To już nawet nie jest snaFU

Wiecie, jakie to jest uczucie, jak zaczyna sobie padać deszczyk, wy sobie jedziecie samochodem spokojnie, włączacie wycieraczki nonszalanckim ruchem… i wycieraczka owszem – pracuje – ale tylko jedna, bo drugiej nie ma? Szczerze życzę, żeby nikt się nie dowiedział, jak to jest, wystarczy, że ja to przeżyłam wczoraj wieczorem. Urwali całe ramię wycieraczki, oczywiście tej od strony kierowcy. Intuicja mi powiedziała, że w sklepie na pewno ramienia nie będzie, jakoż i dziś rano się okazało, że nie ma, ale przemiłe moje panie nie pozwoliły mi się rozpłakać na środku sklepu, jedna pojechała do hurtowni, a druga zabawiała mnie rozmową. Opowiedziała mi, jak dwa dni wcześniej pomagała innej klientce zmieniać pióro i tak jej pomogła, że stłukła jej przednią szybę i musiała za nią zapłacić. Nie poprawiło mi to bynajmniej humoru, ale za chwilę przyjechało moje ramię, i lżejsza o 80 zł pojechałam do warsztatu, gdzie mój samochód teraz urzęduje. Oczywiście poprosiłam pana mechanika, żeby nie stłukł mi szyby zakładając pióro, trochę się uniósł honorem.

Poza tym wczoraj przed aerobikiem zaciął mi się zamek od spódnicy, a kiedy już bez wycieraczki, z perspektywą jechania do Warszawy pociągiem, a uprzednio się spakowania, a nazajutrz rano jeżdżenia po całym Wrocławiu w poszukiwaniu ramienia, dojechałam do domu, zadzwonił oczywiście pan A. I powiedział, cytuję, „przeszło ci już?”. Na co ja powiedziałam, zdumiewająco spokojnie w tych okolicznościach przyrody, „w ten sposób to ja nie zamierzam z tobą rozmawiać”, zaś pan A. odparł „ale o co ci chodzi?”. Najlepszym wynalazkiem, jeśli chodzi o telefony, jest taki mały czerwony guziczek, prawda? Oraz taki większy czarny guzik u góry.

Teraz to już tylko będzie padać non stop przez tydzień, a na koniec wywalę łajbę topiąc siebie i resztę załogi. W razie czego proszę oddać mój blog w dobre ręce.

I nadszedł koniec, czyli dramat na dwie osoby

Żeby mieć to już za sobą, prawie od progu rzucam do niego z udawaną beztroską
– Słuchaj, podlejesz mi kwiatki w przyszłym tygodniu?
A. patrzy na mnie z miną taką, jakbym mu właśnie oznajmiła, że pod domem wylądował statek pełen małych wrzeszczących zielonych ludzików, które twierdzą, że jest ich ojcem.
– A co, czyżbyś się gdzieś wybierała? – pyta z całkowitym zaskoczeniem, zapewne nie zdając sobie sprawy z tego, że za chwilę jest maj i ludzkość w większości korzysta z czterech dni wolnego.
– Tak. Na Mazury. – Już wiem, że to będzie krótki mecz.
– Ach – na jego twarzy pojawia się uśmieszek pełen złośliwej satysfakcji – więc jednak wybrałaś Mazury…
Mniej więcej tego się spodziewałam, ale w tym momencie coś we mnie pęka, bezpowrotnie, superglue już tu nic nie pomoże.
– Wybieranie, mój drogi, polega na tym, że ma się wybór. A jeśli się nie mylę, ty jakoś nie byłeś łaskaw zaproponować mi niczego innego. Więc o jakim wybieraniu mówisz, zechcesz może w tej chwili sprecyzować? – gdybym miała w zasięgu szklankę wody, zamarzłaby z trzaskiem. On chyba jest głuchy i ślepy, bo zamiast rzucić mi się do stóp wyciągając z kieszeni diamentowy pierścionek, brnie dalej, z głupawym uśmieszkiem
– Wiesz, nie ośmieliłem się nic zaproponować, bo przecież wiedziałem, że i tak wybierzesz te swoje żagle…

Przd chwilą zamrażałam głosem, teraz z kolei mam w środku swej osoby jakieś 3 tony wrzącego ołowiu, które bardzo chcą znaleźć sobie ujście. Ale duenia ma lepszy pomysł, w mojej głowie rozbrzmiewa z mocą dziesięciu megaton „co ty tu jeszcze robisz? WYJDŹ!”. I ja wychodzę. Wsiadam do samochodu i przejeżdżam pół miasta o wiele za szybko, łamiąc jakieś 50 przepisów, wściekła nieprzytomnie.

