Środy. Środy są fatalne.

Dentystka przetrzymała mnie 20 minut w poczekalni, po czym, gdy już miałam sobie pójść na znak protestu, wzięła mnie na fotel. Zdejmowanie kamienia i fluoryzacja nie trwały nawet długo, ale zanim potem przebiłam się przez korki i znalazłam pod domem, zbliżała się 19, na którą powinnam się stawić u okulisty. Zadzwoniłam po taksówkę, co na korki nijak nie pomogło, u okulisty byłam kwadrans po siódmej. Zazwyczaj jestem bardzo punktualna i spóźniać się nie znoszę, ale kwadrans spoźnienia to jeszcze nie tragedia, a przynajmniej tak mi się wydawało do wczoraj, okulistka bowiem spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka, załamała ręce, i z emfazą aktorki teatralnej starej daty wykrzyknęła
– Pani ds! Ale pani się SPÓŹNIŁA!
– No owszem, przepraszam – rzekłam ja, zachowując jeszcze spokój – wie pani jakie są korki w tym mieście, a w dodatku dentysta mnie przetrzymał…
– Ale ja nie mogę już pani przyjąć! Mam co chwilę pacjenta! I gorąco jest!

Oszczędzę sobie opisów darcia szat i błagania jej na klęczkach, żeby mnie jednak przyjęła. Nie udało mi się zmiękczyć jej twardego serca, odesłała mnie z kwitkiem. Zapisując – oczywiście, że na następną środę. Jak tak dalej pójdzie, to w środy nie będę w ogóle wstawać z łóżka.

Potem dotarłam do domu przy pomocy dwóch autobusów (ależ ja dzielna jestem) i poczekałam na Misicę, która przywiozła koty. Chwaliła młodszego kota, że nie miauczy, chyba nigdy nie słyszała, jak on pół nocy piszczy żałośnie, pewnie ze stresu i tęsknoty. Do miauczenia jestem przyzwyczajona, ale od tych pisków serce się krajało. Poza tym musiałam przywyknąć, że dwa czterołape śledzą każdy mój krok spodziewając się bóg wie jakich atrakcji. Myślę, że jakoś razem przetrwamy te dwa tygodnie.

Jutro będzie lepiej

Kupiłam wczoraj Patelnię, Moją Miłość. Jest przecudowna, chociaż oczywiście za duża i stara pokrywka mi do niej nie pasuje, jednak kupiłam pocieszając się, że pokrywkę gdzieś dokupię. Nie było to rozumne wcale, ale z uczuciami się nie dyskutuje. Poza tym w Carrefourze mają teraz mopy w trzech kolorach optymistycznie i pastelowo wiosennych. (Byłam twarda i nie kupiłam żadnego.)

A dziś mamy kolejną środę do wyrzucenia na śmietnik historii, ja ostatnio coś nie mogę się zgodzić ze środami. Najpierw poszłam spać o 1 z minutami, gdyż miałam robótkę do zrobienia, potem obudziłam się o 6:43 nie wiem dlaczego, potem poszłam na pocztę pieszo, ponieważ zamknęli wszystkie ulice w promieniu dwóch kilometrów ode mnie (i ja tym razem nie przesadzam), zostawili tylko jedną nitkę, na której jest ruch wahadłowy. Dojechanie na pocztę odległą o jakieś 300 m od domu wymagałoby prawdopodobnie około 20 minut jazdy, a raczej stania w korku. To poszłam pieszo, tonąc po kostki w piachu, bo przecież tam wszędzie jest plac budowy, a potem na poczcie miałam przed sobą 5 osób i tylko jedno okienko czynne. Ale zacisnęłam zęby i wytrwałam. Wieczorem mam dentystę oraz przepaskudne badanie okulistyczne, którego szczerze nienawidzę i od tygodnia jestem nieszczęśliwa na to konto. W dodatku nie mogę dojechać tam samochodem, bo po tym badaniu nie można prowadzić. Jedynym pocieszeniem będą koty Misicy, które przybędą dziś wieczorem, chociaż pewnie będzie mi wszystko jedno, nawet jeśli postanowią zjeść ściany wraz z tynkiem oraz wykopać kafelki.

