Tornado na własne oczy

Wracając z wyjazdu przejechaliśmy przez burzę, drugi raz w życiu widziałam pełny łuk tęczy, przepiękna była. Natomiast wczoraj pierwszy raz w życiu widziałam tornado, i mogłabym doskonale bez tego żyć. Siedziałam jeszcze w pracy, koło 17:30 zrobiło się kompletnie ciemno. Rzuciliśmy się do okien czekając na burzę, ale najpierw nadszedł wiatr. W ciągu kilku sekund rozwiało się do 9 (potem się dowiedziałam, że o nas musiało zahaczyć bokiem – w centrum było 11, jeśli nie 12). Poleciały gałęzie z drzew, kilka lamp w sąsiedztwie, pachołki z ulicy. Powstrzymałam koleżankę przed wychodzeniem, kazałam jej przeczekać, bo przecież za chwilę przejdzie. Lunęło. W ciągu może dwóch minut kompletnie zalało studzienki, w wyjściu z firmy mieliśmy wodę po kostki. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z rozmiarów nawałnicy, i kiedy deszcz zelżał, pobiegłam przez wodę do auta. Po drodze do centrum drogę blokowały złamane gałęzie, potem zobaczyłam stojące tramwaje (zerwało całą trakcję). Światła uliczne były pooobracane, ale prawie wszędzie działały, więc nadal tkwiłam w przeświadczeniu, że to tylko burza. Dotarłam do fryzjera i odbiłam się od drzwi – prawdopodobnie zamknęli z braku prądu. W Rynku jednak życie toczyło się normalnie, pojechałam po zakupy odbijając się od jednej ulicy zablokowanej przez radiowozy, i dopiero potem włączyłam radio, gdzie powiedzieli, że są ofiary śmiertelne (we Wrocławiu zginęła rowerzystka zabita konarem). Mimo to zaliczyłam jeszcze aerobik, dzwoniąc uprzednio do fitness klubu, gdzie bardzo zdziwiona recepcjonistka powiedziała „Ależ oczywiście, że jesteśmy czynni, czemu mielibyśmy nie być”. Brakowało jeszcze żeby dodała „Jakaś burza była? Niemożliwe…”. Zahaczyłam następnie o dom Misicy (która miewa się dobrze, mały kot nadal jest mały, za to ogon ma puszysty bardziej niż normy nakazują) i dotarłam w końcu do domu, gdzie prąd nie wysiadł ani na chwilę i w zasadzie ucierpiała tylko maciejka na balkonie. Dziś rano dowiedziałam się, że trakcja tramwajowa nadal jest częściowo nieczynna, pociągi mają wielkie opóźnienia, bo trakcja kolejowa jest zerwana. Koleżanka spod Wrocławia jeszcze dziś rano nie miała prądu ani ciepłej wody. Drogi są częściowo poblokowane przez drzewa, kumplowi pod blokiem wyrwało wielką topolę z korzeniami. Ofiar śmiertelnych jest na szczęście tylko kilka, rannych sporo więcej, straty materialne prawdopodobnie olbrzymie (zwłaszcza szkoda tych wszystkich starych drzew).

Też macie taki upał?

Na wodzie było chłodniej, i można było się schować w cieniu żagla, a żagle były aż trzy. Wbrew pozorom wiało prawie cały czas, nawet nieźle, siedzieliśmy więc na jeziorze bez ustanku. I pięknie było, nawet jeśli w weekend trzeba było lawirować wśród niebacznych na otoczenie regacących się mydelniczek (czyli optimistów). A wieczorami było ognisko i kiełbaski, i słońce wpadające do jeziora, i kąpiel w jeziorze, i moje ocknięcie się przed samochodem kumpla z kluczykami w dłoni, a właściciel błagał mnie, żebym jechała po alkohol, bo jestem, rzekomo, najtrzeźwiejsza. Co było przedtem, nie pamiętam. Kluczyki skonfiskowałam, wytrzeźwiawszy ze zgrozy.

Miałam okazję poprzebywać w towarzystwie mężczyzn niezwykłej urody, niestety każdemu bez wyjątku brakowało jeszcze sporo do 25, i właściwie pisanie o nich mężczyźni to gruba przesada. Reszta dostępnych w okolicy osobników płci przeciwnej to dla równowagi czterdziestoletni brzuchaci pantoflarze. Myślę, że inne kategorie posiadaczy XY wymarły, gdy akurat nie patrzyłam. W każdym razie mam wrażenie, że minęły cztery tygodnie, a nie cztery dni. Nie chciałam do miasta wracać…

Wszystkie prawa zastrzeżone

Wczoraj na basenie obmyślałam system telewizji podwodnej wmontowanej w dno, ponieważ okropnie mi się nudziło to pływanie w tę i z powrotem. Wolałabym wprawdzie tekst książki (najlepiej aktualnie przeze mnie czytanej) wyświetlany na dnie basenu, ale jest pewien problem z synchronizacją tekstu i ruchu pływaków. Zamierzam jeszcze dopracować ten pomysł, a następnie opatentować. Tymczasem jutro wybywam na cztery dni za miasto, perspektywa bardzo radosna.