A potem nagle odczuwam taką ulgę, że zupełnie słabnę, i muszę zwolnić do 30, bo nie mogę utrzymać kierownicy. Więc to już koniec, i przestanę się stresować i przestanę się zastanawiać nad każdym wypowiadanym słowem i będę mogła robić to na co mam ochotę, bez pogardliwych pytań „a po co ci to”? Więc to naprawdę było takie proste? (Więc ja naprawdę znowu byłam tak potwornie głupia?)

To teraz muszę znaleźć kogoś do moich kwiatków.

Tych spotkań po latach czar

Wczorajszy dzień pracy ma się ku schyłkowi, wracam do biurka myśląc już o wieczorze, gdy niespodziewanie osoba stojąca przy biurku koleżanki wyrywa mnie z półletargu i… nie, to przecież nie może być prawda, ja chyba śnię…
– O matko! Ty żyjesz?! – wyrywa mi się zupełnie bezsensownie, a szczęka mi się nie domyka, gdy zatrzymuję się w pół kroku, on zaś natychmiast się rozpromienia.
– Jaka matko, nie mów do mnie matko! Nie jestem twoją matką! – wrzeszczy radośnie i gburowato jak zwykle mój były szef, mój szef utracony trzy lata temu, gdy nas porzucił i wyjechał do ziemi obiecanej, ja zaś nie myślałam o nim przez ostatnie pół roku, albo i dłużej. Ulubiony z wszystkich moich szefów, niesłychanie bystry facet, przeraźliwie humorzasty, charakterny i szokująco bezpośredni, łamiący wszelkie zasady i konwenanse, wygadany bardziej niż ja; nieznośny tak potwornie, że aż czarujący. Stoi tu teraz i gęba mu się cieszy od ucha do ucha na widok mojego zaskoczenia, a ja usiłuję domknąć buzię i pogodzić się z tym, że utył, posiwiał, brakuje mu zębów, ubrany jest jak zwykle byle jak, wygląda na 50 bardziej niż na nie tak dawno skończone 40, i żadną miarą nie robi wrażenia Polaka, który odniósł sukces TAM. Chyba odniósł sukces, jeśli mierzyć go kasą, ale nie mnie pytajcie, jak mierzyć sukcesy.
– Wrócę, wrócę, jak mi dadzą amerykański paszport, to wrócę – powiada tymczasem on, z tą charakterystyczną przekorą – to jeszcze dwa lata… jak mi dadzą, bo trzeba mieć czyste konto, a ja ostatnio dwa mandaty zarobiłem, raz za prędkość, drugi raz za przejechanie na czerwonym świetle. Wiecie, miałem laptopa z gpsem, trzeba było wypróbować, nie? No to jednym okiem patrzyłem w tego laptopa, drugim na kierownicę i nie zauważyłem czerwonego światła. Zdjęcie mi zrobili, cholera, ładnie mój samochód wyszedł, tylko trochę drogo…

A ja jadę na Mazury ha!

Wczoraj wyszłam z pracy, wsiadłam do samochodu mego, włożyłam kluczyk we właściwe miejsce i… nie mogłam go przekręcić. Nie dało się i już. Spróbowałam włączyć i wyłączyć alarm, w nadziei, że to coś się może odblokuje, ale nic nie pomogło. Posiedziałam tam 5 minut próbując przekręcić kluczyk, po czym wróciłam do pracy i zapytałam kolegi, co mam zrobić, jak się nie da przekręcić kluczyka. Poszedł ze mną i wyjawił mi kolejny sekret samochodowy: kierownica się blokuje, jak nią poruszyć po wyjęciu kluczyka. Nauczył mnie odblokowywać, więc mogłam odjechać, tkwiąc w zdumieniu, że przez półtora roku mi się to nie zdarzyło…
Mazury pierwszomajowe, które przestały być opcją jakieś dwa tygodnie temu z powodu rozmaitych powikłań życiowych, właśnie zaczęły być znów opcją, a nawet już przeszły na poziom konkretu. Będzie strasznie zimno (oj tam, mam spodnie z polaru) i pewnie będzie padać przez tydzień, ale i tak się cieszę. Pan A. jeszcze o tym nie wie i mam złe przeczucia, kiedy myślę o jego reakcji, choć żadnych podstaw ku temu nie mam.
Zazwyczaj mi się nie śnią koszmary, ale tym razem wyśniłam nawet szczęk odwodzonego bezpiecznika. Moim mordercą była kobieta. Chociaż trudno to nazwać koszmarem: przestałam się bać i z pewną ciekawością pomyślałam, że teraz się dowiem, co jest po tamtej stronie. Po tamtej stronie była jawa, obudziłam się, żeby za sekundę znów znaleźć się tam, śnić alternatywne zakończenie, wykorzystać jedyną szansę, uciekać długo krętymi ciemnymi korytarzami, i skończyć tak samo, z rewolwerem przystawionym do głowy.

