SNAFU

  1. Rozwaliłam drzwi Józefinie, to znaczy zdarłam lakier do krwi i kości, ponieważ nie zmieściłam się w bramie, z której wystawało coś chytrze, było ciemno i padał deszcz (a prawda jest taka, że jestem głupia i ślepa). Jakieś 500 zł do tyłu, plus konieczność oddania samochodu na co najmniej 3 dni, plus całkowita niemożność zdecydowania, czy mam w tej sprawie męczyć się z PZU.
  2. Zmieniłam opony na letnie, spodziewajcie się zimy przez najbliższe dwa tygodnie. Albo i miesiąc.
  3. Siostry opis wrażeń po pierwszej dawce interferonu nie wyglądał zachęcająco. Mam nadzieję, że kolejne będzie lepiej znosić. I że to pomoże.
  4. W pracy mam sądne dni, co chwila ktoś coś chce i coś się psuje w najmniej oczekiwanym momencie.
  5. Właśnie obiecałam zleceniodawcy, że w piątek po pracy do niego podjadę coś zrobić. Co oznacza piątkowy wieczór wycięty z życiorysu w niekoniecznie przyjemny sposób.
  6. Na imprezę jedziemy w sobotę w środku nocy. O 8 rano. Ja prowadzę.
  7. Rodzina wymyśliła dezetę zamiast sportiny. Dobra, ja lubię dwumasztowce, ale to oznacza spanie w namiotach zamiast na łódce, bu.
  8. Wiem, że zawsze może być gorzej, wiem.

Prawie całkiem, chociaż niezupełnie dobrze

Fragment dialogu mojego z Misicą:
– Normalnie faceci są kretynami.
– Są. Zachowują się jak baby.

Poza tym Misica złożyła mi propozycję, której dziewicza ma skromność nie pozwala mi przytoczyć, ale która zasadniczo miała udowodnić, że nie jestem aseksualna. Następnie dowiedziałam się, że płyniemy w maju na Mazury (i mamy sportinę, nawet chyba przeboleję w końcu koniec sezonu narciarskiego w tych okolicznościach) oraz zostałam znienacka zaproszona na zupę z porów i tosty przez ostatnią osobę, po której bym się tego spodziewała (osobę płci żeńskiej zdecydowanie, faceci mnie nie interesują, mam nadzieję, że to jasne). Prawie mi dobrze, chociaż notka u lumpiatej bardzo mnie zdołowała. To jeden z moich pierwszych blogów, czyli pewnie co najmniej dwa lata go czytam. W takich przypadkach można odkryć, że poczucie bliskości manifestujące się podświadomą myślą „tym osobom nie może się nic stać, są przecież mi bliscy i są chronieni immunitetem” rozciąga się również na nieznanych mi osobiście autorów niektórych blogów. Może i absurd, ale generalnie życie takie więcej absurdalne jest, zwłaszcza w wykonaniu homo sapiens.

Jak dać się pocieszyć

Ulubiona koleżanka w ramach wyjmowania mej osoby z doła (mimo starań trwającego jednak nieco dłużej niż dwie godziny, ale niewiele dłużej) oznajmiła mi, że 50% facetów potrzebuje viagry. Nie chciałam wiedzieć, skąd to wie, i czy sprawdzała osobiście, i jaki jest wiek tych 50%. Ponieważ mnie to nie pocieszyło jakoś wyjątkowo, wymyśliła następnie, że pan ma 40 cm i boi się zrobić krzywdę (a ja akurat wyglądam na taką kruchą, która mogłaby się przestraszyć, aha). Postawiona w obliczu wyboru między impotencją a 40 cm, zdecydowanie wybieram kierunek łóżko i samotne pójście spać. Obawiam się co prawda nieco własnych snów, gdyż z 40 cm zeszłyśmy na, hmmm, rigor mortis (ona naprawdę dokładała starań, żeby mi poprawić humor). Ale czuję się jeśli nie pocieszona, to przynajmniej rozbawiona, a od jutra zaczynam nowe życie. I żadnych czterdziestocentymetrowych impotentów na mojej drodze życiowej, ja bardzo proszę.

