Plan jest taki

państwo się pakujecie i jutro jedziecie za mnie na urlop, a potem opowiadacie mi, jak było i opisujecie to na blogu, a ja w tym czasie leżę do góry brzuchem i NIC NIE ROBIĘ. Albowiem zupełnie, absolutnie, zdecydowanie nie mam siły nigdzie jechać.

Jeśli jednak jutro bladym świtem pojadę, obrawszy za kierunek północ (a potem jeszcze trochę na północ), to do zobaczenia w sierpniu. Bloga mi proszę podlewać, żeby nie usechł!

Beznadziejność bez kotów

Zaczęło się od tego, że nie poszłam na step, bo zepsuło mi się lewe kolano. Nawaliło już tydzień temu po dwóch poprzednich stepach, ale ja się tym zupełnie nie przejęłam (bo co z tego że boli, trza być twardą, itd), zabrałam opaskę na staw i miałam szczery zamiar iść na kolejny step, a kolano niech lepiej się nie wygłupia, dopóki wczoraj po wyjściu z pracy nie spróbowałam wejść po schodkach na parking. Co okazało się nie całkiem możliwe. Poszłam więc tylko na normalny aerobik, który kolanu – o dziwo – zrobił całkiem dobrze. Natomiast nie wiem, co będzie w sierpniu: mój fitness klub okroił zajęcia z powodu lata (czemu ceny nie okroili, ja się pytam!) i jest teraz głównie step. Trudno, będę się tym martwić w sierpniu.

Potem dotarłam do domu, wsadziłam jednego kota do koszyka, drugi kot się tam umieścić nie dał i jechał w samochodzie luzem (darł się całą drogę, a drugi z koszyka piszczał). Misica dowiedziawszy się o tym popatrzyła na mnie jak na głupią i zapytała ironicznie
– A co on ci robił, że się nie dał wsadzić?
– No… dostał 17 łap i się zapierał – wyjaśniłam bardzo obrazowo, ale ona nie całkiem uwierzyła. Obejrzałam nowe kolory na ścianach Misicy i wróciłam do pustego domu, gdzie nikt nie miauczał rozpaczliwie bez celu, nikt nie drapał kanapy, nikt nie skakał po mnie, nikt nie zjadał kwiatków, nikt nie robił hałasu tłukąc się z drugim nikim, i było mi absolutnie beznadziejnie. Dziś rano nikt mnie nie obudził o 5 i nie przyszedł mruczeć do łóżka. Życie nie ma sensu.

216 lat później

Słucham rano o sprawcach londyńskich zamachów i myślę, że Fallaci jednak ma rację, że nie da się, w żaden sposób nie da się prowadzić dialogu z ludźmi, którzy byli tam urodzeni i wychowani, i którzy potem poszli na samobójczą śmierć ciągnąc za sobą niewinnych. I nie chcę słuchać o wielu obliczach islamu. Tylko jeśli nie próby dialogu, to co innego nam pozostaje?

Poza tym znowu kocham Pilcha. I Politykę za wydanie gazeteńki z sudoku (wolałabym wprawdzie krzyżówkę hetmańską, lecz cóż). Od sudoku oderwało mnie wczoraj wieczorem tylko mycie głowy mniejszego kota wykonane językiem kota większego. Gruntowne mycie, wraz z uchem. Nie istnieją śmieszniejsze i jednocześnie bardziej rozczulające widoki na świecie.

Donos

Uprzejmie informuję zainteresowanych, że obywatelka ds, zamiast oddawać się rzeczom powszechnie uznanym za pożyteczne, a to na przykład: szukaniu lekarstwa na raka, szukaniu sposobu na głód w Afryce, szukaniu metody zakończenia wojny w Iraku, czy choćby rodzeniu nowych obywateli naszego państwa, albo gotowaniu schabu w kapuście mężowi (którego zresztą obywatelka ds, jako jednostka wybitnie aspołeczna, nie posiada, i ja sugeruję, żeby odnośne służby się tą sprawą zajęły), otóż wyż. wym. obywatelka zamiast to wszystko czynić oddawała się wczoraj ohydnej hollywoodzkiej rozrywce pod kryptonimem „Wojna światów”. O ile w ogóle rozrywką można nazwać to potworne masowe zabijanie ludzi liczonych w miliardach, i ogólny nastrój beznadziejności oraz flaków walających się wszędzie. W dodatku, szanowna władzo, informuję dalej, że obywatelce to się podobało i uznała film za, cytuję, „zupełnie nieźle zrobiony”.
Następnie wyż. wym. obywatelka udała się do własnego domu, gdzie w dalszym ciągu nie spełniała żadnych zadań wobec ludzkości, tylko zabawiała koty przy pomocy latarki, wstążeczki, piłeczki z piórkiem oraz tuzinów grzechoczących myszy.
Pozostając w przekonaniu, że wobec obywatelki ds zostaną wyciągnięte odpowiednie konsekwencje,
Życzliwy

