Jak Hypnos z Morfeuszem sobie poimprezowali

Dziś rano nie udało mi się wychodzić z domu przez dwie godziny, ponieważ musiałam wstać o 6:15 i zawieźć Józefinę do serwisu. Wstawanie było trudne i ciężkie, bo pół nocy nie spałam (Hypnos raczy wiedzieć czemu), a drugie pół śniła mi się Irena Kwiatkowska prowadząca dużego fiata (Morfeusz raczy wiedzieć dlaczego; podejrzewam, że razem z tatuśkiem wybrał się tej nocy na niezłą imprezkę i kompletnie o mnie zapomnieli). Ale wstałam, przejechałam przez miasto i nawet byłam na czas. Potem wykorzystałam fakt, że pod serwisem jest przystanek autobusu jadącego do mojej pracy, wprawdzie okrężną drogą, ale jechałam tylko pół godziny. Kolejny przystanek jest zaś pod domem, w którym mieszkałam jeszcze nieco ponad trzy lata temu z osobistym małżonkiem, za 2 złote zafundowałam sobie więc podróż sentymentalną. Dodatkowo wczoraj wieczorem znienacka przypomniałam sobie, jak byłam strasznie nieszczęśliwa te trzy i pół roku temu, jak zupełnie nie wiedziałam co robić i dlaczego jest tak jak jest, i swoje przekonanie, że moje życie właśnie się kończy, i właściwie dlaczego ja je spieprzyłam na własne życzenie. Zadziwiające, jak bardzo teraz mi się wydaje, że to wszystko przeżywał ktoś zupełnie inny, bo przecież nie mogłam to być ja.

Z rzeczy, które ostatnio wzbudziły we mnie uczucia żywe, choć nienazwane: obchody 25lecia Solidarności i obok pielęgniarki strajkujące w żądaniu podwyżki, zupełnie ignorowane. Przemówienie Wałęsy zakończone buńczucznym „Europa powinna się uczyć od Gdańska” (a sądziłam, że już przestaliśmy się uważać za mesjasza narodów, ale to chyba pokolenie musi minąć). Na koncercie Jarre’a „Mury” z ostatnim refrenem „A mury rosły, rosły, rosły, łańcuch kołysał się u stóp…”

Witam państwa

w dzisiejszym odcinku porannych pogadanek kulturalno-oświatowych. Dzisiaj zajmiemy się zagadnieniem, w jaki sposób mając rano nastawiony budzik na godzinę siódmą z minutami nie być w stanie wyjść z domu przed 9:30. Jest z nami w studiu ekspert, pani ds…
– Dzień dobry, rzeczywiście jest to fascynujące zagadnienie, ale za chwilę przekonają się państwo sami, że przy odrobinie wprawy i umiejętności nie jest to nic trudnego. Przede wszystkim należy zacząć od leżenia w łóżku przez co najmniej kwadrans i ponurego rozmyślania o dniu, który nas czeka. Później przypominamy sobie o konieczności wizyty w bibliotece i zabieramy się za poszukiwania karty bibliotecznej. Najpierw przeszukujemy miejsca oczywiste, potem mniej oczywiste, a potem zupełnie absurdalne, w przerwach przeszukując te oczywiste jeszcze pięć razy. Oczywiście nie muszę dodawać, że znalezienie karty zniweczyłoby całkowicie nasz plan, tak więc karty nie odnajdujemy. Poddajemy się i idziemy do łazienki, gdzie również spędzamy bardzo dużo czasu, nie będę się tutaj wdawać w szczegóły, bo na pewno każdy sobie poradzi sam we własnym zakresie. Następnie szukamy sukienki, która najwyraźniej sama wyszła z szafy, kiedy nie patrzyliśmy. I tutaj taka uwaga: jeżeli nie znajdziemy sukienki, to po pewnym czasie musimy znaleźć ubranie zastępcze, proszę o tym pamiętać. Znalezione ubranie prasujemy, po czym wracamy do poszukiwań karty bibliotecznej, która w końcu odnajduje się w naszym własnym plecaku. W tej chwili, jeśli wszystko wykonaliśmy poprawnie, mamy już zapewne godzinę 9 z minutami, przystępujemy więc do spożywania śniadania, oczywiście koniecznie w trakcie czytając parę stron ulubionej lektury, bo bez książki rozpoczynanie dnia się nie liczy. Później już tylko ostateczne przygotowania przed wyjściem i tak oto mamy godzinę 9:30.
– Bardzo dziękuję za te szczegółowe wyjaśnienia, myślę, że teraz każdy z państwa znakomicie sobie poradzi z tym problemem. Do zobaczenia w następnym odcinku!

Kierunek NW

Po ugotowaniu lecza w ilości wystarczającej dla niewielkiego pułku wojska zaczęłam się szykować do wyjścia celem obejrzenia maszyn latających w konkursie Red Bulla. I kiedy już wychodziłam, już obuwie miałam na nogach, już za klamkę łapałam, zadzwonił telefon.
– Ale wiesz, że odwołane? – zapytał retorycznie kumpel. Już wiedziałam. I zmieniłam swoje plany w locie, pojechałam mianowicie na wycieczkę rowerową pod hasłem „bez celu, lecz z oczami otwartymi”.