Pożegnanie zimy

W sobotę 18 km na biegówkach, z dozwolonym, a nawet zalecanym dopingiem w postaci śliwowicy domowego wyrobu. Mogłabym pewnie pod jej wpływem radośnie przebiec jeszcze drugie tyle, w ogóle nie czując, że jestem cała mokra od deszczu, który zaczął podstępnie padać. Śnieg jeszcze leżał, ale wyraźnie widać, że wiosna już nadeszła, za tydzień pewnie po śniegu będzie tylko wspomnienie. Spodobał mi się ten sposób przemieszczania, chociaż potwornie bolą mnie mięśnie po wewnętrznej stronie ud. Nie wiedziałam, że mam ich aż tyle i że potrafią tak boleć. Ale to znaczy, że były używane.

Wieczorem w sobotę integrujemy się z innymi biegaczami i czeską orkiestrą. Zalany trębacz wybiera mnie na ofiarę, żeby tłumaczyć mi, że nie ma brzucha, a młodsi mają, oraz dawać mi co chwila trąbkę do potrzymania, chyba wiem, co Freud by o tym myślał. Uwalniam się w końcu, żeby wpaść w sidła kolejnego Czecha, który poi mnie rumem (wódka się skończyła, barman bardziej zalany niż my nie zwraca już uwagi na walutę, przyjmuje korony, złotówki, euro i dowolne inne monety). Tańczymy w ramach międzynarodowej integracji do międzynarodowych przebojów. Kiedy zaczynam doskonale rozumieć czeski oraz śpiewać „morskie opowieści” (nędza, panie, Czesi improwizują lepiej od nas), stwierdzam, że czas się ewakuować, ponieważ nie mam pojęcia co ja tym Czechom obiecuję. Są nie do zdarcia, w każdym razie, w niedzielę o 7 rano budzi nas dźwięk trąbki.

Trzeci weekend pod rząd z tym samym facetem (i jego kumplami, pośpiesznie dodaję), byłby i czwarty, ale mam inne plany. Nie należy jednak z tego wyciągać pochopnych wniosków. Jako naturalna blondynka mam skłonność do wyciągania takowych, skoro ktoś przedstawia mnie wszystkim swoim kumplom, zabiera na narty, pożycza filmy i książki, które powinnam znać oraz 17 razy domaga się, żebym coś zjadła. Najwyraźniej ten typ po prostu tak ma. Poczucie niewłaściwości wyciąganych wniosków przychodzi do mnie w niedzielę wieczorem i gryzie mnie w tyłek. Boleśnie. Zdarza mi się czuć jak kretynka, co do przyjemnych nie należy, i to właśnie jest ten moment. Trędowata kretynka w dodatku. Daję sobie dwie godziny na ponure zastanawianie się co ze mną jest tak bardzo nie w porządku, a potem uśmiecham się i idę dalej. Nawet największy pech nie trwa wiecznie, uparcie i naiwnie zamierzam w to wierzyć.

Polska, mieszkam w Polsce…

Gdybyście mieli przypadkiem taki kaprys, żeby wysłać Pocztą Polską paczkę ważącą 20.3 kg, to zapomnijcie. Poczta Polska nie może takiej paczki przyjąć, ponieważ ich cenniki nie przewidują wagi powyżej 20 kg. I już.

Żyć z HPV

Siostrę mi będą leczyć interferonem. Lekarz oznajmił, że nie powie jej, jaka to wersja wirusa (są bardziej i mniej złośliwe), bo będzie siedzieć i kombinować, a niepotrzebnie. Może powinnam mu powiedzieć, że od tego jeszcze bardziej kombinuje (no bo co z takiego dictum można wywnioskować, jak nie to, że jest źle)… ale ona dzielna jest niesłychanie, i tak pozytywnie nastawiona, że niemal jej nie poznaję. Przekazuje mi uściski od siebie i swojego wirusa, mówiąc, że skoro nie można inaczej, to trzeba go oswoić.

Ma być dobrze. Nawet jeśli będzie rak, to nie umiera się tak od razu, zwłaszcza będąc pod kontrolą. Najwyżej siostrzeńców nie będę miała. Materiał genetyczny fajny mamy, ale może musi skończyć swoją bytność na tej ziemi tu i teraz, nic wiecznie nie trwa w końcu. Zresztą, co ja histeryzuję; jeszcze nic nie jest przesądzone, zaczyna kurację, jeszcze tego brakowało, żebym ja zrobiła się pesymistką na tę okoliczność.