Ha. Teraz se zrobię fotobloga. W nogi kto żyw!

Najchętniej bym się nie przyznawała, ale skoro już zaczęłam, to muszę. Problem z połączeniem kompa i aparatu polegał na tym, że z kabla usb należało wyciągnąć zabezpieczenie, białe i wyglądające jak integralna część kabla… czy tym producentom się naprawdę wydaje, że ja zaczynam działalność z nowym aparatem od grzebania mu w kablu ostrym narzędziem? W każdym razie działa, a to dowód, tulipany Misicowe:

Tak, wiem że to nie jest najlepsze zdjęcie na świecie, ale jako jedno z pierwszych pięciu zrobionych tym aparatem jest historyczne i w związku z tym będzie tu figurować. No. Pojechałam na pocztę odebrać tajemniczą przesyłkę, okazało się, że to niespodziankowy prezent urodzinowy prosto ze Stanów, olbrzymie pudło czekoladek (mają ściągę i każda jest opisana w trzech językach; właśnie zjadłam taką z melasą, hmm; mogę jeszcze zjeść Solid Chocolate Messenger Boy). Ponieważ mam również nową herbatę, nowe kapcie, i zapas kawy, mogłabym już się pogrążyć w błogostanie (właściwie ja to sobie dodam do cv w ramach hobby: pogrążanie się w błogostanie), ale trochę mnie przygnębiła wiadomość od Misicy o zaginięciu kota zwanego Kociem. Nic mi nie powiedziała w sobotę, żeby mnie nie zmartwić, trochę żałuję, bo zmobilizowałabym całe towarzystwo, żebyśmy w ramach imprezy pojechali go szukać. I w ogóle smutno, mam nadzieję, że się znajdzie. Kocie, wybaczyłam ci już tego wykopanego kaktusa, wróć!
Weszłam do domu i prawie natychmiast z niego wyszłam, przekonana, że przez pomyłkę trafiłam do cudzego mieszkania. Rano zapodałam sobie do kontaktu nowy zapach Brise Electric i po powrocie nie poznałam zapachu własnej siedziby.

Urodziny miałam… ale jeszcze żyję

Nie powiem, w ilu miejscach się wczoraj oparzyłam, smażąc kurczaka w cieście sezamowym (cztery kilo w małych kawałkach; jeśli chodzi o syzyfowe prace, trudno mnie przebić). Nawet w udo mi się udało, co tylko dowodzi, że nie należy prac kuchennych bez odzieży ochronnej wykonywać. W czasie gdy kurczak się smażył nie wymagając mojej bezpośredniej asysty, wykonałam dwie sałatki (jedną zapiszę dla potomności, bo dobra niesłychanie – ziemniaki gotowane, łosoś wędzony, pomidory, jajka, kapary; majonez już nawet niepotrzebny, choć dla przyzwoitości dałam) oraz makaron z warzywami. I walczyłam z ciastem na paszteciki ze szpinakiem. Zrobiłam dwa razy, ze sprawdzonych przepisów, które milion razy wcześniej się udawały bez pudła – tym razem ciasto po prostu nie chciało się kleić, rozpadało się od samego nań patrzenia. Zrobiwszy i wywaliwszy do kosza drugą porcję poddałam się i pognałam do sklepu po mrożone francuskie, z duszą na ramieniu – a nuż się nie rozmrozi na czas lub będzie niedobre? Było ostatecznie: i na czas i dobre. Przy okazji zauważyłam, że starzenie się jest wprawdzie przykre, ale nabywam z wiekiem jednak pewnych pozytywnych cech, a to na przykład dystans do całości. Nie przejęłam się zupełnie porażką na froncie ciasta, powiedziałam do siebie tylko „no to nie będzie pasztecików, nie umrą z głodu”. Zdrowe podejście. O 16, gdy byłam już kuchennie spełniona, przybyła ekipa z Warszawy, a zaraz potem z Łodzi. Dnia poprzedniego odebrałam gdańszczankę, więc czekaliśmy już tylko na Śląsk.. i oczywiście lokalnych.

