Na co można koty przehandlować

Najpierw udało mi się zarwać trzy noce, mianowicie w czwartek siedziałam przed kompem do późna, a właściwie do wczesnych godzin piątkowych. W piątek wieczorem zamiast iść odespać siedziałam z przyjaciółmi w knajpie, myśląc, że wyśpię się kiedy indziej. Nie było to na pewno w sobotę rano, kiedy to obudziły mnie koty, ja zaś raźno wstałam z myślą, że w końcu umyję samochód, co istotnie po paru godzinach mi się udało, a potem pojechałam na wycieczkę rowerową. Zaś w niedzielę o 6 obudził mnie Kocio, który od soboty miał fazę „a ja będę tak stał i donośnie miauczał, przez cały dzień i noc” i nie było wiadomo o co mu chodzi. Przed zamordowaniem futra powstrzymywała mnie tylko myśl, że w niedzielę wieczorem prawowita właścicielka na pewno zabierze kociego marudę. Tymczasem na cały dzień uciekłam z domu na Śnieżnik. To wprawdzie nie Tatry, ale po Sudetach też warto połazić. Szkoda, że tej wieży nigdy nie odbudowano, ładna była i pewnie widok z niej był ciekawy, bo teraz z tego płaskiego szczytu niewiele widać.

Wróciłam strasznie zmęczona i zadowolona, przyjechała Misica i zabrała futra dając mi w zamian przepiękną olbrzymią szklaną deskę do krojenia w kolorowy makaron muszelkowy. Jest piękna i najpierw chciałam ją powiesić na ścianie, ale może się przełamię i będę jej jednak używać. Bez futer mi trochę smutno, chociaż się w końcu wyspałam.

Krwawe wydarzenia i tajemnica tajemnic

Znów mieliśmy przejścia, tym razem krwawe. Wieczorem przyszedł do mnie kolega. Otwierając mu drzwi wzięłam czarnego na ręce, bo to ciekawskie kocię zawsze się wymyka na klatkę. Zupełnie nie przewidziałam, że zasadniczo przyjazny ludziom futrzak panicznie przerazi się mojego raczej niegroźnego kolegi i wyrwie się, robiąc mi przepiękne cięcia na lewym ramieniu. Wrzasnęłam i zamiast zajmować się gościem ocierałam krew, kot zaś obserwował nas nieufnie.

Przedtem natomiast perswadowałam temuż kotu, że resztka łososia wędzonego przeznaczona jest wyłącznie dla homo sapiens, dla nieopierzonych dwunogów z płaskimi paznokciami. Na litość go brałam, że z głodu przecież umrę. Przemowy wygłaszałam z emfazą i chwytów demagogicznych też nie unikałam. Wszystko na nic, musiałam się pożywieniem podzielić.

A jeszcze wcześniej wracając do domu stałam sobie jako druga na świetle czerwonym, gdy przed maską, czyli w odległości jednego samochodu od pasów, przemknął mi osobnik płci męskiej jeszcze niestary, lecz w wieku zapewne już pobalzakowskim. Zdążyłam do siebie zamarudzić
– Co za ludzie, czy oni się w lesie wychowują, naprawdę, daleko ma do tych pasów? – gdy rzeczony osobnik zamiast przejść przez ulicę podbiegł do kierowcy samochodu na lewym pasie i coś z nim przez parę sekund uzgadniał.
– Znajomego spotkał? – snułam sobie przypuszczenia, które się wniwecz obróciły, gdy za chwilę facet podleciał do kierowcy samochodu stojącego przed tamtym.
– Żebrze? Sprzedaje coś? Samochód mu się zepsuł i szuka kabli rozruchowych albo linki holowniczej? – takie oto hipotezy przeleciały mi przez umysł, tymczasem osobnik wsiadł do tego drugiego samochodu na tylne siedzenie. I co było dalej, tego nie wiem, bo światło zzieleniało i wszyscyśmy ruszyli. Ot i zagadka.

Paranoja oraz kocie upodobania kulinarne

Pewnie moja reakcja na mp3 wczorajszą była spowodowana tym, że w weekend oprócz łażenia po skałach i picia piwa zajmowałam się również zdalną akcją ratunkową, bo moja osobista schizofreniczka rodzinna wyjechawszy na wywczas przestała odbierać telefony. Co oznaczało, że jej matka wydzwaniała do nas z załzawionym żądaniem pomocy. Nie dało się jej nijak wytłumaczyć, że po prostu telefon się rozładował; łatwiej już byłoby przekonać Kaczyńskiego, żeby w wyborach nie startował. Szczęściem w tamte rejony wybierała się akurat koleżanka, więc przekazałam jej adres, nauczyłam na pamięć co ma powiedzieć (a to naprawdę nie takie proste, kiedy ma się do czynienia z paranoiczką) i zobowiązałam, że pójdzie i sprawdzi. Po czym moją siostrę olśniło
– Ty, ale to wszystko na nic. Przecież ona nie odbiera domofonu!
(Wspominałam coś o paranoi?). Istotnie, domofonu nie odebrała, ale poskutkował plan B, który zakładał wciągnięcie do pomocy sąsiada.

