Zima, weekend

Byłam w Poznaniu. Gdzieś w połowie drogi bardzo śliski odcinek, na przestrzeni kilkunastu km trzech w rowie. Jeden pan stał obok swojego samochodu leżącego na dachu z kołami w górze i obmacywał się po kieszeniach. Dyskutowaliśmy zacięcie, czy szuka papierosów czy raczej komórki. Przepiękne widoki za to, tak biało, że nic poza bielą. Drzewa ośnieżone subtelnie. W Poznaniu dostałam rogale marcińskie, i jest to rzecz, za którą bez wahania oddałabym cnotę, gdybym ją jakimś cudem jeszcze miała. Ja chcę rogali marcińskich!

W niedzielę wieczorem na aerobiku zginął mi klucz od szafki. Chyba dostał nóg i sobie poszedł, bo innej możliwości nie widzę. Obszukałam całą salkę trzy razy i zażądałam zapasowego klucza, zastanawiając się, czy jeszcze znajdę w tej szafce swoje rzeczy. Na szczęście nic nie zginęło, ale podejrzewam, że ktoś wziął ten klucz, żeby go użyć w przyszłości… Skasowali mnie za zgubienie klucza 30 zł, co wcale nie poprawiło mi humoru.

Śnieg sypie

Nadal sypie. Trzy dni temu powiedziałam „a sypać będzie 40 dni i 40 nocy”, i zdaje się, że ten żart powoli przestaje kogokolwiek śmieszyć. Wczoraj spóźniłam się dramatycznie na aerobik, droga zajmująca mi zazwyczaj 10 minut trwała tym razem 40. A wcale nie jechałam przez centrum miasta. Mój nawyk zachowywania przesadnie wielkiej odległości od samochodu przede mną oraz hamowania z zapasem uratował co najmniej przedni zderzak Józefiny, kiedy facet przede mną stwierdził jednocześnie ze mną, że zmieni sobie pas, tylko że z tych emocji zapomniał o kierunkowskazie. Nie jeździ się tak źle, dopiero przy ruszaniu i hamowaniu człowiek przypomina sobie, że to jednak są trudne warunki. Teoretycznie mam jutro jechać do Poznania, ale coraz bardziej upadam na duchu.
Dwa artykuły Pietkiewicz w jednej Polityce to zdecydowanie za dużo. To jest dobra dziennikarka, ma styl rozpoznawalny od jednego słowa bez mała, ale lubię ją tylko w mikroskopijnych dawkach. Sezon ogórkowy w lutym czy co? A może epidemia grypy i reszta dziennikarzy im się rozchorowała… Raport Markiewicza „Rzeczpospolipa” przygnębiający niezwykle, bo wprawdzie nic nowego, ale ja znów w całej rozciągłości sobie uświadomiłam, że kompletnie nie nadaję się do tego kraju. Nigdy w życiu nie miałam fałszywego zwolnienia lekarskiego, i w dodatku wszystkie prace na studiach i w szkole robiłam sama. Frajerka i kretynka. I nawet jeśli wiem, z czego wynika takie podejście Polaków do mataczenia, kręcenia, oszukiwania, fałszowania, to mimo wszystko czuję się bardzo nieswojo jako totalnie nieprzystająca. Czas zacząć łapać latające talerze i wynieść się z tej planety raz a dobrze. Jak widać, doszłam do wniosku, że nie przetrwam lutego bez lektury „The Hitchiker’s Guide to the Galaxy” i jestem aktualnie w połowie „So long”, która jest najpiękniejszą książką w znanym Wszechświecie. Tak naprawdę to wyciągnęłam tomiszcze, żeby sprawdzić, czy będę mogła pogodzić się z czarnoskórym Fordem Prefectem, i ugrzęzłam w lekturze nieodwracalnie. Sny mam po tym fajne, budzę się rano i jest mi gorąco, chociaż w domu nadal 19,5.

