Ej ty!

– Te, chono tu. Szybciutko. Tak, tak, do ciebie mówię, nie udawaj głupiego. Ty brodaty łysolu, podejdź no, bo musimy poważnie porozmawiać. I proszę bez takich komentarzy, że tak się nie rozmawia z bogiem. To ja trzymam twoją brodę w jednej ręce, a nożyczki w drugiej, więc lepiej się skoncentruj, Losie. Bo inaczej przystrzygę odrobinę tu i tam, i przez trzy miesiące nie będziesz się mógł innym bogom na oczy pokazać, tak? No, to do rzeczy. Nigdy nie narzekałam na ciebie, sam przyznasz. I nie zamierzam teraz zaczynać. Ale bądźmy w końcu przez chwilę szczerzy: nigdy nie zajmowałeś się mną za bardzo. Wszystko co mam, tymi rączkami sama, samiutka… nieważne, bo do rana nie skończymy, jak się rozkleję, a masz przecież obowiązki, prawda? W każdym razie nie dostałam od ciebie zbyt wielu podarunków. A jak już jakiś, to taki bardziej na zasadzie ochłapu, żeby osłodzić kopniaka, którym raczyłeś mnie obdarzyć. Skończyło się, mój drogi Losie. Skończyło się. Ten rok ma być taki, żebym za 12 miesięcy powiedziała z pełnym przekonaniem „to był najlepszy rok mojego życia”. Jasne? Daję ci wolną rękę – doceń to, kreatywny przecież jesteś bardziej niż ci wszyscy scenarzyści i pisarze, chociaż zazwyczaj się nie wysilasz. Ale mi dużo nie trzeba, przecież mnie znasz. I nie będę narzekać, że kicz wymyśliłeś, słowo. A jak się nie postarasz, to cię znowu znajdę, a zamiast nożyczek będę miała maszynkę do golenia. Tępą. Wiesz, ile czasu będzie ci ta piękna broda odrastać? Aha, i jeszcze jedno – ja nie będę zadowolona, jeśli moim bliskim, przyjaciołom i czytelnikom niniejszego przydarzą się nieszczęścia, więc uważaj. Im też ma być dobrze. A nawet bardzo dobrze. No, to mykaj, odpocznij chwilę i do roboty.

Słońca nie ma, planów nie ma

Poranek tak ponury, jakby Słońce już wyjechało na sylwestra do innej galaktyki. Właściwie wcale mu się nie dziwię. Moje plany nadal w zawieszeniu, być może jutro wyjadę, być może nie. Spływające sylwestrowe propozycje są miłe, ale wcale mnie nie kuszą, a wprost przeciwnie. Skończy się na tym, że wproszę się do mojej Sz. (jej najnowsza wielka miłość zawsze, jak twierdzi, spędza sylwestra we własnym mieszkaniu z rodzicami i najlepszym kumplem – i niech mi ktoś powie, że to ja jestem dziwna), i razem się upijemy. Wczoraj zadzwonił do mnie mój gabinet stomatologiczny z życzeniami noworocznymi, po wstępnym szoku poczułam się jak w Ameryce. Przejrzałam cztery razy strony Polityki, na których jest kalendarium mijającego roku, zanim uwierzyłam, że zapomnieli o śmierci Kałużyńskiego. Jeśli o mnie chodzi, to jest kandydat do gafy roku.

W święta dopadłam „Bidul” Maślanki, uczucia mam mieszane. To taka rzecz, której nie można skrytykować bo zaraz się rzucą „biedny chłopak, nieszczęśliwy, co on przeżył za straszne rzeczy, napisał szczerze i od serca jak umiał, a ty się czepiasz”. A ja w tę szczerość nie bardzo coś wierzę, bo wyszło mu takie z jednej strony podejrzanie wygładzone, a z drugiej wyczuwalna jest chęć epatowania czytelnika. Ewolucja ortograficzna listów do Pana Nikt też dość naiwnie wymyślona. Problem polega chyba na tym, że głównego bohatera jakoś trudno polubić. Muszę sobie „życie przed sobą” Gary’ego odświeżyć, bo u niego to jakoś zupełnie inaczej działa. Ale możliwe, to tylko kwestia mojego okrutnego wyczulenia na to takie fałszywe „ależ nic się nie stało”. Jak słyszę „nic”, w którym wyraźnie brzmi „jestem okropnie nieszczęśliwa i wszyscy jesteście winni całemu złu tego świata, a mojemu nieszczęściu w szczególności”, to natychmiast mam ochotę zabijać. Zrobiłby mi ktoś szybkie pranie mózgu?

Trochę chłodno

Przewidując, że mnie nie będzie przez ten tydzień, wyłączyłam ogrzewanie, które miało się włączyć w niedzielę. Kiedy weszłam do mieszkania, odkryłam z pewną przykrością, że mam w chałupie 16 stopni. Do pójścia spać podgrzało się do 18, ale chłód chyba nieźle wpływa na umysł (nawet mój), bo przed zaśnięciem wymyśliłam metodę rozmawiania z moją siostrą, co wlało nieco otuchy w moje serce. Będzie dobrze – bo nie ma innego wyjścia, o. W ogóle jest lepiej, bo już się tak nie stresuję jej wyczynami, jak to ongiś bywało. I jest lepiej, bo się w końcu wyspałam we własnym łóżku.

