Nie miała baba kłopotu

to poszła na ścianę. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Ds, która jeszcze dwa tygodnie temu twierdziła z całkowitym przekonaniem, że wspinać się nie będzie za nic i nigdy w życiu, ponieważ z pionowej ściany się spada, a poza tym ona się przecież nie nadaje, z własnej nieprzymuszonej woli poszła wczoraj na ścianę. Weszła, zobaczyła faceta chodzącego po suficie i natychmiast chciała wyjść, ale akurat wszedł instruktor i kazał jej zostać. Jako że ma słabość do stanowczych mężczyzn, została, obiecując sobie w duchu, że to ostatni raz i wmawiając sobie nerwowo, że nikt z tych ludzi na pewno jej nie pozna na ulicy, a poza tym w ogóle to nie ona tu przyszła. A potem musiała się skupić na asekurowaniu i zapomniała, że miała się denerwować. Chwilę potem nagle spojrzała w dół, który był bardzo, bardzo daleko (jasne, całe 9 metrów niżej) i zanim zdążyła się zastanowić, wygłosiła z tej wysokości
– O rany, ale ja jestem wysoko!
(że nikt nie spadł z sufitu usłyszawszy to prostolinijne stwierdzenie, to cud)

Nie jestem szczególnie uzdolniona w kierunku wspinaczki, ale czy w życiu chodzi o to, żeby robić tylko to, co się robi dobrze? Z tą myślą przewodnią zamierzam tam wrócić jutro.

Żizń taka jakaś

Mój fryzjer miał wypadek samochodowy będąc na urlopie, uszkodził sobie szyję i swój nowiusieńki wymarzony samochód, którym jeździł niecały miesiąc. Skręcał w lewo, wjechał w niego rozpędzony samochód, którego nie było widać zza zakrętu. Oczywiście wina jego, chociaż policja za chwilę ustawiła się tam i łapała za przekroczenie prędkości.
Mam okropne wyrzuty sumienia związane z kotem starszym; jak się okaże, że jest chory, bo go źle karmiłam, albo przez myszy, którymi go zabawiałam, to się chyba utopię we własnej wannie. Albo we własnej patelni, to nawet może być bardziej dramatyczne.
Znajomi wrócili z morza. Stali w Lipai koło Rzeszowiaka. Prognoza była 10. Oni nie wyszli, Rzeszowiak tak.
W tym tygodniu kupiłam (już albo dopiero) trzy książki. Jeśli dorzucić do tego dwa tomy Szostaka, które przyszły jakiś tydzień temu, po tym jak się śmiertelnie i nieodwracalnie zakochałam w „Wichrach Smoczogór” (ponieważ występują w nich Tatry przebrane za Smoczogóry, a Autor jest krakowskim filozofem), to powoli staje się jasne, że niedługo będę się musiała wyprowadzić, żeby zrobić miejsce książkom.
Nie jestem gotowa na nadejście jesieni.

Na co można koty przehandlować

Najpierw udało mi się zarwać trzy noce, mianowicie w czwartek siedziałam przed kompem do późna, a właściwie do wczesnych godzin piątkowych. W piątek wieczorem zamiast iść odespać siedziałam z przyjaciółmi w knajpie, myśląc, że wyśpię się kiedy indziej. Nie było to na pewno w sobotę rano, kiedy to obudziły mnie koty, ja zaś raźno wstałam z myślą, że w końcu umyję samochód, co istotnie po paru godzinach mi się udało, a potem pojechałam na wycieczkę rowerową. Zaś w niedzielę o 6 obudził mnie Kocio, który od soboty miał fazę „a ja będę tak stał i donośnie miauczał, przez cały dzień i noc” i nie było wiadomo o co mu chodzi. Przed zamordowaniem futra powstrzymywała mnie tylko myśl, że w niedzielę wieczorem prawowita właścicielka na pewno zabierze kociego marudę. Tymczasem na cały dzień uciekłam z domu na Śnieżnik. To wprawdzie nie Tatry, ale po Sudetach też warto połazić. Szkoda, że tej wieży nigdy nie odbudowano, ładna była i pewnie widok z niej był ciekawy, bo teraz z tego płaskiego szczytu niewiele widać.

Wróciłam strasznie zmęczona i zadowolona, przyjechała Misica i zabrała futra dając mi w zamian przepiękną olbrzymią szklaną deskę do krojenia w kolorowy makaron muszelkowy. Jest piękna i najpierw chciałam ją powiesić na ścianie, ale może się przełamię i będę jej jednak używać. Bez futer mi trochę smutno, chociaż się w końcu wyspałam.

