Even bounded in a nutshell I count myself queen of infinite space

Zamiast odespać ggadam do popółnocy z kumplem, któremu nagle zbiera się na szczerość. A nie jest osobą, której przychodzi to łatwo. Prawdę mówiąc cały czas podejrzewam megawkręt, ponieważ on z tych ludzi jest – maska na masce podszyta maską, i jeśli gdzieś tam w głębi jest prawdziwy człowiek, to tak głęboko schowany, że chyba on sam już tego nie wie. Przynajmniej tak sądzę od dawna, ale w trakcie rozmowy wychodzi na jaw, że on ma tego świadomość, i tylko z niepokojem pyta, czy to bardzo widać.
– Ja to widzę – powiadam – ale większość ludzi nie, bo są zbyt zajęci sobą, żeby się przyglądać wnikliwie innym.
(Taka jest moja filozofia i nie wyprowadzajcie mnie z błędu, jeśli w nim tkwię). Jego nagła otwartość jest zaskakująca. Czuję się obdarzona zaufaniem, na jakie niemal nie zasługuję. To, o czym przez poprzedni rok napomykał ledwie, i to w stanie intensywnego upojenia, teraz nagle wychodzi na światło monitora. Jakbym miała do czynienia z kruchą roślinką, która po miesiącach starań nagle wypuściła jeden listek. Boję się, że to zepsuję jakimś głupim słowem, a o to nietrudno, bo na co dzień wymieniamy ostre złośliwości jak inni oddychają. Ciekawe, czy potrafię mu pomóc. Czy samo umożliwienie mu wygadania się jest pomocą. Jakąkolwiek.

Więc potem śnię. Idziemy brzegiem rzeki, a ja mówię M, z niepohamowaną radością, że teraz ma dwie córki z doktoratem (o ile moja siostra miałaby jakieś szanse w tej materii, to ja z pewnością nie – i nigdy nie chciałam). Budzę się z Jej uśmiechem przed oczami. Nie potrzebuję tłumacza snów tym razem.

Jak weekend spędzałam

Za stara przecież jestem, żeby jechać do Krakowa na jedną imprezę – marudziło mi się przed wyjazdem, ale wrzuciłam torbę do bagażnika i w drogę. Zaczęło się od tego, że w okolicach Bielan Wrocławskich, kiedy sobie uświadomiłam, że oni znowu zmienili objazd na autostradę do Katowic, jakiś pan z innego samochodu zaczepił mnie wołając z paniką w głosie
– A na Katowice to którędy?!
– Też nie wiem, właśnie szukam! – odkrzyknęłam z należytym przejęciem. I stwierdziłam, że tir przede mną ma rejestrację śląską, pojechałam więc za nim. Słusznie, jak się okazało.

Na Górnym Śląsku jak zwykle zatrzymałam się na stacji benzynowej i z trzepotem rzęs zapytałam pracownika
– Czy ja już zgubiłam tę autostradę do Krakowa, czy jeszcze mam szansę ją znaleźć?
– Jeszcze pani na nią trafi, tylko jak teraz na prawo będzie drogowskaz na Kraków, to niech pani nie jedzie tam, tylko prosto, i potem na Bielsko – udzielił mi wyczerpujących wyjaśnień. Jakoż i wskazówki były trafne co do joty.

Potem już był Kraków. Nowa Huta wcale nie wygląda tak, jak ją sobie wyobrażałam; jest zielono i spokojnie. Pewnie to złudzenie. Nocna włóczęga po pubach i klubach. Upijam się pierwszym drinkiem na amen, przewidywałam to, po tej kuracji rozmaitą chemią, jaką ostatnio przechodziłam. Trzeźwieję równie błyskawicznie, i tak już będzie tej nocy. Jak dzieci wybiegamy z knajpy nie płacąc, czuję się jakbym znowu miała naście lat. Ciepła noc, koniec lata, przedziwne klimaty krakowskie, coraz dziwniejsze miejsca, coraz dziwniejsi ludzie – czy mnie naprawdę się wydawało, że Kopenhaga jest barwna? A na grób Miłosza nie chcieli nas zabrać.