O wyższości aparatów analogowych nad cyfrowymi

Zazwyczaj do Warszawy pakuję się raczej niedbale, bo wiadomo – duże miasto, sklepy mają, poza tym siostra ma mieszkanie należycie zaopatrzone, i mydła oraz ręcznika nie muszę tam wozić własnego. Ale tym razem przeszłam samą siebie. Nie tylko zapomniałam spakować grzebienia oraz dezodorantu, ale w dodatku pierwszy raz w życiu zapomniałam pojemnika na soczewki (czytelnikom nieobytym z tym ustrojstwem należy się tutaj wyjaśnienie, że soczewki na noc należy wkładać do pudełka i zalewać płynem, bo inaczej się wysuszą i nie będą do użytku). Fakt odkryłam o północy w łazience mej siostry, nie mając w promieniu 10 mil morskich nikogo, kto mógłby mnie uratować, ani czynnego sklepu z takimi gadżetami, a pojemnik był mi potrzebny tam i natychmiast. Tonem rozpaczliwym zapodałam siostrze
– Znajdź mi jakiś mały pojemniczek zakręcany, błagam…
Rozejrzałyśmy się wspólnie po kuchni, gdzie niewiele było z myślą o sklerotycznych ds bez pudełka, po czym jednocześnie powiedziałyśmy „pudełko od filmu”. Siostra rzuciła się w wir poszukiwań i znalazła. Pudełko od filmu sprawdziło się znakomicie, soczewki przetrwały w nim noc bez uszczerbku.

Warszawa da się lubić?

A poza tym Warszawa nie była zła (pan policjant w ramach pocieszania oznajmił mi na zakończenie „mam nadzieję, że to pani nie nastawi negatywnie do Warszawy…”). Siostra osobista nakarmiła mnie jakimiś dziesięcioma litrami chłodnika i zabrała na przepyszne sushi (to jest powód, dla którego ja poważnie rozważę przeprowadzkę do miasta stołecznego, u nas sushi nie dają), byłam na World Press Photo i ja nie chcę wiedzieć jak się robi zdjęcie stopy słonia od spodu i czy było to ostatnie zdjęcie autora w życiu. Oraz nie chcę wiedzieć, jak się pływa bez kończyn (wszystkich czterech bez), wygrywając w dodatku jakąś olimpiadę. Zdjęcia tornad powalające absolutnie. Przebiegłam się też po mieście poklepując krowy, które licznie w centrum występują w barwach rozmaitych. Uroczy pomysł. Poza tym jak zwykle przeżyłam ciężki szok – Warszawa w weekend jest PUSTA. W takiej Galerii Mokotów w niedzielne południe były trzy osoby na krzyż, mimo darmowego parkingu (przeprowadzam się tam, u nas nie ma darmowych parkingów!). We Wrocławiu w Dominikańskiej o analogicznej porze jest taki tłok, że szpilki nie wciśniesz. Nie udało mi się spotkać z Zupą, a już słałam radosne smsy, ale rozmowa z moją rodziną wygląda tak „ależ oczywiście, wracamy wieczorem, nie mamy żadnych planów, możesz się umawiać”. A potem się okazuje, że wieczór to godzina 23 i ja jestem martfa (w przeciwieństwie do Babci Weatherwax). Następnego dnia zaś musiałam z najulubieńszą z mych sióstr poprzebywać, ponieważ odstawiła zwyczajową szopkę pt „oni wszyscy czegoś ode mnie chcą, a ja nie wiem co mam zrobić, żeby byli zadowoleni, to ja się może zabiję i wtedy będziecie zadowoleni”.