Utrapiony Pilch

Jeszcze nigdy nie czytałam żadnej powieści Pilcha, bo jakoś nie było po drodze, w końcu więc się dorwałam do „Miasta utrapienia”. I przeżyłam jedno z największych rozczarowań w życiu, bo po jednym z moich ulubionych felietonistów spodziewałam się jednak znacznie więcej. Rozczarowanie tym boleśniejsze, że są tam oczywiście kawałki świetnie napisane, niestety w całości nie nadaje się to do niczego. Co denerwuje szczególnie: Patryk (narrator) zastrzega na początku, że mówi stylem księżowskim, i z tym się można pogodzić (nawet jeśli wiemy, że wynika to z niemożności pozbycia się przez Pilcha tego stylu). Po czym tym samym stylem mówi Konstancja Wybryk – i tu jeszcze mogłabym przymknąć oko, bo to relacjonuje Patryk, mógł ubarwić. Ale tym samym stylem pisze też piętnastoletnia Esmeralda. Zupełnie niepotrzebny jest ostatni rozdział, doklejony na siłę. Przedostatni właściwie też. W ogóle mniej więcej od połowy opowieści są zupełnie niedorzeczne i nie trzymają się kupy. Rozwlekła opowieść Konstancji o jej wielkiej miłości podejrzanie przypomina „Przełamując fale”. Zaginiony ojciec Patryka stanowiący chyba jedyną klamrę kompozycyjną, w ostatnim rozdziale odnajduje się deus ex machina i nie chce powiedzieć, gdzie był, koniec i kropka – co tę namiastkę klamry kompozycyjnej burzy tak starannie, jakby dynamitem ją wysadzić. I do tego masa pomniejszych bzdurek: kasy z bankomatu nie można wyjąć, jeśli uprzednio nie wyjęło się karty, więc Patryk nie mógł okraść Dziewiątego PINu. Esmeralda nie mogła czytać „Hotelu New Hampshire” w 1990, ponieważ w Polsce wyszedł w roku 1992. Imiona Oliver i Olivier są tak kompletnie różne, że pomylić je może tylko ktoś z drewnianym uchem i Pilchowe wmawianie, że wszyscy natychmiast kojarzyli Oliviera z Dickensem, jest boleśnie bzdurne.
Mam wrażenie, że Pilch zaczął nieźle, po czym – czort wie, poganiało go wydawnictwo, potrzebował gwałtownie pieniędzy, nagle go znudzili bohaterowie, nie wiem, ale skończył na kolanie nie poświęcając temu głębszej myśli, i oddał do wydawnictwa. Za karę powinien tę książkę czytać od deski do deski raz w tygodniu. Dopóki nie napisze czegoś lepszego.

Krótki spis rozrywek weekendowych

Na rowerze sobie pojeździłam. 55 km, wałami Odry. Ślicznie było, tylko trochę wertepy różne były i od połowy już mnie bolała… kość ogonowa. Tak trochę bardzo mnie bolała, ale co tam, humoru z tego powodu nie straciłam. Potem przyjechaliśmy i powiedziałam „to ja idę na aerobik”, A. zaś opluł się herbatą, ja naprawdę nie wiem dlaczego. Poszłam na aerobik, gdzie zostałam ukarana za głupie pomysły, zgadnijcie bowiem, którą część ciała ćwiczyliśmy szczególnie intensywnie. A poprzednią noc spędziłam w kręgielni, gdzie po pierwsze okazało się, że już nie umiem rzucać tą kulką, a po drugie rozbolał mnie nadgarstek (a niektórzy to się nabawili zakwasów, ja nie wiem jak można mieć zakwasy od kręgli, ale podobno można). Fajny weekend był, a jeszcze wyprodukowałam coś na kształt terrine z pstrąga oraz babeczki czekoladowe. (Tak naprawdę to musiałam znaleźć usprawiedliwienie dla włączenia piekarnika, bo w mieszkaniu mam 17,5º i nie chce mi się włączyć ogrzewania, bo przecież jest wiosna, tak?)