O życiu. O literaturze.

Opisywałam parę tygodni temu historię koleżanki mojej Natalii, zakochanej w żonatym Stefanie; otóż opowieść ta nie ma jednak happy endu. Rozwód wydawał się już tylko kwestią czasu i adwokata, ale tydzień temu Stefan oświadczył, że nie ma zamiaru się rozwodzić, gdyż… ma dzieci. I na tych dzieciach mu pono niesłychanie zależy, choć mieszka w innym mieście. I z powodu tych dzieci rozwieść się nijak nie może. A na zakończenie dodał
– Przecież sama chciałaś być tylko kochanką.
Natalia na razie szlocha, ale zaraz sobie znajdzie innego stefana, mam nadzieję, że tym razem mniej żonatego. Ja zaś na tej kanwie zastanawiam się, co z tymi facetami się teraz porobiło, że tak im wszystkim na dzieciach strasznie zależy. Na przykład mój osobisty ojciec biologiczny nie był zupełnie zainteresowany kontaktami z własnym potomstwem przez jakieś 5 lat. A potem mu się zmarło. No cóż, jedni trafiają szóstkę w totka, inni… jej nie trafiają.

O literaturze zaś mam do powiedzenia tylko tyle, że jeśli „Miasto utrapienia” Pilcha jest wśród dwudziestu najlepszych książek polskich zeszłego roku, to ktoś tu ma coś z oczami. Możliwe, że to jestem ja, ale ktoś musiałby mnie o tym przekonać, chwilowo więc poprzestanę na poczuciu niesmaku skierowanym w stronę nagrody Nike.

Cóż za piękny maj

Bardzo proszę, żeby niezwłocznie ktoś się przyznał do miewania snów erotycznych na statkach kosmicznych, ponieważ trochę głupio się czuję z myślą, że to tylko ja bywam desantem nawiązującym na innych planetach kontakt z obcymi cywilizacjami. Potem zabierali mnie na statek macierzysty w bardzo sprytnym urządzeniu przypominającym hamak, a potem już na tymże statku oddawałam się uciechom cielesnym z kolegą. Homo sapiens na szczęście, ale, hmm… jakby lekko zmutowany. Na zakończenie mały, okrąglutki i rozwichrzony kapitan statku biegał z prawie pustą butelką denaturatu w dłoni i dopytywał się, kto go wypił. Naprawdę nie wiem, czemu podejrzewał właśnie mnie.

Nawet nie mogę zwalić wszystkiego na nadużycie literatury sf, ponieważ nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś z tego genre. Od piątku czytam „Miłość w czasach zarazy”, na każdej stronie z niewysłowioną wdzięcznością myśląc o lasce1, bo gdyby nie ona, pewnie ze dwa lata by mi zajęło dotarcie do tej lektury.

Anakin wybrał ciemną stronę Mocy…

Bardzo uprzejmie lecz stanowczo proszę szanowne Czytelniczki oraz PT Czytelników aby, jeśli przypadkowo kiedyś zapalę się od wrzącej lawy, byli łaskawi mnie dobić, nie zaś stać i patrzeć, jak umiera dobro, a rodzi się zło. No doprawdy, miecza świetlnego Kenobiemu było szkoda? Najpierw ukochanego ucznia instruował, jak wrogów wykańczać, a potem taką fuszerkę odstawił? Fe. Poza tym przecudne. Śmiałam się straszliwie z dialogów Anakina z Padme, zwłaszcza „Ty drżysz?!” („You are trembling?!”) (ja wcale nie przesadzam, przysięgam, sami sprawdźcie). Z Lucasem zaś mamy na pieńku. Przez kogo Anakin przechodzi na ciemną stronę Mocy? Oczywiście – przez kobietę. Panie Lucas, uprzedzam, ja się teraz demonstracyjnie obrażam.
(Śliczny film. Pod koniec nawet wcale mi nie było do śmiechu. Zwłaszcza ładniutkiej buźki Anakina jednak żal…)

Piątek, hurra

Wyciągnęłam wczoraj ze skrzynki awizo na paczkę i od razu pomyślałam
– No nie, Zupa jednak dorwała tego instruktora snowboardu i będzie mi go teraz wysyłać w paczkach po kawałku – po czym skarciłam siebie samą za głupie pomysły i doszłam do wniosku, że to na pewno jedna taka oczekiwana przesyłka, która mogła przyjść w formie paczki. Ale dziś rano w okienku zaserwowali mi logo Merlina, i wtedy już wiedziałam od kogo to i co to. A już zaczęłam czytać Dziennik Anais Nin! Nie dane mi go jednak będzie skończyć.