W dawnych czasach zwiedzałam tak Londyn i Paryż, i Amsterdam i Pragę: schować skrzętnie mapę i iść przed siebie, sprawdzając, co ma Miasto do zaoferowania spragnionym oczom młodego wędrowca. O ileż rozkoszniej było odkrywać znienacka, że właśnie dotarło się na Baker Street, niż na tę Baker Street specjalnie się wybierać, planować, nastawiać psychicznie i nieuchronne rozczarowanie przeżywać. Tak zrobiłam teraz, we własnym mieście, obrawszy za kierunek generalny (bardzo proszę nie mylić z nieśmiertelnym „I fart in your general direction”) północny zachód, i jadąc na azymut przed siebie. Odkryłam najpierw wielkie boisko, piaszczyste bezdroża i trawę wysoką na metr, schowane starannie za blokami, może 200 metrów od miejsc, którymi przejeżdżam samochodem dwa razy w tygodniu. Potem wyjechałam na elegancką ścieżkę rowerową i natychmiast postanowiłam nią jechać, póki się nie skończy. Jechałam tak jakieś 10 km, ale nie zamierzałam zrezygnować z postanowienia, i w nagrodę odkryłam Maślice, gdzie czas się zatrzymał, powietrze też stało w miejscu, lokalni pijaczkowie niedzielni przyglądali mi się wielkimi oczami, rozkład jazdy autobusu wyglądał na zupełnie nieużywany, a kocie łby musiały się datować z wieku XIX, a może z trzeciorzędu. Przejechałam następnie koło słoneczników wielkich na 3 metry, i koło kościoła, w którym trwała msza, a ktoś z polipami w nosie śpiewał „Barkę” tak straszliwie mecząc, że jego matka musiała być kozą. Mym oczom następnie ukazały się całe uliczki pełne identycznych domków, jak suburbia amerykańskie, kostka na ulicy i kostka na chodniku; próbowałam sobie wyobrazić, jak ludzie po pijaku trafiają do swej siedziby, jedynej wśród jednakowych. Może nie piją, a może Mały Książę ich czegoś nauczył. Właściciel jednego domu na pewno nie ma takich problemów, jego domostwo razem z garażem obrośnięte było dzikim winem tak wyjątkowej urody, że prawie uległam impulsowi nakazującemu mi natychmiast ukraść kawałek (a teraz żałuję, że nie uległam). W genach po M. mam słabość do wina pnącego. Jakieś dziecko lokalne pędząc na swoim rowerku wykrzyczało do mnie „dzień dobry”, dobrze wychowują dzieci na tych Maślicach, a może mam tam sobowtóra (myśl odrzuciłam jako niezorganizowaną, takie potwory nie mogą wszak występować w naturze w dwóch egzemplarzach). Jechałam tak, słońce spadało mi na głowę, potem zanurzyłam się w cień leśny i zrobiło się przyjemnie chłodno, wyjechałam znów na słońce i odkryłam, że jest straszny upał, jeśli się zatrzymać.

Bardzo dobra niedziela sierpniowa to była.

Czemuż, ach czemuż, mam plaster na palcu?

Wielkie kompendium wiedzy kuchennej dla panien, mężatek oraz rozwódek zaleca wyraźnie (a w każdym razie zalecałoby, gdyby istniało), żeby, jeśli już koniecznie musimy odkroić sobie kawałek własnego palca (opacznie pojmując określenie „odnowa biologiczna”), nie czynić tego na początku działań kuchennych, lecz na ich końcu, na włochate łydki Diogenesa! Zlekceważyłam tę światłą poradę i obcięłam fragment własnego lewego kciuka przy drugiej, słownie drugiej, cebuli na leczo, mając w perspektywie krojenie reszty cebuli oraz pozostałych czterech składników w ilości mierzonej na kilogramy. Palec oblizałam, zawinęłam plastrem i kroiłam dalej, z braku zastępczej ręki. Udało mi się przy okazji zaobserwować, że sok z pomidorów szczypie, jeśli się dostanie do świeżej rany. Zapamiętać na przyszłość przykazanie: nie rzucaj się w wir działań kuchennych, jeśliś się jeszcze nie obudziła. Była to przy okazji inauguracja mej nowej deski kuchennej wielkiej urody, więc nawet podejrzliwie pomyślałam, że może jest obłożona klątwą… ale nawet jeśli tak, to albo ofiara ze świeżej krwi albo sok z cebuli musiały tę klątwę zmazać.

The Pompka Story

Zbieram punkty jak dają, ale te programy lojalnościowe na mnie średnio działają, bo za mało tych punktów, żebym się zmuszała do tankowania na jednej stacji, poza tym katalogów jakoś nie przeglądam z błyskiem w oku. Ale jak już dają, to z ciekawości kiedyś sprawdziłam, co za te punkty mogę mieć, i wynalazłam jedną (słownie jedną) przydatną rzecz, mianowicie pompkę nożną do pompowania różnych rzeczy (własnego ego oraz opon rowerowych na przykład).