Mam też nową szczoteczkę do zębów

Z kotami wczoraj bawiłam się ładnie tasiemką dla odmiany. Taką tasiemką należy szurać po kanapie, po czym kot ją dopada, wbija pazur, a potem pakuje sobie do paszczy i paszczą ją memła (jeden kot, bo drugi kontentuje się wbiciem pazura). Wtedy należy mu delikatnie z tejże paszczy tasiemkę wyciągnąć i od nowa, aż do znudzenia. Oczywiście nudzi się tylko człowiek, no bo przecież nie kot. Nieustanną radość sprawiają też grzechoczące myszy, których przerób wynosi 3 na tydzień, bo Kocio je zjada (chociaż ja naprawdę mu daję jeść!). Znaczy obdziera z futra i porzuca plastikowy kadłub, a w wersji hardkorowej przegryza również kadłub i wysypuje ze środka to coś grzechoczące.

Nadal czytam Nabokova i uśmiecham się do niego porozumiewawczo poprzez dzielącą nas złudnie nieskończoną czasoprzestrzeń, kiedy natrafiam na passus „Vivian Bloodmark, moja późniejsza znajoma filozofka”. Świat, który on kreuje nawet jednym zdaniem, jest bardziej realny niż moja własna przeszłość, zupełnie nie wiem jak on to robi. Poza tym czuję się jak szmata ciśnięta na dno kubła, nadaję się wyłącznie do położenia na podłodze i użycia w charakterze wycieraczki. Gdzieś podział się mój optymizm i radość życia, może pojechały na urlop? Może wrócą?

Kotów nie oddam!

Pani Szymczyk całkiem ładnie wygląda na zdjęciu w kolorowym dodatku sobotnim do GazWybu, powinna zatem na wyglądaniu poprzestać i nie próbować pisywać recenzji, bo wychodzi jej to żałośnie. Z równym powodzeniem mogłaby napisać w dodatku dla kobiet, że dwumiejscowy sportowy kabriolet Porsche to beznadziejny samochód, bo w bagażniku mało miejsca na zakupy, a kobietom wiatr niszczy fryzurę. I miałaby dokładnie tyle samo racji, co pisząc, że Sin City niedobre jest, banał i flaki się poniewierają. Owszem, poniewierają się i banał straszny – to jest ekranizacja komiksu, na boga. Przepięknie zrobiona. I jak kto tego nie umie docenić, to niech się lepiej zajmie swoją blond fryzurą, efekty uzyska lepsze.

Zrobiłam wczoraj koci kołowrotek, do którego potrzeba metra linki oraz co najmniej jednego kota. Zasiadłszy na kanapie merda się linką, po czym przyciągnąwszy kocią uwagę kręci się tą linką wokół siebie powodując kocie bieganie w kółko. Kołowrotek uznajemy za poprawnie wykonany, jeśli kot wykonał przynajmniej dwa pełne okrążenia wokół człowieka. Po czym dostałam sms od Misicy, że dziś wracają. Usiłuję wymyślić jakiś powód, żeby nie oddawać jej kotów, co chyba mi się nie uda. Może po prostu się zabarykaduję w mieszkaniu..?

Niespodzianki życia codziennego

Spotkawszy w gronie znajomych eks-małżonka najpierw jak zwykle przelotnie zastanawiam się, cóż u licha mnie zmusiło, żebym z nim była, i co ja sobie właściwie wyobrażałam, a dopiero po godzinie zauważam na jego palcu obrączkę. Najpierw doświadczam bardzo nieprzyjemnego déjà vu (identyczna jak nasze, jakby już innej nie mógł zrobić), a potem dociera do mnie, że – niesłychane doprawdy – nie jestem jedyną kobietą na świecie, która potrafi powiedzieć „tak”. Kontrolnie pytam – tak, ożenił się. W sobotę. Reszcie znajomych opadają szczęki, wnioskuję więc, że nie tylko ja byłam w błogiej nieświadomości. Drążę dalej, czemu w takiej tajemnicy to trzymał, ale nie uzyskuję sensownej odpowiedzi. Wstydził się czy co? W myślach zauważam, że udało mu się drugą żonę rzutem na taśmę przed 40 pozyskać. I mam nadzieję, że ostatnią, bo ja mu dobrze życzę. Co nie przeszkadza mi mieć następnie cichego i głębokiego doła na temat „jemu to się udało, a mnie nikt nie chce i do końca życia będę samaaaa”, aż moja siostra osobista dzwoni i na mnie krzyczy.

Sobota od rana deszczowa, mój nastrój też, wymyślam więc, że trzeba coś upiec i nastawiam się najpierw na ciasteczka piwne, ale zaraz nabywam drogą kupna jagody i produkuję mufinki jagodowe. Wyżeram cztery ledwie wyjąwszy z piekarnika, są wykwintnie przepyszne. A teraz mam w lodówce maliny i czereśnie, w garnku leczo, i zaraz zjem na obiad omleta ze szczypiorkiem, proporcje jedynie słuszne: dwa pęczki szczypiorku i dwa jajka. Mniam. Za oknem grzmi.