A teraz się przyznam

o czym dziś myślę cały dzień w pracy. W pracy otóż cały dzień myślę… ja to mam napisać? Tak czarno na białym? To się przecież nie da. No dobra, będę odważna, przełamię wstyd. W pracy cały dzień myślę, znaczy nie tyle myślę, co mam je przed oczami; otóż przed oczami duszy mojej mam ciastka, które wczoraj kupiłam i zjadłam prawie całe opakowanie od razu. Nabyłam je w sklepie Lidl, gdzie moja noga miała nie postać, ale w wyniku splotu okoliczności moje obie nogi nie tylko postały, ale nawet się tamtędy przeszły, a moje ręce nabyły ciastka, które w dodatku mają na opakowaniu napis Tennessee i coś o real american style, ja nigdy nie należałam do wielbicieli żadnego american style, więc doprawdy nie wiem co mnie podkusiło, żeby je kupić, ale było to najlepsze ulegnięcie pokusie w moim życiu. Są to kruche ciasteczka (przerwa na wycieranie ślinotoku) z kawałkami czekolady (przerwa na wycieranie ze śliny klawiatury) i one trochę przypominają pieguski z czekoladą, tylko są około 713-728 razy lepsze (z powodu nieodwracalnego zaślinienia klawiatury, monitora, biurka i wykładziny podłogowej ta notka musi się tu natychmiast skończyć, a jak tylko stąd wyjdę, to pojadę specjalnie do Lidla i wykupię im cały zapas, jeśli oczywiście nie utonę wcześniej w ślinie).

Moi podróżnicy

Dostałam smsa z sieci. Dolecieli. Nie zadzwonili, bo nie mogli znaleźć poczty. Kamień z serca, bo prawie szukałam już telefonów do MSZ, żeby zgłosić zaginięcie. „Góry słabo widoczne”, jak raportuje moja siostra.

Zadumanie nad nekrologami

Szerzej otworzyłam oczy, widząc w Polityce rzadko spotykane połączenie nazwisk: Czubaj i Pietkiewicz. W dodatku o nekrologach z punktu widzenia literackiego. To będzie ciekawe, wymruczałam do siebie zabierając się zachłannie do czytania. Jest. Czubaj nie od dziś z pasją tropi grafomanię, a niespodziewanie okazało się, że tu jest świetne i nietypowe pole do popisu. Mimo wymaganej przez gatunek zwięzłości. Konkludują, że proces oswajania śmierci jest w stadium rozkwitu, ale nie kończą myśli „można powiedzieć, że śmierć jest taka jak życie”. Rozmyślam dalej, że jeśli to ostateczność i nieuchronność śmierci nadaje życiu sens, to odebranie jej tych atrybutów (co autorzy nekrologów chętnie czynią) odbiera również ten sens. Jest przecież i druga strona medalu: moje zrozumienie i współczucie dla ludzi, którzy jakoś usiłują sobie poradzić z nieodwracalną, dotkliwą stratą, stojąc w obliczu wielkiego i niepojmowalnego. Inaczej ich nie nauczono, bo w takiej kulturze żyjemy i umieramy.

Wieczorne pożegnania

Wróciwszy do domu nieprzyzwoicie wcześnie zasiadam przed kompem, wzdychając dramatycznie i ciężko. Na nogach skarpetki prześliczne zielone w paseczki (mam w mieszkaniu 19,5º bez włączonego ogrzewania, co nie przeszkadza, żeby po godzinie siedzenia stopy lodowaciały), przy monitorze kubek z gorącą herbatą, i jedziemy. Ależ jestem dzielna. Wstaję stamtąd o północy, zrobiwszy jedną przerwę na telefoniczne pożegnania kobiety mego życia i jej małżonka, którzy właśnie wylatują tak daleko, że równie dobrze mógłby to być Mars, ale im na razie Mons Olympus niepotrzebna, wystarczą Himalaje. Zachowuję się jak typowa zrzędliwa starsza siostra, to znaczy pytam trzydzieści siedem razy co mam robić, jeśli stamtąd nie wrócą, sto dwadzieścia trzy razy proszę, żeby na siebie uważali, każdemu z osobna mówię, że ma pilnować tego drugiego, i w ogóle kwalifikuję się już tylko do odstrzału. Kiedy w końcu odbieram solenne przyrzeczenia, że na pewno wrócą cało i zdrowo, mogę się już zacząć cieszyć. Dumna z niej jestem, bo ma odwagę i zapał, by realizować swoje marzenia. O tak niewielu ludziach to można powiedzieć. A teraz bardzo proszę, żeby następne trzy tygodnie zleciały migiem, a ja się zakopię w pracy po koniuszki uszu, by im dopomóc.

