który coś ze mną robił dziwnego, ale udało mi się przygotować wszystkie zaplanowane sałatki, upiec samosy oraz w końcu odgrzać bigos, który okazał się jadalny, chociaż moja siostra po wnikliwym spróbowaniu osądziła, że jest „chudy”. I nawet zostało mi trochę czasu na leżenie na wyrku z kroplami w uszach i denerwowanie się, że nie mogę pić, oraz że nikt nie przyjdzie i będzie za mało wszystkiego.

A potem, kiedy myślałam że już nic nie może się wydarzyć, przyszła Misica (która przyniosła jedzenie i szklanki i stołki, i w ogóle była ósmym cudem świata, a właściwie jak dla mnie to nawet pierwszym cudem świata) i dowiedziała się, że zaprosiłam koleżankę C. Nie przepadam za nią, ale uważam ją za rodzaj folkloru dodającego kolorytu imprezom. Miałam świadomość, że Misica jej nie lubi, ale sądziłam, że to jest takie nielubienie, jak u mnie, znaczy dopuszczające radość z obserwacji egzemplarza. Miałam nawet w planach spytanie Misicy uprzednio; niestety życie to jest to,co nas zaskakuje, gdy mamy inne plany. Misica usłyszawszy wieść hiobową zbladła, trzy razy upewniła się, że nie żartuję, a następnie gromkim głosem zażądała wódki. I zrobiła z niej dobry użytek. Miałam okropne wyrzuty sumienia, ale summa summarum chyba nie było tak źle. Misica się poniekąd odegrała informując mnie w pewnym momencie, że wszystko powiedziała mojej siostrze, z którą się zresztą znakomicie dogadały (co nie jest dziwne, bo moja siostra jest kochana, dobra i wspaniała – ja wiem, że z tego bloga to nie wynika, ale to jest aksjomat). Przez chwilę wyobrażałam sobie, jak ja się z tego wytłumaczę i co właściwie będzie (nie przyszło mi do głowy włączyć kompa i nacisnąć skasuj bloga, pewnie dlatego że byłam jednak zbyt pijana; bo oczywiście w pewnym momencie musiałam się napić, za co odpokutowałam dzisiaj w dwójnasób). A swoją drogą wytłumaczenie, skąd właściwie się znamy, nie było takie proste, chociaż uważam, że byłyśmy bardzo przekonujące. Ludzie się chytrzy zrobili i nie wystarcza im już „no jak to? Z Internetu!”.

Przyszli prawie wszyscy i byli do 6 rano. Przyjechało troje z Katowic. Pociągiem. Specjalnie na moją imprezę. Nie sądzę, żeby kiedyś jeszcze coś tak mnie wzruszyło, jak to. Opisywanie nie ma żadnego sensu. Niech za komentarz wystarczy, że dostałam już dziś 8 smsów z podziękowaniami oraz prowadzę w tej chwili 6 równoległych rozmów na gg ma tematy „a kto z kim i dlaczego i jak było fajnie”. I nawet moje wczorajsze postanowienie „to jest ostatnia impreza, jaką robię” jakoś dziś zbladło. Ale alkoholu już nie piję, słowo 😉

Imprezofieber

Zakręciłam się tak, że jak się jeszcze trochę bardziej zakręcę, to będę mieć spin. I będę się przemieszczać za pomocą wirowania (nie wiem, co Józefina na to). Jak zwykle, zresztą cała przyjemność na tym polega (przecież ja nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna). Zasadniczo uważam, że będzie: za mało jedzenia, za mało alkoholu, wszystko będzie niedobre, nikt nie przyjdzie, bo mnie nikt nie lubi, jak już przyjdą to zaraz wyjdą (bo będzie za mało wszystkiego albo niedobre), będą się nudzić i będzie tragicznie. Poza tym nie mogę przestać myśleć o 15 planach sałatek i którą mam wybrać, o tym co jeszcze mam kupić, czego zabraknie, co mam zrobić, i tak dalej. Ale mi fajnie 😉 Rodzinni mieli przyjechać dziś, ale szwagier nie załatwił wyjazdu, więc nie przyjechali. Moja siostra oczywiście nawet mailowo przypominała już odbezpieczony granat, ale ja zamierzam wierzyć, że będzie dobrze, bo przecież u mnie nie będą się kłócić. Taaa. Może się dziś wykłócą na amen, żeby potem był spokój, co?

