Nie rozumiem kobiet!

– Odsłoń okno, pewnie już nie świeci -proszącym tonem zwracam się do koleżanki spod okna, bo nie znoszę siedzieć w kazamatach, a ona zasłoniła z powodu słońca prosto w monitor jakąs godzinę temu. Odsłania bez słowa.
– I co, nie świeci? – upewniam się.
– Świeci – mówi ona, patrząc na mnie jak na karalucha.
– No to zasłoń, nie ma sensu, żebyś się męczyła – powiadam spokojnie. Zero reakcji.
– Zasłoń, przecież nie muszę mieć jasno, skoro tobie to przeszkadza – powtarzam wyraźnie kwestię.
Zero reakcji, omija mnie wzrokiem, zakłada słuchawki i odcina się od świata, wzdychając ciężko co chwila.

Chyba zacznę współczuć heteroseksualnym facetom.

Kocham Pilcha

Czytałam ostatnio „Rzecz o moich smutnych dziwkach” i słowo od tłumacza (w którym chodzi o to, że źli ludzie ocenzurowali mu tłumaczenie tytułu, bo miało być „…kurwach”, nie „…dziwkach”) musiałam przeczytać trzy razy, z bardzo mieszanymi uczuciami. Ale jako żem tylko głupia baba, uznałam, że ja się nie znam i tak ma być. A tu Pilch napisał to, co ja sobie tylko pomyślałam – że gdzie Nieznalska do Marqueza, i gdzie takie wylewanie żali w przedmowie do dzieła (oraz na okładce), i że pan tłumacz wraz z panem wydawcą powinni zmilczeć, skoro już doszli do porozumienia w tej sprawie. Ciekawe swoją drogą, czy Carlos Marrodan Casas coś na ten temat odpowie. Książka bez względu na polski tytuł jest piękna. Żałuję, że Kałużyński jej nie dożył.

Monolog niewygłoszony

– Dzień dobry, szefie, przepraszam że się spóźniłam, ale o poranku, gdy już zamierzałam wyjść z domu do pracy, byłam już ubrana i całkiem gotowa do wyjscia, i z pieśnią na ustach podążałam w stronę wyjścia z domu, i postanowiłam po drodze wyrzucić śmieci, i wyjęłam worek ze śmieciami, i on, ten podły worek, nagle, znienacka, bez żadnego powodu, sam z siebie podstępnie się rozerwał. Na pół. W poprzek.

A teraz z zupełnie innej beczki

Żeby mnie rozerwać, zadzwonił kumpel i zadał mi zagadkę. Oto zagadka.

Był sobie raz jubiler, i przyszedł do niego facet, który chciał kupić naszyjnik za 140 zł. Dał mu 200 zł. Ale to było wcześnie rano i jubiler nie miał wydać, więc poszedł do warzywniaka obok rozmienić. Rozmienił, wrócił, wydał facetowi 60 zł i dał mu naszyjnik. A na drugi dzień okazało się że to 200 zł było fałszywe i jubiler musiał oddać facetowi z warzywniaka jego 200 zł. Pytanie brzmi: ile stracił na tym fałszywym interesie jubiler, zakładając, że miał 100% marży?

Logoreja pospolita, czyli siedzę i piszę

Rano się dowiedziałam, że właściwie cała moja (i nie tylko moja) robota ostatnich dni jest do wyrzucenia, ponieważ paru osobom parę tysięcy kilometrów stąd coś się odwidziało. Nie przywidziało im się za to nic nowego, więc na razie siedzę. Tak se siedzę, o. Skończyły mi się lepsze zajęcia, więc teraz będę tu pisać, za co z góry przepraszam. Śniło mi się, że miałam różne moce nadludzkie, wszystkie naraz, mogłam na przykład latać, i poleciałam sobie na Kasprowy na narty (i nie pytajcie mnie, co jest fajnego w jeździe na nartach, skoro się już umie latać). Mogłam też teleportować, ale tylko niewielkie przedmioty, siebie nie. Teleportowanie było fajne, trzeba było wymacać umysłem na odległość dany przemiot, po czym zrobić takie klik w swoim umyśle i już. Mogłam telepatycznie czytać ludzkie umysły, ale ludzie to bardzo źle znosili, bo to im moc z organizmu wysysało i zaraz mdleli. Latanie było najlepsze z tego wszystkiego, zwłaszcza nad Kasprowym. Jak się obudziłam, to od razu chciałam sobie przeteleportować śniadanie z kuchni do łóżka, ale coś mi nie wyszło.
Poczytałam w święta znalezioną u siostry „Gdyby zamilkły kobiety” Krystyny Kofty, której jakoś nigdy nie lubiłam w czasach, gdy jeszcze czytywałam stylowe magazyny kobiece, więc po książkę też nie zamierzałam sięgać, ale skoro już była u siostry, to sięgnęłam. I zdziwiłam się bardzo. Jest doskonała! Bardzo ostra (celowo przerysowana) i bardzo gorzka, ale niesłychanie prawdziwa. Nie będę nic streszczać, proszę sobie przeczytać.

…i po…

W tamtą stronę jechałam we mgle, ale właściwie dopiero w Warszawie widoczność drastycznie się zmniejszyła. Jeden spektakularny wypadek po drodze, osobowy wbity w tira, połowy osobowego nie było, tyle zobaczyłam kątem oka (ponieważ ja, odmiennie niż bezwzględna większość rodaków, w razie wypadku drogowego wlepiam oczy w światła samochodu przede mną i usilnie staram się nic poza nimi nie widzieć, ale czasem coś jednak dotrze do mojej świadomości). Puste drogi, dużo policji. W Warszawie jedna rodzina, druga rodzina, trzecia rodzina, cmentarz, pani B, pani E, pani D, Legionowo, Chotomów, dużo jedzenia. Przywiozłam pasztet własnoręcznie upieczony, wyciągnęłam go z torby, spojrzałam na moją siostrę i powiedziałam
– Nie chciałam ci nic mówić, bo bałam się, że nie wyjdzie, mam nadzieję że nie wpadłaś na ten sam pomysł…
– Właśnie skończyłam gotować mięso -odrzekła spokojnie moja siostra nieodrodna.
Pasztety były dwa, obydwa dobre. Inne rzeczy też były dobre, nawet biały barszcz, którego z natury nie znoszę. Wino z czarnej porzeczki wyrobu mojego szwagra było natomiast tym, co bogowie na Olimpie pijali. Nadzwyczajnego mam szwagra. Moja siostra rozszlochała się tylko raz, w niedzielę wieczorem, i niezbyt długo, a utulenie było skuteczne. Bardzo udane święta!
Obejrzałam to coś, co postawili na tyłach Teatru Wielkiego, zasłaniając Grób Nieznanego Żołnierza. Wbrew rodzinie twierdzę, że bardzo udana budowla, komponuje się z otoczeniem w ciekawy sposób, chociaż lokalizacja może jednak nie najszczęśliwsza.
Wracałam przez Oleśnicę w celach porównawczych, bez żadnych przygód (jeśli nie liczyć słońca prosto w twarz, ale jeśli jedzie się o zachodzie słońca na zachód, zazwyczaj można czuć się jak bohater westernu), 4 godziny bez przerwy – okazało się, że tamtędy jest jednak szybciej. Dokładne dane posiadam, nie zapomniałam bowiem wyzerować licznika i nigdzie tym razem nie zabłądziłam (sama siebie nie poznaję). Przez Opole i Częstochowę 420 km, przez Oleśnicę 360 (liczone od domu do domu), ze średnim spalaniem 5.9, zupełnie dobry wynik.
Przestawiliście sobie zegarki?