Ledwie weszłam do pracy, zadzwonił telefon od kadrowej z wrzaskiem, żebym nie przychodziła do pracy, gdy mam urlop, bo nie będą mi płacić za nadgodziny. Stosując łagodną perswazję uzyskałam namiastkę porozumienia; natomiast zachodzę w głowę, skąd wie, że jestem w pracy, bo wczoraj jej nie było. Miałam z nią porozmawiać dziś, ale nie zdążyłam. Argos przy tej kobiecie wysiada i do nory ucieka z podkulonym ogonem.

A poza tym

Święta pod znakiem zdjęć i slajdów z Nepalu oraz himalajskich opowieści. W sumie takie Tatry, tylko trochę większe, trochę wyżej, i trochę dziksze – ale przezornie nie wypowiedziałam tej opinii na głos. Jakbyście się wybierali, to dla szerpańskich dzieci należy zabrać pudełko długopisów; jest to jedyny wynalazek naszej cywilizacji, jaki je interesuje. Przecudowna herbata, prosto stamtąd, nigdy w życiu nie piłam tak dobrej herbaty. Obdarowana zostałam ręcznej roboty bransoletką ze smokiem i czterema pomarańczowymi niezidentyfikowanymi kamieniami (podobno opale) i głową boga-słonia Ganesha do powieszenia na ścianie. A pod choinką ku mojemu zdumieniu kijki teleskopowe. Ale przecież ja nie umiem z tym chodzić – pożaliłam się, na co powiedzieli, że się nauczę i wtedy docenię. Się okaże. Śniadanie pierwszego dnia świąt w wielkim domu w Piasecznie, ze sforą psów wielkich jak cielaki włażących na kolana ku naszej radości, a wśród nich jedna szara persica uważająca się niebezpodstawnie za panią tych włości. 10 minut po wyjechaniu stamtąd szwagier nas powalił stwierdzając, że coś by zjadł, gdy ja się rozpaczliwie zastanawiałam, co mam powiedzieć rodzinie, do której jechaliśmy na obiad, bo przecież ja już nic nie zjem (ale zjadłam).
Droga do Warszawy zaczęła się od tego, że pod domem Misicy jeden pan zapomniał, która ręka jest prawa, i wymusił na mnie pierwszeństwo, a potem było już tylko gorzej – śnieg z deszczem, cały czas zastanawiałam się, kiedy to zamarznie na amen (nie zamarzło, dojechałam do Wawy przed północą w temperaturze +3,5). W Lublińcu się zgubiłam i wylądowałam w Tarnowskich Górach, po drodze na pustej (szczęśliwie) ciemnej drodze na środku mojego pasa chwiał się osobnik, któremu życie uratowała jasna kurtka. Wyminęłam go w ostatniej chwili (prawdę mówiąc nie wiem, czy go rogiem samochodu nie zawadziłam, bo nie zatrzymałam się sprawdzać), wpadając oczywiście w poślizg, ale skończyło się dobrze. Wprawdzie przez następny kwadrans klarowałam Józefinie, że ja się absolutnie nie nadaję na kierowcę i ja już więcej nie będę jeździć samochodem, ale nie przyjęła tego do wiadomości. W Tarnowskich Górach mają bardzo uprzejmą obsługę na stacji BP; wyjaśnili mi szybko, zwięźle i precyzyjnie jak trafić do Siewierzy (drogowskazy bowiem w całym tym rejonie uznają tylko jeden cel, mianowicie Bytom i Katowice). W Siewierzy trafiwszy na jedynkę zaczęłam nieśmiało wierzyć, że ja jednak dojadę na Wigilię. Zwątpiłam w to dopiero w Warszawie na Grójeckiej, gdzie trzech osobników w autach na sąsiednich pasach spróbowało mnie zabić, nie skoordynowali jednak planów i uszłam z życiem. Dzisiejsza droga przy tym wszystkim niewarta nawet wzmianki.

To nie tak miało być

Ile znacie osób, które wyszarpawszy upragniony urlop poświąteczny dobrowolnie z niego następnie rezygnują i stawiają się w poniedziałek w pracy, ku zdumieniu otoczenia? W każdym razie już jest to liczba różna od zera. Spędziłam dwie świąteczne noce na próbach porozumienia się ze swoją osobistą siostrą, czarującą mądrą rozumną osobą, która zalewając się łzami informowała mnie oraz dalsze otoczenie, że to ona zabiła swoją matkę, że zabija wszystkich dookoła, że się nie nadaje do niczego, że nie jest taka, jak inni chcą żeby była, i żebyśmy wszyscy dali jej spokój. W ramach pokazów towarzyszących waliła się po głowie, na przemian na nas wrzeszcząc i histeryzując. Wiele godzin spędziłam na próbach jakiegokolwiek dotarcia do niej, o 4 nad ranem stanęło na tym (siedziała na podłodze pod choinką zawinięta w kołdrę przemoczoną od łez), że nie pójdzie do psychologa, bo nie. Szwagier w tym czasie zalewał się metodycznie do tego stopnia, że nie był w stanie mówić ani chodzić, mógł jednakże zalać się łzami i szlochając mi w rękaw pytać, co on ma właściwie zrobić. A ja głupia jestem i nie wiem, co on ma zrobić, i nie wiem też, co ja mam zrobić. Poza tym, że trzeciego świątecznego wieczoru spakowałam prezenty oraz ciuchy i dziś nad ranem wyjechałam ze stolicy, porzucając myśli o wspólnym spędzaniu Sylwestra z rodziną. Tak, jestem tchórzliwą egoistką, która ucieka od własnej rodzonej siostry, i powinien mnie grom z jasnego nieba trafić jeszcze w tym roku. Jeśli nie trafi, to spędzę Sylwestra pod kołdrą, i to akurat w tej chwili najmniej mnie martwi.