And now for something completely different. Nie przestają mnie zadziwiać upodobania kulinarne małego kota. Wszelkie żarcie dla futrzaków jest otóż niejadalne (z wyjątkiem suchego, na szczęście). Saszetki w dowolnym smaku pogardliwie zakopuje łapą, witamin kocich jeść nie chce bez względu na kształt, kolor i zapach. Za jedzenie ludzkie za to da się pokroić. Kabanosy nadal są na fali, poranny jogurt też dzielę z kotem, a wczoraj wsadził paszczę w mojego łososia wędzonego, i wcale mu nie przeszkadzało, że skropiłam ulubione pożywienie obficie cytryną (czego koty zazwyczaj nie lubią). Zeżarł rybki nieco, po czym zażądał ciastka francuskiego cynamonowego. Myślałam, że się wygłupia, ale zjadł kawałek i chciał jeszcze. Słowo daję, że w oczach drugiego kota malowało się bezbrzeżne zdumienie oraz lekki niepokój.

Śnił mi się pan, który bardzo chciał się ze mną ożenić, i wszystko załatwił – nawet kupił mi sukienkę (biało-turkusową, ja ostatni raz turkus miałam na sobie jakieś 17 lat temu). Ponieważ podobałam się sobie w tej sukience, pan był niesłychanie elegancko ubrany, a w podróż poślubną mielismy jechać fajnym dużym samochodem nad jakieś ciepłe morze, to się zgodziłam. (Jakby co, to ja się stanowczo wypieram jakichkolwiek związków z tą częścią mojej podświadomości, która ma takie pomysły, tak?)

O kotach, myszach i licznikach

Mieliśmy wczoraj trochę przeżyć, czarne utrapienie kocie mianowicie wskoczyło z rozpędu do zlewu, nie zauważając że stoi tam garnek wypełniony wodą, i trochę zmoczyło siebie oraz otoczenie. Latałam za czworonogiem z ręczniczkiem papierowym, ale i tak zanim wysechł, zdążył pójść do kuwety i wyjść z niej nieco oblepiony piaseczkiem zbrylającym. Musiała pójść w ruch szczotka. I dobrze, że go wyczyściłam, bo dziś rano znalazłam przedmiotowe zwierzę na swojej poduszce. Było dużo głaskania, a chwilę potem z wanny mogłam obserwować malownicze pościgi i walki w wykonaniu dwóch ogoniastych. Należy również odnotować w annałach jedną zeżartą sztuczną mysz, której szczątki wczoraj wyrzuciłam do kosza. Fascynuje mnie natomiast, gdzie podziewają się ogony tych myszy, które znikają jakieś 3 do 5 minut po dostarczeniu ich kotu, i nigdy już się nie odnajdują. Muszę gdzieś w domu mieć fantastyczny składzik ogonów. Jak znajdę, to będę je sprzedawać na allegro. Chyba że on je jednak zjada, co wcale by mnie nie zdziwiło.

O poranku pocztą firmową dostałam mp3 zatytułowane „niebieski licznik” i zareklamowane jako „ubaw po pachy”. Odsłuchałam całe, chociaż pierwsze 3 minuty wystarczyły mi, żeby się zorientować, że kobieta rozmawiająca z pracownikiem zakładu energetycznego cierpi na schizofrenię paranoidalną. Prawdopodobnie mniej więcej tak samo rozbawiłoby mnie oglądanie inwalidy, który nie może sobie poradzić z wysokim progiem. Odpisałam ubawionemu po pachy wysyłającemu, że jest to choroba i że równie dobrze może się śmiać z jednonogich ludzi. Ale ktoś tę mp3 musiał przygotować, puścić w internet i nie miał nawet na tyle przyzwoitości, żeby wygłuszyć dane personalne kobiety. Nie mogę pojąć tak totalnego braku wrażliwości, chociaż bardzo możliwe, że to jednak ja jestem przeczulona. Gdybym nie miała z tą chorobą do czynienia więcej, niż bym chciała, to może też by mnie to śmieszyło?