A teraz na piśmie, lub strumieniu bitów, stwierdzę wyraźnie rzecz niesłychaną: 30 osób, dorosłych osób, w Polsce, potrafi imprezować całą noc pijąc wyłącznie piwo i wino. Grama wódki nie spożyli! A była, w obfitym wyborze gatunkowym nawet (co ja teraz zrobię z pięcioma litrami wódeczności, przyjedźcie do mnie na poprawiny!) Siedzieliśmy do piątej; kolega zużywszy wiele puszek piwa zrobił jednoosobowy kabaret, umieraliśmy ze śmiechu. Wzbogaciłam się o mnóstwo książek, licznik kilometrów do roweru, wiele dobrych trunków (Ha, Mouton Cadet! I Baileysa zapas na przynajmniej trzy wieczory…) oraz bukiet tulipanów żółtych, a jeden jest żółto-czerwony. Czarownicy (czytaj Misicy) trzeba, by wiedzieć bez słów, że z wszystkich kwiatów najbardziej lubię tulipany (czytaj: lubię tylko tulipany). Pewnego dnia wiele lat temu był 29 stycznia, obudziłam się, a na stoliku przy moim ówczesnym łóżku panieńskim stał bukiet biało-różowych tulipanów, które do dziś pamiętam, choć pamięć już coraz kruchsza. (I nie, żadna płomienna miłość i żaden brunet o ognistym spojrzeniu nie był w nie zamieszany, nic tak banalnego. Były od mojej Mamy). Mam też aparat cyfrowy upragniony od zeszłych wakacji, ale… przyznać się czy się nie przyznawać… nie umiem go podłączyć do komputera, w związku z czym zdjęcia tulipanów nie będzie. No cóż, starsza nie znaczy mądrzejsza, co czarno na białym teraz widać. Posprzątałam mieszkanie, rodzinę z wielkim żalem pożegnałam, a teraz idę odespać.

Ajajaj

To plan jest taki, że jutro rano wyjeżdżam na Seszele. Moja impreza właśnie zaczęła mnie przerastać. Nie będę miała gdzie przenocować dzikich tłumów spoza Wrocławia, nikt nie przyjdzie, zabraknie alkoholu, jedzenie będzie niedobre i niejadalne, wszyscy się będą nudzić i wyjdą po godzinie, a w ogóle to jest straszny mróz, i impreza się nie będzie mogła przenieść na balkon jak zwykle, w związku z czym będzie absolutnie nieudana! O. Poza tym chyba muszę iść uprzedzić sąsiadów. Niech mi ktoś kupi bilet na Seszele… Rano przywlokłam się do pracy, przedzierając się przez zaspy, śniegi i lody i prawie odmrażając sobie nos, i znienacka znalazłam na swoim biurku prezenta od Zupy. Aż musiałam oczy otworzyć i uruchomić mózg przed przewidywanym terminem. Ale ta Zupa to ma ładny charakter pisma, nie macie pojęcia. I w ogóle fajna kobita jest. A teraz będę musiała sobie odpruć guziki z mankietów i zrobić w nich dziury, ale to jak już wrócę z tych Seszeli.

Opadnięte ręce, lecz Anglia

Ręce właśnie mi opadły (i piszę nosem). Porzuciłam na razie na dysku pismo z kategorycznymi żądaniami ciepłej wody, na rzecz codziennych konwersacji z specem od spraw technicznych, który właśnie przed chwilą oznajmił radośnie, że sprawdzali i wszystko jest w porządku, kotłownia grzeje, wszystkie wskaźniki pokazują, co mają pokazywać. To czemu ja wczoraj i dziś myłam się w letniej wodzie? Zaczynam poważnie rozmyślać o sprzedaży mieszkania, bo tak się nie da żyć. Albo wynajęciu jakiegoś speca od spraw wodnych za własne pieniądze. No naprawdę nie wiem co mam zrobić.
Na pocieszenie „Anglia, Anglia” Juliana Barnesa, bardzo angielskiego pisarza brytyjskiego – bardzo angielskiego i uwielbianego przez Francuzów, co już samo w sobie wystarczyłoby, żeby się nim interesować. A w dodatku dobrze pisze. „Anglia, Anglia” napisana w roku 1998 znalazła się w finale Booker Prize, a nie dostała jej zapewne tylko dlatego, że prezentuje Anglię w krzywym zwierciadle z tą typowo wyspiarską autoironią (ja jednak powinnam była się tam urodzić). Mamy tu listę 50 rzeczy, z którymi kojarzy się Anglia w świecie. Mamy budowę Anglii w miniaturze, bo to jest zamysł jednej z głównych postaci, superbiznesmena Jacka Pitmana. Ale główną bohaterką jest Marta Cochrane, ucieleśnienie cynizmu – i jak wszyscy prawdziwi (a rzadko spotykani) cynicy wzruszająca w swoim nieustannym poszukiwaniu ideału. Barnes przedstawia jej życie niemal od początku do końca; powstawanie Anglii, Anglii jest z tego punktu widzenia tylko jednym z epizodów w jej życiu, aczkolwiek w powieści najobszerniejszym – ta konstrukcja jest koronkowo precyzyjna (większość recenzentów oczywiście twierdzi, że trzy części powieści nie pasują do siebie dobrze, ja mogę tylko powiedzieć, że powinni się zająć recenzowaniem ciast i innych wypieków, a nie książek, szanowni państwo). Miejscami ironia zamienia się w satyrę nieco zbyt nachalną, jakby Barnes był już swoim krajem zmęczony i znudzony, ale i tak jest to rzecz rzadkiej urody.