Miało być śmiesznie, było demonicznie

Umówiłam się z panem od „miecza Demoklesa”, głównie po to, żeby to opisać na blogu, ale się rozczarowałam, bo wcale nie było śmiesznie. Pan siedział i mi opowiadał, że w małżeństwie był taki szczęśliwy przez 7 lat, a potem nagle przestał być szczęśliwy, chemia wygasła, zaczął się oglądać za innymi kobietami, i jaki on jest biedny. Że siedzi i myśli, dzieci (8 i 6) zaniedbuje, ale niestety jest egoistą i przechodzi taki trudny okres i w ogóle jest strasznie biedny. Ja siedziałam i myślałam, że jakbym miała trochę więcej odwagi, to bym splunęła mu w twarz i wyszła. Wyszłam po godzinie, bez plucia, i pojechałam do kinomana A, który w sobotę zażyczył sobie pokazać mi „Zapach kobiety” (a ja jestem niezwykle wprost zgodna, jak wiadomo). Różne demony mnie jednak dręczyły, więc po filmie poszłam sobie w takim tempie, że telefon od zaskoczonego A. dopadł mnie już pod domem. Wykręciłam się ciężkim dniem pracy, demonami byłoby trudniej.

Obrona Łużyna

Przynieśli paczkę z Merlina w sobotę i nie musiałam nigdzie chodzić, jakież to było rozkoszne. Może się umówię z Merlinem, że zawsze będą wysyłać we czwartki? Z paczki wyciągnęłam „Obronę Łużyna” i przepadłam dla świata, bo ja Nabokova na kolanach bałwochwalczo wielbię od lat… nastu. Co zabawne, nie wiem do końca dlaczego. Mam od początku zupełnie absurdalne poczucie, że odbieramy świat tak samo, mimo dzielącej nas nieskończonej czasoprzestrzeni i różnic kulturowych. I mimo tego, że Nabokov przekazywał zupełnie inaczej swoje widzenie świata niż ja. Od pierwszych słów przedmowy dałam się porwać słowom „gdybym traktował sam siebie poważnie”, a zaraz uwieść streszczeniu powieści dla zajadłych recenzentów, i tych czytelników, którzy nie przeczytają niczego, co nie zawiera dialogów. A potem już był Łużyn. Jeśli się zna Nabokova odrobinę, od razu w oczy rzuca się jego synestezja. W tej powieści jest niewiarygodna liczba kolorów. Myślę, że miało to stanowić kontrast z czarno-białym światem szachów, w którym Łużyn się coraz bardziej pogrąża. To dopiero pierwsze czytanie. Erudycyjne posłowie Leszka Engelkinga odebrało mi nieco przyjemności z samodzielnego śledzenia tropów (wiem, mogłam nie czytać), ale jest to rzecz, do której się koniecznie wraca. W którymś momencie uderzyło mnie, że to jest powieść prawdziwie europejska -paradoksalnie być może, jeśli potraktować Nabokova jako połączenie Rosji i Ameryki, ale byłoby to jednak zbyt powierzchowne podejście.

Miłość na żądanie

Wybitnie kretyński tytuł polski, angielskie Love Me If You Dare znacznie lepsze. Takie sobie – ładnie wygląda, parę fajnych scen (rzekome oświadczyny w knajpie zbyt już oczywiste i wysilone), garść niezłych pomysłów, pod koniec sens nieco gubi, jak to francuskie filmy zazwyczaj. Wyszłam kręcąc nosem, towarzysz kinoman zarzucił mi „bo ty to się chyba nigdy nie buntowałaś”. Ano nie, przyznałam mu rację. Bo mnie zazwyczaj kompletnie nie obchodzi, co inni ludzie mówią, myślą, chcą, wymagają; od najmłodszych lat miałam to w głębokim poważaniu, więc i buntować się nie było nigdy potrzeby. (To jest upośledzenie społeczne, zdaję sobie z tego sprawę, et alors?) Stąd mój kompletny brak utożsamienia z bohaterami, których nie udało mi się nawet polubić. A jeśli o przekraczanie granic chodzi, „Gorzkie gody” zdecydowanie ciekawsze były.