W niedzielę ląduję w Katowicach, moje ukochane ślązaczki tym razem zapewniają mi zwiedzanie okolic, pokazują familoki i dolinę trzech stawów. Niemal trudno uwierzyć, że to Śląsk – gdyby nie te kopalnie na każdym kroku. Planuję wyjechać w miarę wcześnie, bo dopada mnie zmęczenie po zarwanej nocy, ale oczywiście gadu gadu, i robi się 18:30. Jadę prosto w zniżające się słońce, oślepia – jakbym jechała po płynnym złocie. Cieszę się z chmur, ale niezbyt długo. Koło 20 jestem już pod Wrocławiem, i zaczyna się burza. Przez parę chwil naiwnie myślę, że jest tak pięknie, błyskawice spinają niebo z ziemią, gdzieś na horyzoncie czerwony rąbek zachodzącego słońca. Potem zaczyna się koszmar. Potoki wody zalewają mój samochód, który nagle traci przyczepność. Zwalniam chyba do 60. Wycieraczki na maksymalnej prędkości nic nie dają, widoczność jest zerowa, w dodatku nie świecą się żadne latarnie. Jadę pilnując lewej krawędzi pasa (prawej nie widzę); kiedy zaparowują mi szyby i przestaję widzieć światła samochodu przede mną, zwalniam do 20. Pioruny walą wokół mnie, niebo co chwila się rozświetla, wrażenie jest takie, jakby ktoś robił zdjęcia z fleszem tuż przy moim nosie. Ciemność potem jest jeszcze bardziej nieprzenikniona. Samochody zjeżdżają na pobocze, stają na awaryjnych; zostawiam to sobie jako wyjście ostateczne, z którego w końcu nie korzystam. Docieram do Wrocławia, już tylko leje. Po wejściu do domu zastanawiam się czy się rozpłakać w ramach stresu i zmęczenia, ale bols sam rzuca mi się w objęcia (nie pijcie bolsa z gwinta, ma takie ustrojstwo, które to utrudnia). Pod wpływem bolsa patrzę na telefon, z myślą, do kogo by tu zadzwonić, żeby się pożalić, ale sam dzwoni. Krakowski pyta jak dojechałam, nie szczędzę mu więc szczegółów moich przeżyć i potem mogę już iść spać spokojnie jak niemowlę… gdyby oczywiście ktoś poił niemowlęta bolsem.

Fajne jest to, że po takim weekendzie idzie się do pracy, jakby się w niej miesiąc nie było.

Tak w skrócie

Przemeblowanie linków spowodowane zostało nagłą namiętnością do Sharp Readera. Bardzo wygodne ustrojstwo. Kryteria rozdziału na czytanych normalnie i czytanych przez RSS są bardzo niejasne, jak to w moim życiu bywa. Mają coś wspólnego z częstotliwością dodawania notek.

Jadę dziś do Krakowa. Na imprezę. A poza tym kocham Misicę, ponieważ zasugerowała mi (nie napisałam kazała, wyrabiam się dyplomatycznie, nieprawdaż) przeczytanie „Żyć w rodzinie i przetrwać” Skynnera i Cleese’a (tego Cleese’a od Monty Pythona), co właśnie czytam, i jest bardzo, bardzo dobre. Zazwyczaj słabo trawię pop-psychologię, ale to nie jest pop-psychologia. A nawet jak jest, to czyta się świetnie.

A poza tym byłam w lesie na rowerze, i jest już jesień. I ściemnia się o 20. Nie jestem przekonana, czy dojrzałam już do jesieni.

Jak wozić koty samochodem

Koty dwa, pojemnik jeden. Wymyśliłam, że jednego wsadzę do klatki, a drugą, przyzwyczajoną do szelek, przewiozę luzem, zachęcona przykładem Misicy, która swojego nawet bez szelek wkłada na tylną szybę i jest dobrze. Świetnie. Zadzwoniłam do właściciela, że się pakuję i będę za pół godziny, wpakowałam kuwety do bagażnika. So far so good. Wzięłam kocura i zbliżyłam się do pojemnika na koty. Kocur zwiał i schował się pod łóżko. Mogłam to przewidzieć, stwierdziłam melancholijnie, i jako osoba łącząca wyrafinowany spryt z niezwykłym zmysłem praktycznym najpierw przygotowałam pojemnik w drugim pokoju stawiając go otworem do góry, a potem zamiast wyciągać kota spod łóżka zaczęłam się na łóżku bawić z kotką. Po pięciu minut sam wylazł, żeby sprawdzić co robimy. Złapałam go znienacka chwytem pewnym, pognałam do drugiego pokoju zamykając jednocześnie drzwi od tego z łóżkiem, i spróbowałam umieścić kota w pojemniku. Kotu wyrosło 12 dodatkowych łap, uzbrojonych w pazury, którymi jednocześnie wymachiwał i się zapierał. Podtrzymywałam pojemnik kolanem, trzymałam kota jedną ręką za tylne łapy, pakowałam je do środka, po czym jakimś cudem cały kot znalazł się wewnątrz. Nie wiem, kto z nas dwojga był bardziej zdenerwowany, wiem natomiast, kto był bardziej podrapany.