Krwawe wydarzenia i tajemnica tajemnic

Znów mieliśmy przejścia, tym razem krwawe. Wieczorem przyszedł do mnie kolega. Otwierając mu drzwi wzięłam czarnego na ręce, bo to ciekawskie kocię zawsze się wymyka na klatkę. Zupełnie nie przewidziałam, że zasadniczo przyjazny ludziom futrzak panicznie przerazi się mojego raczej niegroźnego kolegi i wyrwie się, robiąc mi przepiękne cięcia na lewym ramieniu. Wrzasnęłam i zamiast zajmować się gościem ocierałam krew, kot zaś obserwował nas nieufnie.

Przedtem natomiast perswadowałam temuż kotu, że resztka łososia wędzonego przeznaczona jest wyłącznie dla homo sapiens, dla nieopierzonych dwunogów z płaskimi paznokciami. Na litość go brałam, że z głodu przecież umrę. Przemowy wygłaszałam z emfazą i chwytów demagogicznych też nie unikałam. Wszystko na nic, musiałam się pożywieniem podzielić.

A jeszcze wcześniej wracając do domu stałam sobie jako druga na świetle czerwonym, gdy przed maską, czyli w odległości jednego samochodu od pasów, przemknął mi osobnik płci męskiej jeszcze niestary, lecz w wieku zapewne już pobalzakowskim. Zdążyłam do siebie zamarudzić
– Co za ludzie, czy oni się w lesie wychowują, naprawdę, daleko ma do tych pasów? – gdy rzeczony osobnik zamiast przejść przez ulicę podbiegł do kierowcy samochodu na lewym pasie i coś z nim przez parę sekund uzgadniał.
– Znajomego spotkał? – snułam sobie przypuszczenia, które się wniwecz obróciły, gdy za chwilę facet podleciał do kierowcy samochodu stojącego przed tamtym.
– Żebrze? Sprzedaje coś? Samochód mu się zepsuł i szuka kabli rozruchowych albo linki holowniczej? – takie oto hipotezy przeleciały mi przez umysł, tymczasem osobnik wsiadł do tego drugiego samochodu na tylne siedzenie. I co było dalej, tego nie wiem, bo światło zzieleniało i wszyscyśmy ruszyli. Ot i zagadka.

Paranoja oraz kocie upodobania kulinarne

Pewnie moja reakcja na mp3 wczorajszą była spowodowana tym, że w weekend oprócz łażenia po skałach i picia piwa zajmowałam się również zdalną akcją ratunkową, bo moja osobista schizofreniczka rodzinna wyjechawszy na wywczas przestała odbierać telefony. Co oznaczało, że jej matka wydzwaniała do nas z załzawionym żądaniem pomocy. Nie dało się jej nijak wytłumaczyć, że po prostu telefon się rozładował; łatwiej już byłoby przekonać Kaczyńskiego, żeby w wyborach nie startował. Szczęściem w tamte rejony wybierała się akurat koleżanka, więc przekazałam jej adres, nauczyłam na pamięć co ma powiedzieć (a to naprawdę nie takie proste, kiedy ma się do czynienia z paranoiczką) i zobowiązałam, że pójdzie i sprawdzi. Po czym moją siostrę olśniło
– Ty, ale to wszystko na nic. Przecież ona nie odbiera domofonu!
(Wspominałam coś o paranoi?). Istotnie, domofonu nie odebrała, ale poskutkował plan B, który zakładał wciągnięcie do pomocy sąsiada.

And now for something completely different. Nie przestają mnie zadziwiać upodobania kulinarne małego kota. Wszelkie żarcie dla futrzaków jest otóż niejadalne (z wyjątkiem suchego, na szczęście). Saszetki w dowolnym smaku pogardliwie zakopuje łapą, witamin kocich jeść nie chce bez względu na kształt, kolor i zapach. Za jedzenie ludzkie za to da się pokroić. Kabanosy nadal są na fali, poranny jogurt też dzielę z kotem, a wczoraj wsadził paszczę w mojego łososia wędzonego, i wcale mu nie przeszkadzało, że skropiłam ulubione pożywienie obficie cytryną (czego koty zazwyczaj nie lubią). Zeżarł rybki nieco, po czym zażądał ciastka francuskiego cynamonowego. Myślałam, że się wygłupia, ale zjadł kawałek i chciał jeszcze. Słowo daję, że w oczach drugiego kota malowało się bezbrzeżne zdumienie oraz lekki niepokój.

Śnił mi się pan, który bardzo chciał się ze mną ożenić, i wszystko załatwił – nawet kupił mi sukienkę (biało-turkusową, ja ostatni raz turkus miałam na sobie jakieś 17 lat temu). Ponieważ podobałam się sobie w tej sukience, pan był niesłychanie elegancko ubrany, a w podróż poślubną mielismy jechać fajnym dużym samochodem nad jakieś ciepłe morze, to się zgodziłam. (Jakby co, to ja się stanowczo wypieram jakichkolwiek związków z tą częścią mojej podświadomości, która ma takie pomysły, tak?)