A ja chcę w Tatry

Dowlekam się do Krakowa w niedzielę pod wieczór, po wariackiej jeździe w strumieniach deszczu. Na autostradzie, którą tym razem znalazłam bez problemu, usiłuję wytrzeć tylną szybę i nie mogę zrozumieć, dlaczego mi się to nie udaje mimo energicznego machania wycieraczki, ale w końcu dociera do mnie, że ciągnę za sobą ogon kropelek wody. Oczywiście gubię się w Krakowie dramatycznie, ulewa mi w tym pomaga. Następnego dnia mój krakowski gospodarz usiłuje mnie nie wypuścić, a ja widząc ponurą zimną deszczową pogodę za oknem okropnie marudzę, że będę tam siedzieć sama i się nudzić. Ale w końcu pragnienie, żeby zobaczyć Tatry, okazuje się silniejsze. Stwierdzam, że pojadę, rzucę okiem na mgłę i zaraz wrócę, i z tym postanowieniem wyruszam.

Prawie natychmiast po przybyciu do Zakopca humor diametralnie mi się zmienia, wypakowawszy się szybko ruszam do ukochanej doliny Białego. Plan zakłada, że tylko rzucę okiem i wrócę, ale gnam w górę nie mogąc się zatrzymać. Jest całkowicie pusto, pochmurno, nie pada, w Białym bardzo dużo wody. Jestem znowu w Tatrach. Gdzieś przed Sarnią Skałą zaczynam czuć radość tak intensywną, jakby ktoś odkręcił mi w głowie kurek z radością. Jej strumień przepływa przeze mnie i dokładnie obmywa moją psychikę. Nigdy nie czułam niczego podobnego. Przy zejściu do Strążyskiej kurek powoli się zakręca, ale mam wrażenie, że źródło pozostało we mnie i powoli bije. Zastanawiam się, jak ja w ogóle mogłam pomyśleć, że nie pojadę w Tatry. Wracam, sprawdzając po drodze, czy znajomi z Warszawy już dotarli, i zaglądając do ukochanej knajpy, gdzie zaprzyjaźniona barmanka siedzi prawie sama z posępną miną.

Następnego dnia jest Wołowiec, z pogodą nadal pochmurną, ale widokami pięknymi. Złażąc spotykam pod Rakoniem grupę ludzi w wieku mieszanym. Wywiązuje się dialog następujący:
– Dzień dobry, czy była pani tam na górze? – mówią oni.
A gdzie niby miałam być, na tym szlaku trochę trudno być gdzieś indziej…
– Tak.
– A czy tam coś widać?
Hmmm, wprawdzie chmury są, ale widoczność dobra, co ma nie być widać? Ale co tam, odpowiem uprzejmie
– Tak oczywiście, na przykład stawy Jamnickie.
– Ale czy jest granica?
Chyba nie rozumiem pytania, ale cóż, zagubieni są wyraźnie.
– Granica jest wszędzie. Cały czas państwo idą granicą na tym szlaku.
– Ale czy tam jest jakaś cywilizacja, czy ciągle góry?
Tu głupieję już totalnie i nie wiem co odpowiedzieć, patrzę tylko na nich bezradnie, oni więc kontynuują.
– A czy tam jest może przejście graniczne?
Ach, więc o to chodziło. No cóż, muszę ich rozczarować.

To ja wróciłam

Ślub udany, siostra była najpiękniejszą panną młodą, jaką w życiu zdarzyło mi się widzieć. I to nie tylko moje zdanie. Mojej (nie)poczytalności przed złożeniem podpisu nie sprawdzali, mam nadzieję, że wagi wydarzenia to nie umniejsza. Ona wyluzowana w końcu totalnie, szwagier zaś tak zdenerwowany, jakim go jeszcze nie widziałam. I słusznie, tak być powinno. Maleńka obrączka na malutkim paluszku mojej małej siostrzyczki (bo ona ma naprawdę małe paluszki) wzruszyła mnie niepomiernie, ale się nie popłakałam. Kwiatów było mnóstwo, ludzi jeszcze więcej, trochę starych znajomych, którzy twierdzili, że mnie nie poznali (w związku z czym zadręczałam młodą mężatkę pytaniami, czy ja mam aż takie zmarszczki i czy aż tak się postarzałam ostatnio). Obiad rodzinny udany, złośliwości ze strony teściów w normie, a nawet poniżej, zważywszy ogólne napięcie. Wesele bardziej niż udane, chociaż naharowaliśmy się nieźle przygotowując wszystko. A teraz są już małżeństwem od prawie dwóch tygodni i podobno zupełnie nieźle im się wiedzie. Oby tak dalej.

