Wieczór jak każdy inny

Wracam z kina do domu i siadam do kompa. W sobotę impreza przyjaciółki, pomagam jej w organizacji. Robię zrzutkę na prezenty, gadam z siedmioma osobami naraz, wszyscy zadają setki pytań, nikt się nie deklaruje czy się zrzuci, a ja w trakcie wykonuję dwie prace i usiłuję dowiedzieć się o ceny planowanych prezentów. Duenia w mojej głowie w kółko pyta dlaczego ty akurat masz to robić?, ja w kółko odpowiadam bo ktoś musi, a ja mogę. Poczta na osiedlowym serwerze oczywiście znowu nie działa. W trakcie pocieszam przyjaciółkę umierającą ze zdenerwowania przed planowanym przyjazdem ukochanego, i zrozum tu kobietę. Nie pocieszam właściwie, bo to przecież niewykonalne, wyłącznie rozśmieszam. O 23:15 dzwoni stacjonarny, bo komórka wyłączona, lezę odebrać klnąc pod nosem kto u licha przestawił mi ustawienia telefonu, o tej porze przecież nie powinien już dzwonić! Oczywiście zleceniodawca, słodko pytający „nie obudziłem?” i jednym tchem ciągnący „trzeba zrobić to, to, to, owamto i siamto”. Przed pierwszą nie pójdę spać, a zaczynam mieć już dreszcze ze zmęczenia.

Popatrzyłam na nią

Odbyłam wczoraj niewielką podróż w przeszłość, a to za sprawą udania się do kina, które nie jest multipleksem. W Warszawie pewnie już takich przybytków się nie uświadczy, ale u nas jeszcze są, choć z początku nie było to dla mnie oczywiste, gdy bowiem przejechałam pierwszy raz, wiedząc, że powinnam mieć kino po lewej stronie, nie było go tam. Zawróciłam i jechałam bardzo powoli wypatrując kina dla odmiany po prawej stronie, i tym razem się ukazało – niepozorne wejście oświetlone jedną nędzną świetlówką. Gdybym nie wiedziała, że to kino powinno być w tym miejscu, z pewnością bym je przeoczyła. Weszłam i nieśmiało zbliżyłam się do kasy, gdzie zaraz nadbiegła pani informując mnie, że jestem pierwsza, i wtedy przyszło mi do głowy, że seans może się nie odbyć. Zainkasowała jednak ode mnie zdumiewająco dużą kwotę (gdybym dołożyła niewiele ponad cenę gazety codziennej, miałabym bilet do kina, które jest multipleksem; aczkolwiek pożytek z tego byłby niewielki, skoro w takim kinie nie grali interesującego mnie dzieła), a wkrótce nadeszło jeszcze paru widzów in spe, i po schodach przykrytych czymś, co wiele lat temu zapewne było chodnikiem, udaliśmy się na piętro, gdzie moim oczom objawiła się zaskakująco duża sala z równie zaskakująco małym ekranem, umieszczonym dziwacznie wysoko. Sala robiła wrażenie wyszarzałej i opustoszałej, było nas bowiem w sumie z dziesięć osób, i było tam straszliwie zimno. Sądziłam, że przynajmniej nie zaserwują mi porcji reklam, kapitalizm jednak dotarł i tam – musieliśmy przyswoić swoją dawkę, miłosiernie jednak wyświetloną w pomniejszeniu.
Film znakomity, jeśli ktoś lubi filmy o życiu codziennym, współczesnym, o tu i teraz, relacjach międzyludzkich, gdzie pozornie nic się nie dzieje i w dodatku gadają po francusku. Po „Gustach i guścikach” wiedziałam, że na Agnès Jaoui pójdę w ciemno, nawet gdyby mi nie pokazali przy jakiejś okazji trailera „Popatrz na mnie”, ale skoro pokazali, wybranie się do niemultipleksu stało się imperatywem kategorycznym. Bohaterka jest tłustą dwudziestolatką, obdarzoną pięknym głosem i ojcem pisarzem, ucieleśnieniem egocentryzmu. Być może Jaoui w niektórych momentach za bardzo przesadziła w podkreślaniu niesympatycznych stron charakteru ojca. Być może niekiedy zbyt usilnie kokietuje widza, przerysowując niektóre zachowania. Ale udało jej się pokazać sytuacje codzienne i relacje międzyludzkie jednocześnie z kilku punktów widzenia, co jest rzadkością. Widzimy Lolitę i wiemy co czuje, ale nie mamy też wątpliwości, jak postrzegają ją inni. Prawda jest pośrodku, przy czym Jaoui wcale nie narzuca swojej prawdy, ona tylko pokazuje kawałek życia. Tylko. Rewelacyjnie zagrane, a przy okazji zabawne, w specyficzny sposób.