Ja widzę jasno jak na dłoni, że ona sama od siebie wymaga nie wiadomo czego, po czym sobie i nam wmawia, że to my od niej wymagamy, i usiłuje na nas to swoje poczucie winy zwalić, ale pojęcia nie mam co się z tym robi. Klasyczne jej zachowanie, kiedy jest zestresowana najazdem rodziny, a siostra szwagra to kobieta z osobowością ekspansywną ponadnormatywnie. Osobowością kafara, sprecyzujmy. Wszystko to nie zmienia faktu, że mogę sobie stanąć na głowie, oraz spowodować 5 wypadków drogowych, a i tak nie wiem, jak jej pomóc.

Pierwszy mandat ma gorzki smak

Do stolicy dojechałam w piątek wieczorem bez przygód, chociaż lekko nieżywa, natomiast w sobotę jechałam powoli i grzecznie pewną ulicą warszawską, kiedy z prawej wyjechała mi toyota. Zrobiłam więc to, co większość kierowców w takiej sytuacji robi – odbiłam w lewo, po czym zreflektowałam się, że po lewej za sobą mam corsę, więc wróciłam na swój pas za toyotę, hamując, żeby nie zaparkować w jej tyle. W następnym ułamku sekundy corsa przeleciała koło mnie i zwinęła sobą jakieś 3 metry bieżące barierki oddzielającej przystanek od ulicy.

Przyjechała policja, ja powiedziałam jak było, toyota powiedziała, że oni tylko przejeżdżali z daleka i przypadkiem widzieli zdarzenie (tak, i oczywiście dlatego byli zaparkowani jakieś 2 metry wyżej od zwiniętej barierki), corsa powiedziała, że w momencie zdarzenia toyota była przede mną (no jasne, że była. Jakby była gdzieś indziej, to nie musiałabym zmieniać pasa, nieprawdaż). Policja oznajmiła, że kieruje sprawę do sądu z powodu niemożności ustalenia sprawcy. Ja się zgodziłam. Po czym uświadomiłam sobie, że sprawa będzie w Warszawie, że co najmniej dwa razy, a pewnie więcej, będę musiała do tej Warszawy dojechać, w tygodniu, zwalniać się z pracy, wydać co najmniej 400 zł na dojazdy; i powiedziałam, żeby wypisał mi mandat. 200 zł i 6 punktów, potem na osobności dałam policjantowi jeszcze 100, żeby mi tych punktów na konto nie wpisywał.

I tak do tej pory uczciwa obywatelka zmieniła się w taką jak wszyscy – niebezpieczną piratkę drogową, korumpującą władzę. Cóż, wiedziałam, że to kiedyś nastąpi.

Garść pytań retorycznych na każdą okazję

Czy noszenie sukienek na spodnie to jest teraz już trend obowiązujący i ja będę musiała patrzeć na to przez całe lato?
Czy pojechanie do Warszawy w najbliższy weekend, w który mogłabym się spotkać z laskąone we własnym Wrocławiu to bardzo wyjątkowy pech?
A może raczej złośliwość losu?
Czy przesadzenie zielonego, liściastego młodziana do nowej większej doniczki spowoduje, że tenże nie będzie już chciał popełnić samobójstwa zeskakując razem z doniczką z parapetu?
Czy jak za chwilę zasnę w pracy i uderzę głową w klawiaturę, to mnie wyrzucą z pracy?
A jeśli nie uderzę głową w klawiaturę, to też?
Czy ktoś mógłby mi przynieść łóżko, ale natychmiast?

Bez znieczulenia

Bardzo bym chciała, żeby moja dentystka przyjęła w końcu do wiadomości że ludzie są różni, i na mnie to jej magiczne znieczulenie podawane przez komputer z prędkością fizjologiczną nie działa. NIE DZIAŁA. I nie udaję, że mnie boli, ani nie robię tego złośliwie, żeby utrudnić jej życie. Ono mi znieczula policzki, język i gardło – wszystko, tylko nie ząb. A robiła mi dwa naraz, można się lekko zirytować, zwłaszcza jeśli człowiek płaci za to znieczulenie i jedyne co ma za swoje pieniądze, to spuchnięte gardło przez 4 godziny. Oraz krzywe spojrzenia dentystki, która pojąć nie może, że mimo jej magicznej maszynki pacjentka się wierci, krzywi i jęczy. Za to mam już Internet w domu.