Jak się opiekować, nie mylić z opiekaniem

Pan od długich rozmów telefonicznych ma metodę podrywu na zaopiekowanie się.

– Wiesz, ja myślę, że tobą się trzeba dobrze zaopiekować – powiada on.
– Oczywiście – odpowiadam entuzjastycznie – a idealna metoda opieki to nakarmić mnie, może być łosoś wędzony, napoić, może być czerwone wino, i położyć spać w wygodnym łóżku.
Jakoś nie docenił mojej prostoty i braku skomplikowania.

Czemu nie należy wisieć na telefonie

Jadę sobie po centrum miasta w biały dzień, 70 km/h (ulicą, na której nie ma żadnych dodatkowych znaków dotyczących dozwolonej prędkości). Po prawej mnie wyprzedza radiowóz policyjny. Nie na sygnale.

A potem czekałam 20 minut na pobranie krwi, na czczo i o suchym pysku, i nie omieszkałam wyrazić swojego niezadowolenia z tego faktu. Sumitowali się, że mieli jakiś nagły wypadek. Zrobili mi też wymaz z gardła, a we wtorek zrobią rtg płuc. Ponieważ, proszę Państwa, nadal kaszlę, chociaż oczywiście na wizycie u lekarza kaszel zostaje przed drzwiami przychodni i lekarze patrzą na mnie spode łba, podejrzewając raczej zaawansowaną hipochondrię.

Podpadłam krakowskiemu po raz kolejny, a odebrałam wczoraj telefon ze szczerym postanowieniem, że będę miła, przeproszę za Poznań i w ogóle się postaram, tymczasem usłyszałam „a co się stało, że odbierasz telefony ode mnie”? Poprzedniego dnia wyładowała mi się komórka pod koniec dnia roboczego, woziłam ją więc wyładowaną i podłączyłam dopiero wieczorem, nie włączając już. Kiedy wyjaśniłam tę prostą sytuację życiową, zostałam zapytana „mhm, a stacjonarny też ci się rozładował? Czy może wisiałaś przez godzinę na telefonie?”. Wisiałam na telefonie właściwie przez dwie godziny, ale jakoś nie widziałam powodu, żeby się dalej tłumaczyć.

Przegląd prasy

Ukochany mój tygodnik opiniotwórczy w tym tygodniu był łaskaw pisemnie zauważyć, że brak mi dobrych manier.
Część wierna etosowi swojej klasy – podupadła finansowo inteligencja budżetowa – w zaściankach ciasnych mieszkań kultywuje zasady przykurzone jak książki na sięgających sufitu półkach. Lepiej sytuowani absolwenci prestiżowych uczelni współtworzą klasę średnią i wchodzą do grupy, której wyznacznikiem jest stan konta. Zdaniem prof. Domańskiego, tym samym przestają być inteligentami w tradycyjnym znaczeniu. – Rozwarstwienie jest czynnikiem zmiany etosu inteligenckiego i przyczyną wypierania dobrych obyczajów utożsamianych z konwencją.
Nieco się zmartwiłam. Panie profesorze, czy jak oddam 3/4 pensji, to znów stanę się inteligentem w tradycyjnym słowa znaczeniu i mój savoir-vivre wróci na miejsce? A poważnie artykuł ciekawy, z konkluzją bardzo gorzką, a wręcz mnie przerażającą, choć pewnie mam nieżyciowe podejście. Na co komu w końcu dobre maniery w dzisiejszym świecie?

Doskonały również artykuł Pęczaka o Edycie G. i jej ostatnich wyczynach. Temat wprawdzie typowy na sezon ogórkowy, ale od czasu do czasu przypominam sobie, że kocham ten tygodnik za niesłychanie wnikliwą i wyważoną analizę tego, co budzi emocje wśród ludzi, brzydko zazwyczaj wyrażane. Gdyby tak jeszcze zechcieli w ramach swojego redakcyjnego savoir-vivre’u nie zapominać o szacunku dla czytelników i nie serwować im błędów ortograficznych, merytorycznych oraz literówek?