Bzdury o facetach pod wpływem nieodpowiednich lektur

Rzadko mi się zdarza przeczytać w gazetach coś odkrywczego, ale kiedy trafiłam na artykuł o współczesnych facetach, których można określić mianem „bezcelowych podrywaczy”, przeżyłam zaskoczenie. Żyłam bowiem do tej pory w przekonaniu, że tacy faceci, którzy się spotykają z kobietą otaczając ją wyraźnym uwielbieniem, po czym nic z tego nie wynika, przydarzają się wyłącznie mnie. Otóż okazuje się to być tak typowe postępowanie, że w artykule nawet podzielili takich panów na typy. Mamy pana po przejściach, który może i chciałby, ale się boi. Mamy pana nieśmiałego, który się wstydzi. Mamy pana, który otacza się gronem chętnych kobiet, po czym nie korzysta z ich wdzięków, bo sama świadomość, że mógłby, mu wystarcza. Mamy w końcu pana „sam nie wiem czego chcę”. Oraz kryptogejów w wielkim wyborze. I żonatych facetów, którzy się spotykają z innymi kobietami w bardzo niejasnych celach, na wszelki wypadek zasłaniając się obrączką. Jakkolwiek cieszę się, że to nie tylko mnie spotykało (w czasach, kiedy jeszcze się interesowałam facetami), to jednak nieco mnie martwi, że spotkanie normalnego faceta, nawet przy bardzo szerokim kryterium normalności, jest zupełnie niemożliwe. Dziś rano w wannie, pod strumieniem chłodnej wody, wymyśliłam więc chytry plan – należy śledzić nekrologi w gazetach kobiet w moim wieku, po czym udawać się na pogrzeb delikwentki celem poznania świeżego wdowca. Metodę oddaję za darmo, ponieważ mnie faceci już zdecydowanie nie interesują. Przerzucam się na kobiety, tylko muszę się najpierw wyspać.

Jak nie być tolerancyjnym

Facet na basenie miał wprost niesłychanie owłosione plecy. W pierwszej chwili sądziłam, że to tatuaż. Potem z wielkim obrzydzeniem szybko go wyprzedziłam, żeby nie musieć na to patrzeć. To tyle, jeśli chodzi o tolerancję oraz o wspólnych przodków ludzi i małp. Wieczorem wylądowałam w hipermarkecie z długą listą zakupów, ponieważ zbliża się sobota, a z nią impreza. Jeszcze nie zaczęłam panikować, ale już jestem blisko. W hipermarkecie byłam bardzo nieszczęśliwa, ponieważ przytłaczał mnie ogrom rzeczy do kupienia, więc przy regałach z piwem wyciągnęłam telefon i zaczęłam wydzwaniać do ukochanych przyjaciół z pytaniem, jakie piwo preferują.
– Ta marka, którą wymieniłaś, jest dobra – powiedział oględnie jeden.
– A ty co, nie możesz powiedzieć „Żywiec”? Masz jakiś zakaz? Kryptoreklamy unikasz czy co? – zainteresowałam się żywo.
– Właśnie przeprowadzam rozmowę kwalifikacyjną i nie mogę wymieniać nazw alkoholi – odrzekł on szczerze i cierpliwie (godzina była, nadmienię, 20), a ja dostałam ataku śmiechu.

W wyniku negocjacji telefonicznych w moim koszu znalazły się dwa dwudziestoczteropaki, jeden Żywca, drugi Tyskiego, kilka innych czteropaków, oraz parę butelek z wysokoprocentową zawartością. Oraz oczywiście miliard innych rzeczy jadalnych. Z samochodu do domu kursowałam cztery razy. Czy ja już mogę zacząć panikować? (Nikt nie przyjdzie, nikt mnie nie lubi, a jak nawet ktoś przyjdzie, to wszystko będzie nie tak, jedzenie będzie niedobre, nic się nie uda, wszyscy będą się nudzić, wyjdą po godzinie, a poza tym zabraknie alkoholu i jedzenia!)