Feminizm niedzielny

Będzie od poniedziałku rano z grubej rury, wczoraj bowiem przeczytałam w gazecie – co prawda francuskiej – to, co już dawno powinni zrobić i opisać, ale nikt się nie odważył. Jeden dziennikarz płci męskiej i jedna dziennikarka płci żeńskiej poszli – oddzielnie – w jedenaście różnych miejsc, przedstawiając tam taki sam problem. Myślę, że nie muszę dalej pisać, prawda? Najbardziej spektakularny okazał się bank, który – przy takich samych dochodach, takim samym stanowisku i wieku – pani zaproponował 150 tys euro na 4,7% i nic więcej, zaś panu 180 tys euro na 4,5% oraz zniżki w opłatach za rozpatrywanie wniosku, a gdyby pan koniecznie chciał 200 tys (bo tyle chcieli oboje początkowo), to też da się zrobić. Zmiana opony panią kosztowała 99 euro, pana 59,20. O próbie kupna software’u lepiej nie wspominajmy. Kobieta wypadła lepiej w aptece, gdzie na objawy przeziębienia zaproponowali jej efferalgan + witaminę C, facetowi zaś jakiś ładnie się nazywający preparat, trzykrotnie droższy. I przy kupnie wędlin – trzy plasterki ważone dla faceta były dwa razy grubsze od tych dla kobiety i odpowiednio droższe. Jednakowo zostali potraktowani w żłobku – to znaczy zapytani czy zwariowali, że szukają teraz żłobka w Paryżu i czy naprawdę nie wiedzą, że trzeba się zapisać na listę z wyprzedzeniem (swoją drogą, oni maja jakiś lokalny wyż demograficzny w tym Paryżu, czy co?). Ogólnie to mam do powiedzenia tylko cholera. A nawet cholera jasna. Idę szukać jakiejś partii feministycznej celem zapisania się do (ale staników palić nie będę, co to to nie).

Wysłali mi paczuszkę, poczto pospiesz się!

Chciałam uprzejmie zauważyć na marginesie, że to NIE JA zamówiłam sobie cztery dni temu pięć książek w Merlinie. Nie ja, nie. To… taki mały zielony ludzik z Marsa się pode mnie podszył, i moje osobiste konto bankowe macką wykorzystał. I telepatii użył, żeby zamówić te książki, co ja je chciałam. No. To mamy wszystko wyjaśnione, tak?

Ulica Czarnych Ptaków

– Nie możesz czytać wyłącznie sf, kobieto, puchu marny – zażądałam sama od siebie skończywszy z żalem „Najemnika”. Sama ze sobą się zgodziłam (bo ja zgodna jestem niesłychanie, zwłaszcza ze sobą) i sięgnęłam po… Banksa. Ale tym razem po Iaina Banksa bez M. w środku, gdyż jest to doskonały pisarz, który ma rozdwojenie jaźni, i z M. w środku pisze książki fantastyczne, a bez M. w środku pisze książki niefantastyczne. „Ulica Czarnych Ptaków” z początku, czyli przez pierwsze 400 stron, wygląda na powieść obyczajową współczesną: młody Szkot, w roku 1990, opowiada o swojej szkockiej rodzinie, różnych miłostkach i różnych tajemnicach, całość zaś zaczyna się od „Był to dzień, w którym wybuchła moja babcia” i jeśli umiecie się oprzeć TAKIEMU pierwszemu zdaniu, to macie niesłychanie silną wolę (a ja współczuję, albowiem opór w tym przypadku jest zupełnie niewskazany). Świetnie prowadzona narracja, retrospekcje zagłębiają się w siebie płynnie, ale Banks jakoś tak to robi, że nawet ja się nie pogubiłam w czasie ani przestrzeni. A po 400 stronach dochodzimy do wniosku, że to może jednak jest kryminał, i poniekąd mamy rację. Niesłychanie łagodna rzecz jak na Banksa, a wręcz ciepła. I bardzo szkocka. I bardzo… bardzo dobra, no.