Jak wymuszać, to z fantazją

Elegancko i bardzo niebezpiecznie wymusiłam pierwszeństwo, znaczy przejechałam temu z prawej przed nosem, bo szukałam właściwego pasa, słońce mi świeciło w oczy, zapomniałam, że to jest skrzyżowanie równorzędne i w ogóle tak jakoś wyszło. Zostałam bardzo słusznie otrąbiona. Przez radiowóz policyjny.

Taki tam weekend

Co się dzieje, kiedy kobieta zwana ds zapisuje się do swojego fryzjera z Odpowiednim Wyprzedzeniem, aby przypadkiem nie spotkały ją żadne Niespodzianki? Co się dzieje, kiedy skrzętnie zaplanuje sobie sobotę tak, aby się udać do fryzjera i załatwić jeszcze parę spraw? Oczywiście, na miejscu dowiaduje się, że niestety jej fryzjer musiał się udać na pogrzeb i go nie ma. A terminów wolnych w najbliższym czasie nie ma. A każdy z włosów na głowie ds woła gromkim głosem „chcę do fryzjera!”.

Udałam się zatem nieostrzyżona na imprezę urodzinową do kolegi. Rowerem, co o godzinie 17 ciepłego w końcu majowego dnia wydawało się pomysłem całkowicie genialnym, zwłaszcza w porównaniu z nagrzanym wnętrzem Józefiny oraz niemożnością jednoczesnego kierowania nią i picia. Jak to często bywa, o godzinie 1 w nocy (po piwie, koniaku z sokiem jabłkowym – no dobra, ja wiem jak to brzmi, ale spróbujcie, a nie pożałujecie – winie, piwie, i nalewce wiśniowej) pomysł przestał mi się wydawać taki genialny, jakim był za dnia, ale jakoś musiałam wrócić razem z rowerem. Nie odważyłam się standardową drogą przez ciemny park, pojechałam okrężną, w miarę oświetlonymi ulicami. Jest to naprawdę fajny sposób na wytrzeźwienie oraz nadprodukcję adrenaliny.

W piątek o 23 dopadł mnie był na gg mój zleceniodawca (a dlaczego szef ma twój numer gg? – zapytał mnie przed chwilą oburzony kumpel) i zażądał zrobienia jednej rzeczy. Oznajmiłam, że mogę zrobić, ale nie natychmiast, bo jestem nietrzeźwa i zmęczona (czego się spodziewał w piątek wieczorem, na litość boską??); oczywiście zażądał, żeby to było natychmiast. Zgadnijcie więc, co robię dziś przed kompem. Przejażdżki rowerowe po wypiciu najwyraźniej zapobiegają kacowi, nie mam bowiem żadnych objawów, co mnie raczej cieszy zważywszy na wymienioną powyżej mieszankę piorunującą. Mam za to wysprzątane mieszkanie, a w piekarniku pachnie quiche lorraine, jedno z moich dań popisowych, lekarstwo na wszelkie bolączki tego świata. Nie żebym aktualnie potrzebowała lekarstwa… chociaż zważywszy na tragiczną niedostępność mego fryzjera może jednak się przyda. A, posiadam również od wczoraj wielką czerwoną plamę w lewym oku. Kumpel tłumaczy, że to od alkoholu, ale on tak wszystko tłumaczy. Obejrzałam to w lustrze jakieś 25 razy i wymyśliłam sobie raka gałki ocznej, zaćmę, jaskrę, wylew, mutację, obcego, nieodwracalne uszkodzenie, które z pewnością rozszerzy się na nerw wzrokowy. Myślę, że wolę jednak teorię z alkoholem w roli głównej.

Copy&paste z mojej skrzynki

Zabiło mnie: Trzech króli wchodzi do stajenki w Betlejem, a jeden uderza głową o belkę i głośno krzyczy „O Jezu”. Na to Matka Boska do Józefa:
– Widzisz, to jest imię, a nie jakiś Stefan!
* * *
Nie wiem jak Wy, ale ja poczułam się bardzo staro:
O urodzonych przed Rokiem Pańskim 1980
Jeśli jako dzieci albo młodzi ludzie żyliście w latach 50-, 60-, 70-tych XX wieku, nie możecie dzis uwierzyć, że w ogóle ten czas mogliście przeżyć!
Dlaczego? A dlatego, że:

