Utrapiony Pilch

Jeszcze nigdy nie czytałam żadnej powieści Pilcha, bo jakoś nie było po drodze, w końcu więc się dorwałam do „Miasta utrapienia”. I przeżyłam jedno z największych rozczarowań w życiu, bo po jednym z moich ulubionych felietonistów spodziewałam się jednak znacznie więcej. Rozczarowanie tym boleśniejsze, że są tam oczywiście kawałki świetnie napisane, niestety w całości nie nadaje się to do niczego. Co denerwuje szczególnie: Patryk (narrator) zastrzega na początku, że mówi stylem księżowskim, i z tym się można pogodzić (nawet jeśli wiemy, że wynika to z niemożności pozbycia się przez Pilcha tego stylu). Po czym tym samym stylem mówi Konstancja Wybryk – i tu jeszcze mogłabym przymknąć oko, bo to relacjonuje Patryk, mógł ubarwić. Ale tym samym stylem pisze też piętnastoletnia Esmeralda. Zupełnie niepotrzebny jest ostatni rozdział, doklejony na siłę. Przedostatni właściwie też. W ogóle mniej więcej od połowy opowieści są zupełnie niedorzeczne i nie trzymają się kupy. Rozwlekła opowieść Konstancji o jej wielkiej miłości podejrzanie przypomina „Przełamując fale”. Zaginiony ojciec Patryka stanowiący chyba jedyną klamrę kompozycyjną, w ostatnim rozdziale odnajduje się deus ex machina i nie chce powiedzieć, gdzie był, koniec i kropka – co tę namiastkę klamry kompozycyjnej burzy tak starannie, jakby dynamitem ją wysadzić. I do tego masa pomniejszych bzdurek: kasy z bankomatu nie można wyjąć, jeśli uprzednio nie wyjęło się karty, więc Patryk nie mógł okraść Dziewiątego PINu. Esmeralda nie mogła czytać „Hotelu New Hampshire” w 1990, ponieważ w Polsce wyszedł w roku 1992. Imiona Oliver i Olivier są tak kompletnie różne, że pomylić je może tylko ktoś z drewnianym uchem i Pilchowe wmawianie, że wszyscy natychmiast kojarzyli Oliviera z Dickensem, jest boleśnie bzdurne.
Mam wrażenie, że Pilch zaczął nieźle, po czym – czort wie, poganiało go wydawnictwo, potrzebował gwałtownie pieniędzy, nagle go znudzili bohaterowie, nie wiem, ale skończył na kolanie nie poświęcając temu głębszej myśli, i oddał do wydawnictwa. Za karę powinien tę książkę czytać od deski do deski raz w tygodniu. Dopóki nie napisze czegoś lepszego.

7 thoughts on “Utrapiony Pilch

  1. hmmm a taką miałam ochotę na tą książkę.. Pilcha jako pisarza książek jeszcze też nigdy nie miałam okazji poznać…
    No, może mi się jednak spodoba;)

  2. no cóż. jakbyś spytała, to bym Pilch odradziła – ja nie strawiłam „leworęczności”. po prostu nie strawiłam, do takiego stopnia, że nie przeczytałam. a nawet „American Psycho” skończyłam, choć to gniot, jakich mało. i „kamienną tratwę”, choć też bez sensu, a w kontekście Saramago to W OGÓLE totalna porażka.
    a tak, jak o tym piszesz, to wiesz… niejakim obecnym (jestem.blog.pl) mi na książka ciągnie na odległość…

  3. nie pytałam i nie szukałam info celowo, chciałam coś jego przeczytać. wychodzi mi ostatnio, że książki, które chcę przeczytać, są do niczego, a takie, które czytam znienacka, są bardzo fajne 🙂

  4. niestety to nie jedyna pozycja pisana na kolanie w tym kraju i wydawana na zasadzie – zeby tylko wydac… a jesli czlowiek pomysli ile, byc moze ciekawych rzeczy, laduje w koszu, bo autor nie ma „markowego” nazwiska – oj szkoda myslec o tym nawet…

  5. Kolejny dowód na to, ze „małe bywa lepsze”…Powinien poprzestać na felietonach… Głowacki to Pilch nie jest i nie będzie…

  6. A ja pożyczyłem ostatnio Pilcha „Narty Ojca Świętego”, tak pod nastrój chwili, czyli będę miał okazję przekonać się, jaki Pilch jest w dramatach. Ale „Pod Mocnym Aniołem” misię nawet, nawet, choć bez rewelacji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s