Przegląd prasowy

Zastrzelił mnie w ostatniej Polityce raport o przeszczepach w Polsce, a właściwie nie sam raport, tylko wypowiedź profesora –profesora! – Wałaszewskiego, kierującego Poltransplantem. Stwierdza on mianowicie, że z przyczyn etycznych (sic!) nie pobierają narządów, jeśli rodzina zmarłego się na to nie zgadza. Panie profesorze, łaskawie proszę mi palcem pokazać, gdzie w przysiędze Hipokratesa jest napisane „będziesz się kierował opinią obcych ludzi, którzy zdecydują, czy ewentualnie możesz ratować życie pacjenta”. Ja takiej „etyki” zwyczajnie nie rozumiem, nie chcę rozumieć i odmawiam przyjęcia do wiadomości.

Za to grudniowy numer Nowej Fantastyki w końcu przynosi jakieś dobre opowiadania. Znakomite „Obrazki z wyprawy”, o pierwszej wyprawie na Marsa. Bardzo bliska przyszłość, przedstawiona z intuicją, jaka rzadko się zdarza. Orbitowski, do którego mam słabość: polski horror współczesny, niezła jakość. I na okrasę kawałek rozmowy Beresia z Sapkowskim, niech nawet będzie, że to bufon, ale jaka erudycja i inteligencja.

Jeśli o fantastyczne dziedziny chodzi, to widziałam „Iniemamocnych”. Nie ma tej urody co Shrek, ale zabawny punkt wyjścia i niegłupia fabułka. Włosy animowane tak, że wyglądają lepiej niż prawdziwe – Pixar przełamał kolejną barierę.

Ach, co to był za bal

Prawyprosty bardzo ładnie opisał parę dni temu, dlaczego singiel na imprezie ma fajnie. Niestety, jak większość fajnych rzeczy na tym łez i imprez padole, jego konkluzja stosuje się wyłącznie do osobników płci męskiej. Osobniki innej płci mają zdecydowanie gorzej, o czym pisałam ja rok temu. Na tegoroczną firmową imprezę andrzejkową zaopatrzyłam się więc przezornie w towarzystwo. Płci słusznej, wzrostu jeszcze słuszniejszego, prezencji doskonałej, o wdzięku wrodzonym i manierach nienagannych, a dodatkowo zapalony i niezły tancerz. Jakby tego było mało, wraz ze swą osobą służył mi również transportem. Powiem Wam jedno, szanowne czytelniczki – po wczorajszym wieczorze dokładnie wiem, dlaczego niektóre starsze panie płaciły (i płacą nadal, zapewne) za towarzystwo żigolaków. Nawet gdybym miała słono zapłacić, warto by było – za bycie przez te parę godzin obiektem męskiej atencji, oraz oczywiście za ciekawskie spojrzenia koleżanek. A w parze się wytańczyłam jak chyba nigdy w życiu, choć oczywiście uprawialiśmy i tańce w grupach, ze względu na koleżanki obdarzone mężami o dwóch lewych nogach i słuchu stopnia pierwszego. Imprezę prowadził didżej z pewnego wrocławskiego radia, i robił to doskonale. Wiedział, co grać i nie gadał za dużo. Jedzenie niezłe i nienachalnie serwowane. Całość w klimatycznych wnętrzach – bodaj najbardziej wyrafinowanych, jakie można w mym przeuroczym mieście znaleźć, w samym sercu Rynku. Dorzućmy jeszcze do tego drink bar, gdzie moje wprawne oko natychmiast zauważyło butelkę z kuszącą, charakterystycznie zieloną zawartością. W tym momencie w niepamięć poszły wszystkie moje postanowienia, że napiję się najwyżej trochę wina, i natychmiast zażądałam drinka z absyntem. Kolega z koleżanką poszli w me ślady, barman zmieszał od razu trzy drinki, każdy w innym zaskakującym kolorze. Z wielką obawą patrzyłam, jak pozornie bez zastanowienia leje do szklanek, co mu wpadnie w ręce, i z jeszcze większą obawą skosztowałam następnie efektu. Obawy okazały się nie na miejscu, drink był pycha. Kolejne, za każdym razem inne, również. Uprzedzę pytania – za dużo tańczyłam, żeby się upić. Tak, dziś zdecydowanie możecie mi zazdrościć.