  • jako dzieci siedzieliśmy w samochodach bez pasów bezpieczeństwa i poduszek powietrznych
  • nasze łóżeczka pomalowane były farbami o krzykliwych kolorach, pelnymi kadmu i ołowiu (o rozpuszczalnikach nie wspomnę…)
  • buteleczki z lekarstwami i innymi (nie)bezpiecznymi chemikaliami z „Wyborową” na czele dały się bez trudu otworzyć, a ciekawość to przecież cecha dzieci i młodzieży, prawda?
  • drzwi i szafki w kuchni i łazience były stałym niebezpieczeństwem dla każdego z nas, zwłaszcza że nikt nie słyszał o zamkach antydziecięcych…
  • do jazdy na rowerze nikt w życiu nie wkładał kasku ochronnego (podobnie na nartach albo wrotkach)
  • wodę piło się z kranu, a nie hermetycznych butelek i temu podobnych…
  • pierwsze samochody budowało się z pudeł albo skrzynek po kartoflach, i podczas jazdy z górki stwierdzało się, że się zapomniało o hamulcach…
  • rano wychodziliśmy z domu, by pojść się pobawić, a musieliśmy wrócić wtedy, kiedy zapalały się pierwsze latarnie
  • nikt nie wiedział, gdzie nas nosi, bo nikt nie miał przy sobie komórki, a sprawne budki telefoniczne można było policzyc na palcach jednej ręki (zresztą i tak nikt nie nosił grosza przy sobie…)
  • człowiek się kaleczył, łamał kości, wybijał zęby i nikt nikogo z tego powodu
    nie skarżył do sądu; sami byliśmy sobie winni…
  • jedliśmy keksy, czekoladę (też czekoladopodobną), chleb grubo posmarowany masłem, kiełbasę, kartofle, skwarki i Bóg wie jeszcze co – i co? – i nikt nie był przesadnie gruby…
  • piliśmy w grupie z jednej butelki i nikt od tego nie umarł…
  • nie mieliśmy: playstation, nintendo, x-box, gier video, 60 programow w telewizji, kaset video, dvd, surround sound, własnego telewizora, komputera, internetu, a mieliśmy świetnych kolegów i koleżanki!
  • po prostu wychodziliśmy z domu i spotykaliśmy ich na ulicy, bez telefonowania i umawiania się, bez wiedzy rodzicow (oni nie musieli nas przywozić i odwozić) – jak to było możliwe?
  • wymyślaliśmy zabawy z kijem i kamieniem, jedliśmy ziemię, dżdżownice i temu podobne – i co?- przepowiednie też się nie sprawdziły. Robaki nie żyły w naszych żołądkach, a kijami nie wyłupiliśmy rówieśnikom zbyt wielu oczu…
  • niektórzy z nas nie byli tak sprytni i przepadali na egzaminach albo
    powtarzali klasę i nikt nie zwoływał z tego powodu kryzysowych nauczycielskich narad
  • jeździło się autostopem i nikomu nie przyszło do głowy, że coś takiego może się bardzo marnie skończyć…

No to ładnie

Przeczytałam u teściowej, że do ślubu trzeba mieć coś od szczęśliwej mężatki. Od pół godziny zastanawiam się usilnie, skąd ja mam wziąć szczęśliwą mężatkę, żeby coś podarowała lub pożyczyła tej mojej siostrze…

Na dnie

Nie, tytuł notki bynajmniej nie dotyczy mojego egzystencjalnego samopoczucia. Zwracam uwagę szanownych czytelników na fakt, że ukazało się wznowienie „Na dnie w Paryżu i Londynie” George Orwella. (Przynajmniej uważam, że to wznowienie, bo już czytałam to dawno temu.) Nie należy bynajmniej sądzić, że ta książka ma cokolwiek wspólnego z fantastyką, z którą Orwell jest zazwyczaj kojarzony dzięki „1984”. Przeciwnie, rzecz jest zdecydowanie bliższa reportażowi, absolutnie znakomicie napisana, opowiada o szkole przetrwania, jaką Orwell – częściowo przypadkowo, częściowo świadomie -przeszedł na początku lat 1930 w Paryżu i Londynie. Orwell oczywiście był socjalistą, co w Polsce budzi natychmiastową niechęć; ale socjalizm w jego wykonaniu nie miał nic wspólnego z tym, czego nam było dane kiedykolwiek doświadczyć, więc uprzedzać się zdecydowanie nie należy. A przeczytać trzeba.

Mężczyźni…

Poprosiłam krakowskiego znajomego, żeby odebrał mi książeczkę kupioną na allegro, ponieważ przestałam ufać poczcie (co chyba nie powinno dziwić). Odebrał posłusznie. I co zrobił? Wysłał mi ją pocztą. „Bo ja myślałem, że to chodzi o to, żebym ją obejrzał i wysłał, żebyś szybko miała…”.

Humor mi się poprawił, dzięki misicy, która mnie dziś bardzo rozśmieszała przez gg. I dzięki bardzo męczącemu tbc, prowadzonemu wyjątkowo przez faceta, który siebie ani nas nie oszczędza. Rozciąganie w jego wykonaniu jest torturą, tym bardziej że lata po sali i każdej babie poprawia nóżki (a co się przy tym namaca… chociaż i tak przypuszczam, że jest europejskiej orientacji seksualnej), ale za to potem człowiek czuje się jak młoda deesse. No i, proszę Państwa, fanfary i standing ovation: dostałam zaproszenie na ślub. Bardzo eleganckie. Z kokardką. Znaczy to jednak naprawdę będzie… Wpaść już w malowniczą panikę na temat sukienki czy jeszcze chwilę zaczekać?

Kocham pocztę i inne narzekania

Merlin trzy dni temu zeznał, że wysłał do mnie paczuszkę (bagatela, jedenaście książeczek, chyba muszę sobie znaleźć większe mieszkanie). Pocztę mam czynną 9-19 i w zupełnie przeciwnym kierunku niż droga do pracy. Skoro więc wczoraj wracając do domu przejeżdżałam akurat koło poczty i było za pięć 19, to wstąpiłam. Z pytaniem, czy przypadkiem nie ma do mnie przesyłki poleconej, bo być powinna. Dla ułatwienia dodałam, że raczej spora (11 książek nie powinno się zmieścić w kopercie, chyba że Merlin opatentował koperty z wnętrzem w piątym wymiarze). Pocztowa panienka rzuciła okiem w parę miejsc i kategorycznie stwierdziła, że nic podobnego, nie ma dla mnie żadnej przesyłki. Westchnęłam „no cóż, będzie jutro” i odjechałam. By 5 minut później we własnej skrzynce we własnym domu znaleźć awizo na przesyłkę poleconą.

Nie podoba mi się, że jest Tu i Teraz i że jestem Sobą, zupełnie nie umiem rozmawiać z ludźmi, wszystko mnie denerwuje i w ogóle świat się Nie Nadaje ostatnio. Dziś całą drogę do pracy wlokłam się 30 km/h za smrodzącą przeraźliwie i dymiącą czarno wywrotką z piaskiem, która musiała się wepchać akurat przede mnie i nie było jej jak wyprzedzić. A nawet nie mam pmsa. Ratunku?