Plany są niezłe, ale życie ma własne pomysły

Pierwszy plan był taki, że w długi weekend jadę w Tatry, bo się straszliwie stęskniłam. Ale siostra kazała mi się puknąć w głowę, pomyśleć, jaki tam będzie tłum ludzi, i jaki będzie korek na Zakopiance. Za to zaproponowała weekend w skałach w Jurze, więc pojechałam w skały. Z kolejnym świetnym planem, mianowicie oni się mieli wspinać, a ja sobie łazić po okolicy, bo pionu nie uznaję. Po czym zaproponowali, żebym spróbowała. A jakże: ubrałam się w uprząż i podeszłam do ściany, żeby udowodnić raz a dobrze, że ja się do tego sportu nie nadaję, i mieć to z głowy. Następnie okazało się po pierwsze, że jak człowiek jest 5 metrów nad ziemią i stoi na jednej nodze przytrzymując się paznokciem, to bardzo nie chce spaść (nie do końca jednak ufałam asekuracji), więc musi już iść w górę; a po drugie, że 15 metrów skały, co z dołu wydaje się najwyżej jakimś takim większym grzybkiem, widziane z góry nagle urasta do rozmiarów Kościelca. Dawno nie byłam z siebie taka dumna, jak wtedy, kiedy już wgramoliłam się na czubek. Po czym kazali mi zjechać na dół i to też było pewne przeżycie (ale nie zjeżdżałam metodą na kota, wczepiona pazurami w skałę, byłam twarda). Jak już byłam na dole, to oczywiście chciałam z powrotem na górę. Bilans wyjazdu: mam kilkanaście fajnych siniaków i zadrapań, uprząż otrzymaną w spadku, i usiłuję samą siebie przekonać, że to naprawdę nie jest sport dla mnie.

Wracałam ze Śląska do Wrocławia przez Kędzierzyn, ponieważ nigdzie po drodze nie było czynnej stacji benzynowej, a na A4 wjeżdżać bez zapasu paliwa to samobójstwo. Za to nie zabłądziłam nigdzie po drodze, na Orlenie (paliwko zaś po 4,09, coś jest w tym przysłowiu, że głupi ma szczęście) niesłychanie uprzejmy ichniejszy pracownik wyjaśnił mi dokładnie, jak wyjechać w kierunku na Opole, żebym już nie musiała wracać (zacytuję: „na światłach w prawo, na pierwszym rondzie prosto, drugie rondo w prawo, na następnych światłach w lewo i potem na światłach koło małej stacji Orlenu w prawo” – i ja to zapamiętałam i wykonałam, owacje poproszę). Dojechałam do domu wieczorem, wywaliłam rzeczy z samochodu i pojechałam do kotów Misicy, z myślą, że właściwie to nie ma sensu ich zabierać na parę dni do mnie, na własnych śmieciach im będzie lepiej. To był kolejny znakomity plan, który rozpadł się w proch, gdy już na schodach usłyszałam żałosne miauczenie, a kiedy tylko weszłam, opadły mnie dwa bardzo samotne czworonogi. Zupełnie bez zastanowienia wpakowałam je do koszyka (uznałam, że Misica wie co mówi twierdząc „kota nie jest tak łatwo uszkodzić” i chyba faktycznie miała rację), i cały majdan zabrałam do siebie. Koty zaaklimatyzowały się w ciągu paru minut i chyba jest im jednak lepiej z ludzkim towarzystwem niż samotnie.

Sąsiadka Sinobrodego

Teraz już wiem, jak się czuła żona Sinobrodego. Kolega sąsiad powierzył mi albowiem swe klucze, bym mu kwiatki podlała, gdy na wypoczynek się uda. Zgodziłam się entuzjastycznie, nie wiedząc jeszcze, że jest kruczek w tym zadaniu. Kolega zabronił mi otóż wchodzić do jednego pokoju w ich trzypokojowym mieszkaniu. No dobrze, konfabuluję: wcale nie powiedział „zabraniam”. Tylko trzykrotnie podkreślił, że w tamtym pokoju nie ma kwiatków i jest on zamknięty, patrząc przy tym na mnie z miną wyraźnie mówiącą „nie wiem, czy twój mały kobiecy móżdżek jest w stanie pojąć, że masz tam nie wchodzić”. Przytaknęłam, bo cóż miałam czynić, natomiast od tego czasu snuję rozmaite hipotezy wyjaśniające, co on w tym pokoju trzyma takiego.
– Niebieskie beczki po kapuście z makabryczną zawartością? (zbyt oczywiste)
– Ciała poprzednich pomordowanych żon? (jedną żonę bowiem z pewnością posiada w stanie żywym)
– Osamę bin Ladena? (to by tłumaczyło, czemu nie mogą go znaleźć)
– Olbrzymią hodowlę marihuany? (albo maleńką wytwórnię amfy, czy z czego tam aktualnie słyniemy)
– Prawie ukończony prototyp zupełnie nowej superbroni, dzięki której przejmie panowanie nad światem?
– Spory zapas baryłek z ropą, aby w odpowiedniej chwili zachwiać rynkiem światowym? (no nie, to mimo wszystko mały pokój jest)
– Kilkaset sztab złota jako zabezpieczenie przyszłości swojej rodziny?
– Komputer, który na dysku ma informacje pozwalające szantażować prezydenta USA (a tam prezydenta, może raczej faktycznie rządzących tym krajem)?
– Bogatą kolekcję pejczy, wibratorów, kajdanek oraz ubranek skórzanych i z lateksu?
– A może po prostu ma tam ukrytą kamerę, która zrobiłaby mi zdjęcie, gdybym tam weszła, i mógłby do końca dni moich mi wypominać niesubordynację?