Czuję się tak jak wyglądam, wyglądam…

…zabrakło mi adekwatnego porównania, bo nawet kot ze śmietnika by nie przywlókł czegoś takiego jak ja w obecnym stanie. Gdyby wczoraj odbył się Armageddon, mogłabym go przeoczyć. W pracy urywał mi się telefon i bezustannie ktoś coś ode mnie chciał, ja zaś w trakcie spełniania tych życzeń robiłam za mediatora, usiłując uratować świeżą miłość mojej przyjaciółki, zagrożoną gwałtownym krachem z powodu drobnego nieporozumienia. Porozmawiałam z obiektem tejże miłości, i kiedy jego wyjaśnienia mnie przekonały, porozmawiałam z drugą stroną, ryzykując zjedzenie i rozszarpanie pazurami; ale w końcu wszystko się udało. Jakbyście kiedyś potrzebowali negocjatora, aby zakończyć jakiś konflikt na skalę światową, to wiecie gdzie się zgłaszać. Przed pracą i po pracy odstałam swoje na dwóch pocztach (ponieważ do obsługi ds nie wystarcza jedna poczta, o nie – koniecznie muszą być dwie, jedna od paczek, druga od poleconych). Między pracą i pocztą a aerobikiem musiałam jeszcze koniecznie zahaczyć o bankomat, pod nim zaś stała Misica i wyraźnie na mnie czekała, chociaż patrzyła na mnie wzrokiem niemal morderczym. Zaraz wyjaśniła, że mnie nie poznała i była zła, że jakaś obca baba się na nią gapi (tego mi było właśnie trzeba, by mnie utwierdzić w przekonaniu, że ostatnio się gwałtownie zestarzałam). Potowarzyszyłam Misicy chwilę, po czym pognałam na aerobik, gdzie wycisnęli ze mnie siódme poty. A może piętnaste. Następnie pognałam do domu, gdzie miał mnie zaszczycić agent PZU i zabrać mi gruby plik banknotów w zamian za nader mglistą obietnicę niewielkiej rekompensaty finansowej w razie gdyby coś się przytrafiło Józefinie. Zanim agent zdążył dotrzeć, ja zdążyłam odebrać smsa od mego zleceniodawcy, którego sens brzmiał mniej więcej tak: „wyślij mi natychmiast to, co mi ostatnio wysłałaś, bo nie doszło”. Zdążyłam odpalić komputer, znaleźć i wysłać potrzebne pliki, załatwić sprawy z agentem, a następnie zażądać od niego, by mnie podrzucił na miasto, w planach bowiem miałam jeszcze tylko małą imprezkę z okazji przybycia do miasta koleżanki rezydującej na stałe w odległych częściach Europy. Imprezka udana nadzwyczaj; o 2:30 postanowiłam się zwinąć do domu i jednak przespać przed kolejnym dniem pracy. Doprawdy ogrom wykazanej silnej woli budzi mój podziw. Dziś rano na przebudzenie powiedziałam sobie „kobieto, jeśli zamierzasz w ten sposób sobie udowadniać, że masz nadal 18 lat, to ci się z całą pewnością nie uda”. Ale bywało gorzej, nieprawdaż.