Wyniosłam pojemnik do samochodu, umocowałam pasami na tylnym siedzeniu i wróciłam biegiem do domu. Kotka na szczęście uważała, że jej te wydarzenia nie dotyczą. Zmieniła zdanie, gdy zbliżyłam się do niej z szeleczkami. Szczęśliwie zakładanie kotu szelek jest łatwiejsze, niż pakowanie go do klatki, po chwili więc się udało. Spocona i ledwie żywa poszłam włożyć buty, po czym spróbowałam odnaleźć oszelkowanego kota, by go wynieść. Kota oczywiście nigdzie nie było. W desperacji zaczęłam wyciągać szufladę spod łóżka, cały czas pamiętając, że drugi kot jest sam w zamkniętym samochodzie. Kot chyba stwierdził, że jak wyciągnę szufladę, to go dostanę (nie wiedział biedaczek, że jej wyciągnięcie jest niemożliwe) i sam wyszedł. Z kotem na rękach pognałam w dół do samochodu i upchnęłam kota na tylnym siedzeniu.

Kocinka nie miała zamiaru tam pozostać. Zaczęła zwiedzać wnętrze, miaucząc przy tym rozpaczliwie. Ja tymczasem powoli ruszyłam modląc się na głos do wszystkich bóstw „proszę proszę proszę, naprawdę chciałabym przeżyć najbliższe 20 minut„. Już przy wyjeździe z mojej ulicy kot stwierdził, że wejdzie mi na kolana. Zatrzymałam się i wyrzuciłam kota na tył. Dalsza droga przebiegała w miarę spokojnie, to znaczy kot miauczał rozpaczliwie i przemieszczał się między tylnym siedzeniem i przednim. Ze dwa razy na światłach wyrzucałam ją do tyłu, ale wracała. Próby wejścia mi na kolana udaremniałam, jednocześnie starając się w nikogo nie wjechać. Na szczęście dopiero przy skręcie w docelową ulicę kocinka postanowiła ułożyć się na przedniej szybie, zasłaniając mi tym samym sporą część widoczności. Jakoś jednak dojechałam. Nie muszę chyba dodawać, że byłam u celu jakieś półtorej godziny po początkowym telefonie, zamiast zapowiadanej pół?

Is that because I’m blonde? [okrutne :> ]

Mommy, mommy, in class today we did ABC but I said „ABCDEF.” Is that because I am blonde?
Yes, dear that’s because you’re blonde.
Mommy, mommy, we counted one, two, three, but I counted one, two, three, four five, six. Is that because I’m blonde?
Yes, dear, it’s because you are blonde.
Mommy, mommy, everyone else in the class doesn’t even need a bra, but I wear a „C” cup. Is that because I’m blonde?
No, dear. It’s because you’re 22.

Science fiction w życiu codziennym

Dział Eureka w Polityce poinformował o pierwszej udanej próbie użycia żagla słonecznego. Jest takie opowiadanie sf „Wiatr od słońca”, nie pamiętam czyje, dawno czytałam, ale nigdy nie sądziłam, że to może pewnego dnia być rzeczywistość. A Philips skonstruował pierwszy monitor 3D, i to nie prototyp – wypuszczają go na rynek, z ceną, bagatela, 1500 $. Nawet biorąc poprawkę na głupoty, jakie tam im się zdarza wypisywać, to chyba tego tak całkiem nie zmyślili. Jeszcze trochę i zacznę wierzyć, że przed śmiercią uda mi się postawić stopę na innym globie.

Czytałam w Polityce jeszcze coś ciekawego, ale potem chlasnęli mnie po oczach słowem „zażądać” przez „RZ”, odrzuciłam więc od siebie gazetę z niesmakiem i nie zamierzam po nią więcej sięgać. Tak wiem, jestem upierdliwa.