Historia sklepowa całkiem zwyczajna

Stałam sobie w wieczornym sklepie w kolejce do kasy, osobnik przede mną wyciągał już portfel, wszystko wyglądało normalnie, kiedy podeszła staruszka, siwa i na oko o połowę mniejsza ode mnie, i poprosiła
– Bo tam pies tak szczeka i szczeka, czy mogliby państwo mnie przepuścić?
W tle pies szczekał istotnie. Staruszka ponowiła nalegania, tym razem wyraźniej w moim kierunku
– Bo ten pies tak szczeka…
Nie spieszyłam się nigdzie, z uśmiechem więc przepuściłam starszą panią, tym bardziej że miała tylko jeden cukier… w tym momencie zamrugałam energicznie i wzięłam głęboki oddech. Staruszka miała pod lewą pachą, owszem jeden – jeden dziesięciopak cukru. Pomrugałam jeszcze trochę, odrzuciłam przypuszczenie, że zaczęli nagle produkować ćwierćkilowe opakowania cukru wyglądające jak standardowe, policzyłam do pięciu, a potem jeszcze raz, pomnożyłam pięć przez dwa. Liczby wirowały w mojej głowie, a liczba dziesięć była wśród nich primabaleriną, pies szczekał natarczywie. Staruszka zapłaciła tymczasem za cukier, nieustannie tłumacząc kasjerce, że jej pies szczeka, w płaceniu nie przeszkadzało jej zupełnie dziesięć kilo cukru poręcznie umieszczone pod lewą pachą, i poszła do psa szczekającego pod sklepem. Nie wiem, czy zapłaciłam za swoje zakupy.

Poczty Polskiej się strzeż

Stoję na poczcie po paczkę. Docieram do okienka, daję awizo, daję dowód, podpisuję, wszystko w normie. Po czym miła pani spogląda na mnie niepewnie i pyta
– Czy pani wie, co jest w tej paczce?
Odbiera mi mowę, ponieważ istotnie nie wiem, aczkolwiek się domyślam, a po takim dictum przez głowę przelatują mi najdziksze pomysły: żywy krokodyl, hodowla węży, gniazdo os, mały tygrys… Echem powraca przeczytana przed chwilą nalepiona na szybę informacja, że pracownicy Poczty mają prawo do legitymowania klientów z powodu terroryzmu, i mówię:
– Nie bardzo, ale zapewniam panią, że nie jestem terrorystką!
Pani z niepewnym uśmiechem podnosi roletę w okienku do paczek, wychyla się do mnie i zamiast dać mi paczkę tłumaczy
– Bo widzi pani, nastąpiła taka pomyłka… Koleżanka wydała pani paczkę innemu panu, i on się w domu zorientował po otwarciu, przyniósł z powrotem i napisał takie pismo, to proszę sprawdzić czy nic nie brakuje – i podaje mi papiór, na którym ktoś zielonym atramentem napisał oświadczenie, że otrzymał paczkę przez pomyłkę; w podpisie nazwisko w niczym nieprzypominające mojego. Nie wiem czy się śmiać czy zrobić awanturę, chyba stoję tam niemo, wryta w podłogę.
– Bo wie pani – dodaje konfidencjonalnie panienka z okienka – ten pan zapłacił za swoją paczkę 300 zł, a dostał tę paczkę pani.
Teraz już muszę się roześmiać, zapewnić panią, że wiem co jest w paczce (zdążyłam rzucić okiem na nadawcę) i nie jest to nic atrakcyjnego dla osób postronnych. Na szczęście.
Jakby się ktoś zastanawiał, dlaczego wczoraj wieczorem padał deszcz, to oczywiście dlatego, że wreszcie umyłam samochód. A poza tym przegadałam wieczorem 2,5 godziny przez telefon. Zupełnie zapomniałam, że tak można…

Wybrane aspekty mojej fizyczności

W tym roku to jest paznokieć wielkiego palca na prawej nodze. Postanowił się ułamać w połowie. Połowa pozostałości jest intensywnie zielona. Ja wiem, że to jest nieszkodliwe zakażenie bakteriami beztlenowymi, które się ładnie leczy i odrasta już normalny, tylko że to odrastanie trwa. Długo. Pomalować nie mogę, bo mam tylko pół. No to chodzę z takim zielonym, co zrobię. Reszta paznokci jest w sposób losowy fioletowa, oczywiście.

Za to przymusowy odpoczynek od sportu z racji choroby, który zrobił mi źle na kondycję, zrobił mi również dobrze na kolana. Po wczorajszym tbc boli mnie wszystko oprócz kolan, co jest miłą odmianą i nastraja mnie optymistycznie na przyszłość.

Za co on się…

Od czasu do czasu sobie uświadamiam, że za-co-on-sie-obrazil to czysta żywa prawda. Krakowski się obraził. W czwartek powiedziałam, że nie przyjadę w weekend do Krakowa, bo się nie czuję dostatecznie dobrze, poza tym mam u siebie koleżankę i kota. Zadzwonił w sobotę, dowiedział się, że jestem w Poznaniu, i się obraził. Mogłam owszem zastosować to, co Anglicy określają mianem „białego kłamstwa”, ale nie chciałam, bo nie lubię. Mogłabym tłumaczyć, że to nie był wybór między Krakowem a Poznaniem, ale jakoś mi się nie chce.