Jakieś trzy miesiące temu zażądałam na stacji pompki i dowiedziałam się, że nie ma. A czy będzie, nie wiadomo. W ramach nowego hobby pytałam od czasu do czasu na różnych stacjach, ale pompek nigdzie nie było. W końcu się zirytowałam, bo co to jest – ja punkty zbieram pilnie, a oni mi pompki nie chcą dać? A jakbym tak na przykład marzyła gorąco o tej pompce od trzech lat i spać nie mogła? Tydzień temu wystosowałam maila (niech żyje Internet) do BOKu z pytaniem, czy jest jakaś szansa, że dostanę moją wymarzoną pompkę, zupełnie nie licząc na odpowiedź i zapominając o sprawie pięć minut o wysłaniu maila. A tu niespodzianka. Niedługo przyszła odpowiedź „Czy chciałaby Pani odebrać pompkę na stacji…” i tu wymieniona stacja, przez którą przejeżdżam w drodze do pracy. „Permanentna inwigilacja” sarknęłam sobie i odpisałam, że łaskawie się zgadzam. Pani BOK obiecała, że pompkę mi wyśle i punkty pobierze. Wstąpiłam na stację dwa dni później i przeprowadziłam dialog następujący:
– Czy jest dla mnie pompka?
– Jaka pompka?
– Za punkty, mieli wysłać z Warszawy.
– Ale pompki są do odbioru na stacji, nie do zamawiania!
– A macie państwo takową na stanie?
– …
– A mieliście przez ostatnie pół roku?
-…
– No właśnie – zakończyłam rozmowę i sobie poszłam, żeby wrócić wczoraj.
– Dzień dobry, czy jest dla mnie pompka? – jak w tym dowcipie o zajączku i marchewce.
– Jaka pompka?
– Za punkty – i tak dalej, wyjaśniłam sprawę jeszcze raz od nowa.
– A nazwisko?
Podałam nazwisko (podkreślam, trudne nie jest, a ja nie bełkoczę).
– Jak?
Podałam nazwisko dzieląc na sylaby.
– JAAAAK?
Wzięłam głęboki oddech i podałam nazwisko trzeci raz dzieląc na sylaby i robiąc przerwy między tymi sylabami. Panienka nadal patrzyła na mnie z całkowitym brakiem zrozumienia, ale schyliła się, pogrzebała gdzieś pod ladą, wyciągnęła pakunek, rzekła
– No tak, coś tu jest – i wręczyła mi pompkę, do której była przyklejona kartka od pani BOK informująca wyraźnie (aczkolwiek ODRĘCZNIE – czy oni w BOKu nie mają drukarek?), że wysyła pompkę dla pani ds, punkty z karty już pobrała i w ogóle dziękuje.

Pompka działa.

Już zawsze będę…

Pojechałam z Józefiną do przeglądu i teraz mam listę ofiar: amortyzatory, pasek klinowy, klocki hamulcowe (ale za 5 tysięcy, a ja nawet mam zapasowe, bo kupiłam już dawno) i wyciek z chłodnicy (co wiem, że go mam, bo ta woda gdzieś sobie ucieka już od dawna). Kolega z japończykiem się ze mnie wyśmiewa, bo on od 70 tysięcy tylko olej i filtry zmienia. Cóż, Józefina jest moją najlepszą czworokołową przyjaciółką i nie będę jej niczego żałować, za tydzień zatem zostanie oddana (o 8 rano, to jest dopiero poświęcenie). Wczoraj wymienili jej różne filtry i płyny, co też jej dobrze zrobiło, na przykład nagle poczułam, że w moim samochodzie naprawdę jest wentylacja.
Potem było już za późno, żeby pojechać na basen, więc pojechałam do sklepu z bielizną, co mi go Misica polecała. Weszłam i zeznałam, że chciałabym kostium kąpielowy, spodziewając się standardowej odpowiedzi: „W sierpniu?? Czy pani na głowę upadła? A poza tym i tak namiotów nie sprzedajemy, do widzenia”. Tymczasem dziewczyna wskazała mi drogę do kazamatów, które całe były wypełnione kostiumami kąpielowymi. Zabrałam się za buszowanie, ale po chwili obfitość mnie przygniotła, więc zwróciłam się do pana (jego płeć w tym kontekście mnie nieco onieśmielała, ale co tam, raz się żyje), spodziewając się, że wybierze mi jedną sztukę z łaski, jak to zazwyczaj bywa. W ciągu 2 minut dostałam do rąk 15 sztuk kostiumów i musiałam poprosić, żeby dalej nie szukał. Potem miałam już tylko problem z wyborem fasonu i koloru. Z rozpędu nabyłam sobie również stanik, po czym wyszłam ze sklepu tyłem, gnąc się w ukłonach i obiecując wylewnie, że ja tam jeszcze wrócę i w ogóle będę stałą klientką, a najchętniej to tam zamieszkam. To może teraz mantra: już zawsze będę słuchać Misicy.