Bigos podzielił się ze mną winem (barrdzo dobrre), a potem wyszedł na balkon tam nocować, ja natomiast odkryłam, że butelka po moim ukochanym koniaku oznaczonym litarkami Vaćpani Sobie Oczywiście Popije (Julian Tuwim ten skrót rozwinął) wcale nie jest całkiem pusta, a przeciwnie, ma jeszcze na dnie parę solidnych łyków. To już ich tam nie ma. Ale wypraszam sobie wszystkie insynuacje, że to dlatego mi tak dobrze. A w ogóle to włączyłam kompa tylko po to, żeby skasować wszystkie historie i zabezpieczyć gadu, bo jak mi tu banda obcych ludzi się dobierze i zacznie czytać te grafomańskie popisy… dobra, niech będzie, żem paranoiczka czystej krwi, ale znam przyjemniejsze sposoby popełnienia samobójstwa.

Zdruzgotana

jestem recenzją zazwyczaj rozsądnego Pietrasika w Polityce, z „Nigdy w życiu” oczywiście. O co chodzi i skąd taka negatywna opinia? Nie zamierzam twierdzić, że to jest doskonały film, ale jak na polskie warunki i zwyczaje jest naprawdę dobry. To jest pierwsza polska komedia po Machulskim, w dodatku śmieszniejsza niż taki na przykład Kiler 2! Owszem, sama się czepiłam paru rzeczy, ale to naprawdę nie jest powód, żeby odsądzać twórców od czci i wiary. Że Judyta jedzie do ukochanego zamiast zadzwonić – panie Pietrasik, pan chyba nie miałeś od 20 lat do czynienia z żadną żywą kobietą, i nie wiesz, jak działają egzemplarze w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego. Naprawdę, jestem zdruzgotana tym czepialstwem.

Tym bardziej, że na stronie obok Czubaj, też do tej pory wysoko przeze mnie ceniony, uznał za stosowne omówić w poważnym tonie „twórczość” pana J.L. Wiśniewskiego. Na litość boską, panie Czubaj, pan doskonale wie – a ja wiem, że pan wie – że ten osobnik to groźny grafoman. Co to za konkluzja w ogóle, że mężczyźni teraz romanse piszą? Na podstawie, na boga, Janusza Leona! Pistolet panu do głowy ktoś przyłożył, czy jak? Bo ja tego zwyczajnie nie umiem inaczej wytłumaczyć. Grochola napisała książkę nieszczególnie rewelacyjną, ale z pewnością nie grafomańską, a miesza się ją z błotem, by obok rozważać poważnie działalność piśmienniczą pana naczelnego grafomana RP. I to dwóch krytyków, których do tej pory za rozumnych miałam. Ratunku!!

Przecież nie mogę przestać czytać Polityki, bo co ja będę czytać? Mózg sobie mam w takim razie amputować czy jak…?

Jak w środku nocy porozmyślać

Powinno być ustawowo zakazane, żeby telefony rozładowywały się o 5 w nocy. Oczywiście, że zapomniałam wieczorem wyłączyć swój, i oczywiście, że zostałam obudzona żałosnym pipnięciem. Jak już wstałam i wyłączyłam piekielną machinę, przyszło mi do głowy, że właściwie to jeszcze nigdy nie napisałam notki na bloga o 5 w nocy i że mogłabym to teraz uczynić, ale jednak się nie zdecydowałam. I może to był błąd, bo i tak nie mogłam zasnąć. Za dużo mi się myślało. Wymyśliła mi się na przykład Szpiglasowa. Potem zaczęłam rozważać, czy nie dałoby się przejść Murowaniec-Krzyżne-Piątka-Szpiglasowa-MOko jednego dnia i ile czasu by mi to zajęło (jakby nocować w Murowańcu, to rzecz jest do zrobienia). Potem wydumałam, że jeśli chodzi o Zachodnie, to dawno nie widziałam Jamnickich Stawów z Wołowca (jak znam życie, to i tak będzie mgła). Co prawda ja nadal stoję na stanowisku, że w tym roku nie jadę w Tatry, bo trzeba odwiedzić kumpla na Florydzie, pojechać do Szwajcarii zobaczyć drugie dziecko mojej tamtejszej przyjaciółki, sprawdzić, co wymyśli kumpel przemieszczający się chwilowo między Szkocją a Portugalią, zbadać, czy spodobałby mi się windsurfing, i tak dalej. Można obstawiać, co mi wyjdzie z tych heretyckich rozważań.