Poznaj Poznań

W Poznaniu byłam. Zaczęłam od wysłania w piątek późnym wieczorem do Misicy smsa „wyjeżdżam na weekend, może chcesz odwiedzić kota?„. Oczywiście odpisała, że przyjedzie go zabrać, co wcale mnie nie ucieszyło, ale jej kot, jej decyzja. Zabrała. Mało się nie popłakałam, nikt mi już nie przyjdzie lizać łydki nad ranem, i nie mam teraz o czym pisać notek…

A Poznań wynikł dość nieoczekiwanie, chociaż takie plany były robione wcześniej, ale do czwartku byłam przekonana, że nie będę się czuła dostatecznie dobrze, żeby pojechać. Pojechałam jednak. Nie zgubiłam drogi, chyba naprawdę coś ze mną nie tak. Wylądowałyśmy (jechałam bowiem z rezydującą u mnie ostatnio koleżanką) najpierw w podpoznańskim miasteczku, gdzie działo się dużo ciekawych rzeczy i gdzie spotkali nas miejscowi znajomi, a potem zabrali na spacer po urokliwych okolicach i nad jezioro i do lasu. Uroczy dzień. Późno wieczorem wylądowałyśmy w Poznaniu u N., mojego starego znajomego, z którym rzeczona koleżanka usiłowała sobie przez ostatnie parę miesięcy ułożyć sobie życie nie bacząc na różnicę wieku, bagatela – 30 lat. Usiłowania właśnie w tej chwili kończą się fiaskiem, zdaje się. Mimo wszystko fajnie było go znów zobaczyć. Pogaduchy do późna przy piwie o smaku banana bread, rano wczesna pobudka, bo zażądałam prezentacji Poznania, gdzie jeszcze nigdy nie byłam. Poranna Malta podbiła moje serce błyskawicznie. Mają tam gdzie jeździć na rolkach… I woda i kajaki i sztuczny stok narciarski. Stary Browar ma więcej charakteru niż podobne galerie handlowe w zaprzyjaźnionych miastach, nawet jeśli nadęta informacja o powstaniu tegoż w obecnym charakterze podpisana jest „Grażyna Kulczyk, pani na Starym Browarze”, doprawdy trudno byłoby wymyślić bardziej kabotyński tekst. Tak, zazdrość przeze mnie przemawia: nie będę miała nigdy bogatego męża i i posiadłości na miarę Starego Browaru na własność. A poważnie miejsce jest fajne i klimatyczne. W Poznaniu mają również ulicę nazywającą się Półwiejska, co było przedmiotem mojej nieustannej radości przez całą niedzielę. Mają też koziołki wyskakujące z Ratusza (paskudny, bardzo przepraszam, ale taka jest prawda) i trykające się rogami o godzinie dwunastej. Kicz niesłychany, ale te tłumy turystów zadzierających głowy to jest coś. Mają też Rynek prawie tak ładny jak wrocławski. I tanią księgarnię; tak, wyniosłam z niej 3 tomy, ale to tylko dlatego, że mnie poganiali, byłoby więcej. I jeszcze Palmiarnia, w której prawie ugrzęzłam i nie chciałam wyjść mimo braku mimozy. Mają tam papugi, które strasznie się drą i mówią „dobrrre”. Oraz ryby. Oraz drzewo kiełbasiane. I obwodnicę też mają fajną, a my nie mamy żadnej. Droga między Wrocławiem a Poznaniem nadaje się genialnie do trenowania wyprzedzania, bo są wprawdzie tylko dwa pasy, ale jest bardzo szerokie pobocze i większość ludzi uprzejmie zjeżdża umożliwiając wyprzedzanie na trzeciego. Za pierwszym razem adrenalina mi podskoczyła straszliwie, ale za piątym robiłam to już, jakbym wyprzedzała od urodzenia. W samotnej drodze powrotnej co prawda przymierzałam się do wyprzedzenia ciężarówki tak długo, że w końcu wpakowałam się pod koła panu, który w międzyczasie zaczął wyprzedzać mnie, ja zaś nie popatrzyłam w lewe lusterko, ale szczęśliwie skończyło się tylko klaksonem i skokiem adrenaliny. 2 godziny 15 minut od włączenia silnika w Poznaniu do granic Wrocławia, 5.5 l/100 km, całkiem nieźle. A poza tym poznaniacy są strasznie fajni, i odebrałam już dwa telefony z pytaniem, czy dojechałam bezpiecznie do domu. Wzruszyłam się, zwyczajnie.