No dobra, jeśli wczoraj był Armageddon, to powiedzcie mi o tym, bo sami rozumiecie – mogłam nie zauważyć, prawda?

Pięć lat minęło

Nic by się nie zmieniło, gdyby żyła. Ten sam księżyc, to samo słońce, ten sam rytm gaśnięcia gwiazd. Te same błędy w życiu popełniałabym, nawet z Jej głosem od czasu do czasu w słuchawce. Tak samo milcząco wściekałabym się dziś na poczcie na babcię emerytkę pół godziny wybierającą siedemnaście kartek świątecznych. Nic by się nie zmieniło. Wszystko byłoby inne. Ból i rozpacz, żal i poczucie winy nadal byłyby jeszcze ciągle przede mną. Obcy – serdeczni i kochani, ale przecież obcy – ludzie nie mówiliby mi, co moja matka sądziłaby o moim rozwodzie. Nie miałabym nigdy wrażenia, że w żaden sposób nie przeżyję kolejnej minuty bez Jej miłości. Dwa i pół miliona takich minut już minęło.

Obserwacje zimowe

Niesłychaną chytrością wykazała się firma Avocado, handlująca bielizną damską, przysyłając mi najnowszy katalog pod koniec listopada, gdy właśnie wydałam 415 zł w Merlinie z przeznaczeniem na prezenty gwiazdkowe. Zgadnijcie, ile czasu zajęło mi dojście do jedynie słusznego wniosku, że wszyscy moi bliscy dostaną takie fajne prezenty, a ja żadnego, że zasłużyłam w takim razie na prezent, i że właściwie to potrzebuję nowego stanika, a nawet dwóch nowych staników. Podpowiem, że światłu więcej czasu zajmuje dotarcie od Słońca do Ziemi.

A dziś rano jadąc do pracy zatrzymałam się na świetle zielonym, gdyż blokował je pan wysiadający na tymże zielonym świetle z własnego pojazdu. Zanim zdążyłam coś zrozumieć z oglądanej sytuacji, samochód będący za nim, a przede mną wykonał bardzo ryzykowny manewr wymijania i śmignął, blokujący też wsiadł i pojechał, światło w tym czasie zmieniło się na czerwone, ja podjechałam pod sygnalizator dziwiąc się, co też przed chwilą oglądałam, podniosłam oczy na światło… i wszystko stało się jasne. Oślepiające nawet. Słońce świeciło prosto w oczy, całkowicie uniemożliwiając zobaczenie sygnalizacji (a to jest dość skomplikowane i relatywnie ruchliwe skrzyżowanie, którego wolałabym nie przejeżdżać na czerwonym świetle). Zrozumiałam, że osobnik przede mną w desperacji wysiadał, żeby sprawdzić kolor i zastanowiłam się, czy uczynić to samo. Wybrałam jednak metodę na leniwca, to znaczy poczekałam, aż ci za mną zaczęli trąbić. Metoda okazała się skuteczna.

Wczoraj na basenie byłam świadkiem podrywu stulecia. Na moim torze stał osobnik rekompensujący sobie całkowity brak włosów tatuażem pokrywającym większą część ramienia, które w obwodzie miało mniej więcej tyle, ile moje nieco szczuplejsze koleżanki mają w pasie. Na torze sąsiednim stała panienka wyraźnie spędzająca na solarium co najmniej tyle czasu, co dany mężczyzna na siłowni. Przepłynęli oni jedną długość basenu (to znaczy od wejścia do przeciwnego brzegu) i resztę czasu poświęcili na – zapewne pasjonującą – konwersację, stojąc przy brzegu. Usiłowałam podsłuchać, co mówią, ale woda w uszach nie pozwoliła mi na tę niedyskrecję, zaś bałam się zatrzymywać obok na dłużej.