Dlaczego się przebierać

Znękana maksymalnie po intensywnym tbc w sali, w której było o wiele za gorąco, bo oczywiście jak był mróz -20, to nie grzali, a jak jest niemróz +1, to grzeją straszliwie; zmęczona więc do imentu w szatni uznałam, że właściwie nie ma sensu się przebierać w ciuchy cywilne tylko w celu przejścia 20 metrów do samochodu i 10 metrów od samochodu. Równie dobrze mogę przecież prowadzić w legginsach i tenisówkach. Pomysł ten racjonalizatorski bardzo mi się spodobał.

Następnie bogata moja wyobraźnia, z odwodnienia zapewne (pół litra wody było wspomnieniem po 10 minutach), wyprodukowała obraz następujący: spektakularny wypadek samochodowy. Przystojni ratownicy z zatroskanymi minami wyciągają mnie z pogniecionej blachy wśród ton potłuczonego szkła, malowniczo omdlałą (aczkolwiek jakimś cudem bez obrażeń, choć jeszcze o tym nie wiedzą i spieszą się, by nieść mi pomoc). I odkrywają, że pod płaszczem mam na sobie szare legginsy oraz tenisówki. Ze śmiechu nie mogą mnie dalej ratować, gasnę zatem w pełni młodości. Tylko z powodu własnego obrzydliwego lenistwa.

Oczywiście, że włożyłam rajstopy i spódnicę.

„Nigdy w życiu”

Film jest jakieś siedemnaście razy lepszy od książki (która wcale nie była niedobra w mojej opinii). I to mimo

  • product placement, którego nie można w żaden sposób określić mianem dyskretnego;
  • niewiarygodnej szybkości i łatwości, z jaką buduje się tam dom;
  • nadmiernej ilości przydługich scen pocałunków;
  • Joanny Brodzik w roli Uli, która jest zdecydowanie zbyt bogata i ładna, żeby być czyjąś najlepszą przyjaciółką (czy w książce też tak było?).

A może właśnie dlatego, w końcu kto by chciał jeszcze w kinie oglądać tzw. prawdę życiową. W każdym razie jest znakomicie zagrany (Kinga Preis jest jak zwykle niedościgniona w maleńkiej rólce; gdyby ta kobieta grała pogrzebacz, to też bym poszła na nią do kina i teatru), świetnie zrobiony i niesłychanie zabawny dzięki świeżo brzmiącym dialogom.
Weekend spędzam głównie w kuchni. Zabrałam się za wstępną obróbkę składników na bigos; w tym celu upiekłam mięso, całe, jakie przyniosłam ze sklepu. Następnie zaczęłam poszukiwać ochłapa indyczego nabytego na lasagne (znaczy zmielony miał być). Dobrze zgadujecie, drodzy czytelnicy: upiekłam go byłam razem z resztą mięsa, zupełnie nie przejmując się drobnym faktem, że rodzajów mięsa mi jakoś dziwnie przybyło. Cóż było czynić; westchnąwszy rozgłośnie nad osobistym roztargnieniem zmieliłam upieczony ochłap i podsmażyłam go z czosnkiem, cebulką i pomidorami. Wyszła konsystencja niemal pasztetu pomidorowego, bardzo dobrze się tym smarowało płaty lasagne, aczkolwiek standardowy bolognese to nie do końca przypominało. Jakie będzie w smaku, jeszcze się okaże. Chęć pożarcia lasagne wymagała ode mnie oczywiście zrobienia beszamelu, a nie zaopatrzyłam się uprzednio w kaca (mieszanie beszamelu jest otóż czynnością, która najlepiej wychodzi na kacu, o czym już kiedyś wspominałam). Stałam więc smętnie nad kuchnią mieszając to, co miało w końcu stać się beszamelem, i z nudów ćwiczyłam mięśnie Kegla, mimo zbliżonego do zera prawdopodobieństwa, że ktoś kiedyś sprawdzi ich wyćwiczenie. Uznałam się zarozumiale dzięki temu połączeniu za wzór archetypicznej żony doskonałej – gospodyni i kochanki w jednym – tylko że w trakcie myślałam dodatkowo o Gödlu, co niestety już mnie dyskwalifikuje kompletnie.