Ja zaś pognałam w Tatry, i wróciłam zakochana jeszcze bardziej niż zwykle, zauroczona, zdruzgotana, oczarowana. Nie chciałam wracać. Bardzo nie chciałam wracać. Nadal stoję na przełęczy między Kopami i patrzę na Gąsienicową, bez końca; obojętni turyści mijają mnie z pustką w oczach, a ja mówię sobie, że nie ma takiej siły, która mogłaby mnie zmusić do powrotu. A jeśli to Wasze uwodzenie, to jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia.

Tymbark trzymany w lodówce na powrót powiedział do mnie „nie ma jak w domu”. Believe it or not. A może ja jednak śnię? Obudzę się i nadal będę w Tatrach…?

Skarpetki oraz pożegnanie

W sprawie skarpetek, o których pp był łaskaw pamiętać, czym mnie bardzo wzruszył, informuję PT Publiczność, że
1. Spakowałam prawie wszystkie posiadane, a zwłaszcza te 10 par do chodzenia po górach.
2. Obserwując pogodę za oknem wyciągam konkluzję, że moje obsesyjne kupowanie skarpetek miało swoje uzasadnienie. W przyszłych sezonach możecie mianowicie przewidywać pogodę na podstawie kupowania skarpetek przez ds. Dużo skarpetek = będzie zimno. Taki personalny blogobarometr.

Liczba maili od siostry – mnóstwo, liczba smsów – dwucyfrowa, liczba telefonów – dwa. To ja się zbieram i jadę.

Przerwa ślubno-urlopowa

Reisefieber to mało powiedziane

Piąty rozpaczliwy mail od siostry, a jeszcze nie ma południa. Nie jestem pewna, czy ja aby chcę tam jechać. Ach, nie takie rzeczy już przeżyłyśmy, nieprawdaż.

Niech mi ktoś przypomni o sprzątnięciu wibratora z pralki („ds, ale czemu trzymasz wibrator na pralce?” „no jak to? żeby te drgania się zsumowały”), bo inaczej kolega od podlewania kwiatków zejdzie na zawał w mojej łazience osierocając małe dziecko i nieco większą żonę. Nie chciałabym tego, bo kto by mi wtedy kwiatki podlewał.

Reisefieber atakuje

Nie mogę uwierzyć, że Kuroń nie żyje. Tak na naszych oczach teraźniejszość staje się historią.

Poziom reisefieber w normie. Spakowałam się tym razem jak kobieta. Przywykłam do jeżdżenia na lekko, lata rozmaitej włóczęgi pociągami mnie nauczyły. Nawet na trzy miesiące do Francji spakowałam się ongiś w jeden plecak. Szczytem moich umiejętności było przeżycie dwóch tygodni w Tatrach w jednych spodniach. A tym razem mam spakowane pół szafy, dosłownie. Sukienka na ślub, ubrania miejskie, ubrania górskie i cztery pary butów do tego wszystkiego. Inaczej się nie dało. Czuję się przygnieciona. Józefina co prawda protestów nie zgłasza, ale mnie jest głupio. W ostatniej chwili wpadłam na pomysł, że na ślub z plecakiem nie wypada iść i wygrzebałam z szafy fragment krokodyla, w którym znalazłam karty klubowe ważne do końca 2000.

Zaległy przegląd prasy. W poprzedniej Polityce, która dopiero teraz wpadła mi w łapki, ciekawa rozmowa filozoficzna o miłości. W bieżącej Pilch mnie w końcu rozbawił, o transmisjach piłki nożnej. „Jesteśmy zatem podglądaczami cudzych sekretów, nie nauczyliśmy się jednak sztuki ich rozumienia.” To Nasiłowska w artykule o filmach opowiadających o nieszczęśliwych pisarkach. Przypomina Wam to coś? Cieszę się, że Kałużyński nadal funkcjonuje, esej o Joysie nadzwyczajny. Ulissesa lubię i cenię (ba, uważam za największe dzieło XX wieku, gdyby ktoś mi kazał wybrać jedno), miło że ktoś podziela moje poglądy i uważa że w dzisiejszych czasach jest sens pisać jeszcze o literaturze. Niezależnie ode mnie wymyślił, że Joyce’a należy czytać lekko, a poszerzenie pola świadomości następuje samoczynnie – ja swego czasu odkryłam, że to idealna książka do czytania w stanie lekkiego upojenia alkoholowego… Natomiast przykro, że w Polityce coraz więcej błędów i literówek.