Reklama w radiu męskim głosem oznajmia „…na płycie fał-si-di„. Jestem przekonana, że rekrutację do agencji reklamowych przeprowadzają na podstawie RTG mózgu
– Dzień dobry, proszę pokazać wyniki badań… Stwierdzono całkowity zanik mózgu… Znakomicie, oczywiście z przyjemnością pana zatrudnimy, będzie pan chlubą naszej firmy!

Taki tam wieczór

Siedzimy sobie w knajpie, pan opowiada różne historie niestworzone i trzyma mnie za kolano, ja chichoczę, jest dobrze. Po czym pan mówi, nie zmieniając wyrazu twarzy
– Wiesz, ja jestem fetyszystą.
Uznaję to za ciąg dalszy jego historii niestworzonych i chichoczę. Pan jednak mówi
– Ale ja naprawdę jestem fetyszystą.
Przestaję chichotać i myślę po kolei, co następuje:
a) dlaczego takie rzeczy spotykają właśnie mnie?
b) właściwie to jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z fetyszystą, a przynajmniej nie świadomie, więc czemu by nie…
c) (przyznać się czy się nie przyznać… przyznać się czy się nie przyznać… no dobra, już i tak nie mam nic do stracenia) fajnie, będę miała co opisać na blogu. (Proszę nie wzywać karetki z kaftanem, to nic nie pomoże!)

Szala przeważona, zabieram pana do siebie i zdobywam nowe doświadczenie. Głosi ono otóż, to doświadczenie, że jest to niezły sposób na poczucie się w łóżku jak prawie zbędny dodatek do swej bielizny. Jest to doświadczenie wprawdzie zupełnie nowe, ale niekoniecznie najprzyjemniejsze z możliwych. Co stwierdziwszy, żegnam się z panem, a potem otwieram kopertę, którą wyciągnęłam po drodze ze skrzynki, i dostaję ataku śmiechu, ponieważ okazuje się, że Zupa nie odróżnia rugbystów od instruktorów snowboardu… (ale gust ma dobry, chłopcy apetyczni nad wyraz).

Windows on the World

Cholerny hochsztapler” myślę, zanim jeszcze zacznę czytać, i podczas lektury pierwszych rozdziałów. „Cholerny francuski hochsztapler” uściślam – wściekła, pewna, że nie skończę tej lektury, i co właściwie mnie podkusiło, żeby ją ściągnąć z bibliotecznej półki? Cholerny hochsztapler, który wykorzystuje tamtą tragedię druzgoczącą jak młot, żeby zrobić kasę; jak on może pisać równolegle o ginących na 105 piętrze i o swoich wyimaginowanych francuskich egocentrycznych problemach?
Dopiero pod koniec zaczynam rozumieć, że tylko tak można było o tym napisać. Carthew Yorston, zbyt zamożny Teksańczyk, który z dwójką swoich synów znalazł się przypadkiem na nowojorskim szczycie świata w najbardziej niewłaściwej chwili od stworzenia świata, jest antypatyczny. W ostatniej godzinie życia myśli głównie o pieprzeniu. Żonę rzucił, bo mu się znudziła. Nowej ukochanej nie chce poślubić, chociaż to superlaska. Jego synowie to nieznośne bachory, z których wyrośliby tacy sami popaprańcy jak tatuś, gdyby dane im było dorosnąć. Są fikcyjni. Muszą zginąć w bezsensowny sposób, który nie był fikcyjny, i to porusza, jak te potworne sterty włosów w Oświęcimiu. Porusza, ponieważ co drugi rozdział przemawia do nas sam autor, Frédéric Beigbeder, cholerny hochsztapler, przeraźliwy francuski megaloman, równie antypatyczny jak jego bohater, i z krwi i kości prawdziwy. Gdyby Beigbeder przez sekundę próbował wzruszyć czytelnika, rzuciłabym tę książkę w kąt. Nie próbuje: on zwyczajnie opowiada, co działo się tam, na dachu świata, przez ostateczne półtorej godziny. Zmyśla to od początku do końca. Mogliśmy tam być, każdy z nas.
Amerykanie są zbulwersowani tą książką i plują na nią. Rozumiem ich: to trochę jakby jakiś Francuz napisał fikcyjną biografię człowieka podobnego do papieża. Też byśmy pluli, świętości nie wolno przecież tykać, to jedno pewne w naszym wieku bez żadnych świętości. Ale bez przeczytania tej książki nie jesteście w XXI wieku. Jest zła, napisał ją arogancki i próżny hochsztapler, jest schizofreniczną mieszanką pogardy i podziwu dla Ameryki, napisał ją facet, który nie umie sobie poradzić z własnym życiem i w dodatku o tym pisze z porażającym samozadowoleniem, czyta się ją źle i nieprzyjemnie. Trzeba ją przeczytać.