Bo przyjaźń nie polega na mówieniu całej prawdy

Mówię „to fajny facet” (bo to fajny facet) zamiast powiedzieć zgodnie z intuicyjną prawdą „będziesz przez niego płakać”, bo przecież nie o to pyta. Niepotrzebnie szukam usprawiedliwień dla siebie – bo na tym etapie ta prawda jej niepotrzebna; bo zawsze istnieje ta jedna na milion szansa, że się mylę; bo nawet gdyby wiedziała na pewno, że to się źle skończy, to i tak by za nim poszła. Ja w jej sytuacji też.

Imprezy w poniedziałki powinny być zabronione

Bardzo lubię mojego kumpla, który się wczoraj obronił, ale czemu musiał to zrobić akurat w poniedziałek? Chyba jestem niewyspana i głowa mnie boli. Poza tym byłam wczoraj w drugiej pracy, zaczynają mnie gonić złe i warczące terminy, jak zwykle jesienią spróbuję się zapracować na śmierć. Między drugą pracą a imprezą zdążyłam jeszcze zrobić zakupy – najpierw dla siebie, po czym wyszłam ze sklepu i zadzwoniłam do przyjaciółki mej; od słowa do słowa okazało się, że dla niej też mam zrobić zakupy, ponieważ nie ma nic w domu, wróciłam więc do sklepu. Kasjerka radośnie rzuciła na widok mego nowego zaopatrzenia, mając mnie niechybnie za dotkniętą bardzo ciężkim przypadkiem roztargnienia graniczącego ze sklerozą
– O, widzę, że pani dokupiła jeszcze co nieco.

Radio poranne oznajmiło ponuro, że we wrocławskim budżecie na przyszły rok nie są przewidziane żadne fundusze na inwestycje drogowe. Żadne. Następnie dobiło informacją, że wrocławskie szpitale są najgorsze w Polsce. To ja się już grzecznie przeprowadzę do Łodzi, dobrze?

Łódź nie pływa, ale fajna jest

Nie spodziewałam się niczego po weekendowym wyjeździe, tymczasem miasto Uć zachwyciło me oczy architektonicznie. Nie wiem naprawdę, dlaczego całe życie byłam święcie przekonana, że tam jest paskudnie. Jest, wprost przeciwnie, ślicznie. Objeżdżałam centrum z prędkością 20 km/h (i nikt ani razu nie zatrąbił), co chwila wydając okrzyki podziwu, aż rodowici mieszkańcy czuli się jednocześnie dumni i nieco zakłopotani. Te kamienice i pałac Poznańskiego, a do tego niezliczone parki, a pogoda była złoto cudna. Zażądałam na wstępie ulicy Piotrkowskiej oraz pomnika Tuwima, jakoż i było mi dane poklepać po nosie jednego z najpiękniej piszących po polsku poetów dwudziestowiecznych (jeden z moich polonistów uparcie twierdził, że w wieku dwudziestym najpiękniejszą polszczyzną pisali Tuwim, Leśmian i Schulz. Od czasu do czasu usiłuję obalić tę tezę z powodu osobistej niechęci do Leśmiana, niestety jeszcze mi się nie udało, może więc słuszna jest). Pasaż na Piotrkowskiej równie piękny, nieco zeszpecony zdarzającymi się gdzieniegdzie domostwami z lat 50 ubiegłego wieku (ja rozumiem, był socjalizm, ale czy on spowodował zanik oczu u architektów?), ale miejscowi twierdzili, że za parę lat i tamte fasady zostaną przebudowane. Może im się uda, zanim zostaną uznane za zabytek. Do tego wieczorne wyścigi rikszarzy, pokazane nam mieszkanie w kamienicy przy Piotrkowskiej – 170 metrów, wysokość odpowiednia; i najlepsze pierogi na świecie (a do tej pory sądziłam, że zakopiańskiego Czarnego Stawu z jego festiwalem pierogów nic nie strąci z piedestału). Warto było poprzedzierać się przez objazdy i pomęczyć z wyjazdem z Łodzi (gdybym zrobiła z atlasem coś oprócz włożenia go do samochodu, z pewnością szybciej bym się domyśliła, że aby dojechać do Piotrkowa, trzeba jechać na Katowice). Aha, a endemiczna moda łodzianek wymaga zakładania na wieczorne przechadzki botków do pół łydki w kolorach odblaskowych, najlepiej różowym lub pomarańczowym.