U rehabilitanta byłam

Kazał mi się pogimnastykować. Wyszło, że nie jest tragicznie z moim kręgosłupem (moralnego nie omawialiśmy). Mam zapobiegać dalszym problemom, co oznacza odpowiednie siedzenie (i wcale nie z oparciem, wbrew pozorom), trzymanie prostej sylwetki, oraz gimnastykowanie się proste. Chodzenia po górach nie zabronił, czyli jadę zapewne po siostrzanym ślubie w Tatry, chociaż pogoda mnie nie nastraja optymistycznie. Jak tak dalej pójdzie, to na ślubie wystąpię w futrze i całe szukanie sukienki będzie na nic. A do Zakopca zabiorę narty.

„Dziewczynę z perłą” widziałam ostatnio, mam na myśli ten ruchomy obraz, nie ten statyczny. Miałam się poczepiać, że koło prawdy historycznej to nawet nie leżało, ale nie jest tak beznadziejnie. Sądziłam, że będzie więcej o Vermeerze, jest więcej o służącej, i dłużyzny jak w polskim filmie; ale jakie zdjęcia! Dla tych kolorów i klimatu warto się wybrać do kina. Natomiast czy ja dobrze wywnioskowałam z trailerów – aż się boję o tym pisać – że nakręcili melodramat o Sylvii Plath? Ja tego nie przeżyję. Gdzieś podłożę bombę, choć jeszcze nie wiem gdzie.

Nie umiem lecz piszę

Smutek i zagubienie powyjazdowe mi przeszły, zaczynam dla odmiany mieć lekki reisefieber, pojutrze bowiem znów w drogę. Bez sensu ta wczorajsza notka, jakby picie alkoholu było najważniejsze; ale o tych ważnych rzeczach ani nie umiem ani nie chcę pisać. Zupełnie nie wiem, dlaczego przestałam się dogadywać z ludźmi, którzy kiedyś byli dla mnie ważni i nadal ich lubię bardzo. Stajemy naprzeciw siebie nie umiejąc znaleźć żadnych wspólnych słów. Rozsądek podpowiada mi, że taka jest kolej rzeczy, że wszystko się zmienia, że są inni na ich miejsce, ale mimo wszystko żal. Jak zwykle wykazałam się efektownym brakiem taktu, pytając kolegę, czy przyjechał z laską, laska siedziała obok. Samo pytanie pół biedy, ale wyciągnęła słuszny wniosek, że za każdym razem z inną przyjeżdża, i nieco później byłam świadkiem niebezpodstawnych wyrzutów czynionych mu na tej kanwie. Przykre. Za to znienacka zostałam nie cakiem serio zapytana, czy nie myślałam o karierze klauna, co mnie zupełnie zaskoczyło, przecież nigdy nie uważałam się za rozrywkową i zabawną. Stwierdzenie kumpla „bo są ludzie, którzy wtapiają się w tło i są tacy, którym to się nigdy nie udaje, i ty właśnie się wyróżniasz” też mnie bardzo zaskoczyło; ale może to tylko w jego oczach. I jeszcze to nieodzowne „bo kobieta zawsze szuka spokoju i stabilizacji”. Jak nie dodają „zawsze” to ja milczę, bo pewnie większość kobiet faktycznie, ale przy kwantyfikatorach nie wytrzymuję. Nie da się: po prostu facet nie zrozumie, że ja ten spokój i stabilizację wywaliłam sobie przez okno, z pełną świadomością oraz zadowoleniem. Prędzej uwierzy, że nie istnieję albo nie jestem kobietą, lub – to najprędzej – w moją niepoczytalność. Ale to były te poważne tematy, poza tym było wesoło.

Śnił mi się mój dom rodzinny opuszczony, ja jako strażnik domostwa, z którego najwyraźniej wszyscy wyszli w połowie zajęć codziennych, by już nie wrócić. Jakaś stara pościel porzucona na już zimnym kaloryferze, słońce wpadające przez okno rozświetlające drobinki kurzu, cisza i spokój. Tym razem nie potrzebuję objaśnienia; w sumie dobrze, że moja podświadomość potrafi tak jasno i klarownie się wyrazić, mamy coś wspólnego.