Czy ktoś jeszcze

podchodząc do drzwi rozsuwanych na fotokomórkę żywi głębokie i niezłomne przekonanie graniczące z panicznym przerażeniem, że tym razem te drzwi na pewno go nie zauważą, i się wcale nie rozsuną, i że w związku z tym znienacka uderzy nosem w te drzwi?

Bo ja zawsze.

Melancholia i kac

Po powrocie z urlopu zdałam sobie sprawę z rozpadu moich więzi towarzyskich. Moja przyjaciółka niedawno znalazła pracę warszawsko-wyjazdową, i nigdy jej nie ma. Najlepszy kumpel też świeżo zaczął pracować, niby na miejscu, za to zmianowo i albo pracuje, albo odsypia. Drugi od dawna jest za granicami kraju, widujemy się przez kwadrans raz na pół roku. W. znikł już dawno znalazłszy pracę w innym mieście, R i B mają dzieci… Wczoraj byłam na imprezie urodzinowej kumpla: dwie dziewczyny w czwartym miesiącu, jedna para wzięła ślub tydzień temu, druga bierze w sobotę, trzecia para była z rocznym dzieckiem. Wychowanie dzieci i urządzanie mieszkań nieco zdominowały konwersację. W pewnym momencie lekko rzuciłam do solenizanta
– A za rok będziesz tu miał co najmniej trójeczkę brzdąców – ale pomyślałam, że za rok nie będzie żadnej imprezy. A jeśli będzie, to mnie nie zaproszą.

Życie zaskakuje nas, gdy się tego najmniej spodziewamy. A rano zaskoczył mnie kac, zupełnie nie wiem dlaczego. Miałam przecież pić mało i ostrożnie, bo ciągle jeszcze leczę żołądek…

Poczta czyli boska komedia

Fajnie się robi zakupy przez Internet, bo klika się niedbale trzy razy, wpisuje jakieś cyferki i już. A potem ten zakup się materializuje na poczcie, w skrzynce znajduje się awizo, i nagle przestaje być fajnie. Na poczcie rano bowiem pandemonium. Przychodzi się więc po pracy, a tam dalej pandemonium. Staje się w kolejce wzdychając ciężko, ale co robić, nie ma się wyjścia. Tłum ludzi wokół, atmosfera taka, że Dante mógłby coś zupełnie nowego do swoich kręgów piekielnych dodać. I zaczyna się.
– Ale pani tu nie stała!
– Jak to nie, oczywiście że stałam, to jest jedna kolejka do dwóch okienek!
– Ależ skąd, proszę pani, proszę się zdecydować gdzie pani stoi!
– No tu i tu.
– To tak nie można! Pani nie będzie tu stała!
W tym momencie ktoś przytomny i bardziej wyluzowany z tyłu rzuca „zupełnie jak za PRLu” i panie się mitygują, ustalają miejsce, a po chwili przychodzi ktoś nowy i się zaczyna
– Halo, proszę pana, tu jest jedna kolejka, proszę stanąć na końcu.
– Jak to jedna kolejka! Tu nigdy nie było jednej kolejki!
I dawanie dobrych rad
– Proszę pana, jak pan chce tylko wysłać, to tam obok jest ajencja pocztowa, nie ma tam nigdy żadnej kolejki.
– Ale wie pan co – włącza się druga pani – nie wiem, do której tam jest czynne, może już zamknęli…
I jeszcze ta ubrana na różowo mamusia ze strasznie ruchliwą sześciolatką
– Weronika, stój tu ze mną, bo cię zamknę w samochodzie i będziesz tam sama siedzieć!
Weronika ani myśli słuchać, zmyka na zewnątrz, wykazując się zdrowym rozsądkiem, więc mamusia usiłuje jednocześnie pilnować kolejki i swojego dziecka, wprowadzając dodatkowe zamieszanie w kolejki.
– Weronika, stój tu ze mną, bo pani cię zabierze, zobaczysz!
Weronika przez minutę stoi, po czym ucieka. Kobieta z drugiego miejsca w kolejce się lituje i proponuje
– Ja panią przepuszczę.
Ale różowa mamusia z niejasnych przyczyn odmawia i dalej nawołuje córkę, wprowadzając jeszcze bardziej nerwową atmosferę.
W końcu się okazuje, że zamknęli inną pocztę okoliczną i wszystkich klientów przerzucili na moją, stąd takie tłumy.