Pożegnanie (bez broni)

Pozwolę teraz państwu od siebie odpocząć i w tym celu wyjadę na tydzień na łono przyrody. W góry, ale nie w Tatry. Takie coś nazywa się w świecie ludzi dorosłych „kompromis” i podobno jest konieczne w życiu. No nie wiem. W każdym razie miłego odpoczynku od ds.blog.pl życzę.

„Pod skórą”

Rewelacyjna rzecz. Tylko nie czytajcie noty wydawcy i w ogóle żadnych recenzji. Michael Faber rozwija akcję niespiesznie, po kawałku odkrywa prawdę o swoich bohaterach, i tak właśnie razem z nim należy to robić. Wtedy odczucia czytelnika nieustannie zmieniają się w miarę lektury, aż na koniec zostajemy bezradni z pytaniem o granice człowieczeństwa, a nawet jego definicję. A przecież napisane to jest tak, że jak streścić, to wychodzi banalny thriller albo dziwne science-fiction. Właśnie dlatego nie należy wierzyć żadnym recenzjom. Niesamowita powieść, na miarę „Władcy much” Goldinga i „Pachnidła” Suskinda. I w ten sam sposób wyłazi ponad gatunek sf co „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood.

Poranek w przychodni

Tak miło jest o poranku dać sobie brzuch wysmarować tym żelem od USG i pokonwersować uprzejmie z lekarką wykonującą badanie. Bardzo się starała coś znaleźć, ale niestety nie udało się jej. Siadłam potem w poczekalni, poczytałam peany na temat moich narządów brzusznych, poszłam do lekarza, który też poczytał te peany, i rozłożył bezradnie ręce. Zalecił dietę, udał głuchego, kiedy powiedziałam
– Panie doktorze, ale ja całe życie nie jem smażonego, tłustego, czerwonego mięsa, i nie piję napojów gazowanych. Czy ja w takim razie powinnam zacząć pić i palić, żeby mi przeszło? – chociaż kiedy już wychodziliśmy z gabinetu napomknął, że są pacjenci, którym kieliszeczek koniaku pomaga… On wprawdzie absolutnie tego nie zaleca, ale… Zamierzam sobie w takim razie kupić jakąś fajną butelkę z jeszcze fajniejszą zawartością i sprawdzić.

Okazało się też, że mam kliniczną nadczynność tarczycy. Jestem prawdopodobnie jedyną grubą babą na świecie, która ma nadczynność tarczycy (od tego teoretycznie się chudnie). Niedługo będą mnie w cyrkach pokazywać. Na razie dostałam skierowanie do USG i endokrynologa, ale to bardziej dla spokoju sumienia, bo nadczynność jest bardzo niewielka i bezobjawowa.

Ukłuta w oko

Bardzo proszę, żeby wszyscy czytelnicy w komentarzach udzielili mi wyczerpującej odpowiedzi na pytanie, dlaczego w reklamie nowego filmu Jarmuscha umieszczonej w bankomatach jest błąd ortograficzny w nazwisku reżysera. Jako bonus można też mi wyjaśnić, czemu to właśnie mnie takie rzeczy koniecznie muszą kłuć w oko, i czemu nie mogłabym się raczej skupić na tym, ile właściwie pieniędzy chciałabym od tego bankomatu.

Poszarpane granie

Kto mógł do mnie zadzwonić, gdy wczoraj w Rossmanie stałam oddając się głębokiej medytacji przed regałem szczelnie wypełnionym siedmioma tysiącami odżywek do włosów, a ja chciałam tylko coś takiego, po czym nie musiałabym spędzać dwóch godzin o poranku na rozczesywaniu kudłów, i siedem tysięcy rozmaitych obietnic oraz pokus zdecydowanie przerosło moje zdolności decyzyjne? Kto, ach kto, mógł do mnie zadzwonić? Oczywiście: moja lekarka.
– Pani ds, niestety w tym badaniu hormony tarczycy wyszły niezgodnie z normą i musi pani zrobić jeszcze dodatkowe badanie, może jutro by pani przyjechała na pobranie krwi?
– Cudownie, pani doktor, właśnie marzyłam o tym, żeby jeszcze tarczycę mieć chorą – nie powiedziałam tego na głos, tylko pomyślałam, do słuchawki zaś zgodziłam się przyjechać i oddać jeszcze trochę krwi. Dla odmiany żołądek, który bolał okropnie cały weekend, od wczoraj jakoś boleć przestał (to chyba jakaś szczególna odmiana nerwicy weekendowej), więc nagle wrócił mi optymizm, chociaż tyle.

Uczyniłam sobie indyka z pesto, bez parmezanu, bo nie znoszę, ale i tak wyszedł rewelacyjny. Czuję, że będę miała nowe ukochane danie tej zimy. A może by tak łososia z pesto…

Wymyśliłam wczoraj, że na pewno mój organizm się w ten żołądkowy sposób buntuje przeciwko niebyciu w Tatrach w tym roku. Wcale mu się nie dziwię, straszliwie tęsknię za Tatrami i przed rzuceniem pracy oraz natychmiastowym wyjazdem powstrzymuje mnie tylko to, że moja siostra właśnie stamtąd wróciła, dość nieszczęśliwa, bo tragiczna pogoda nie pozwoliła im zrealizować planów. Ratuję się czytając „Poszarpane granie” Wita Szostaka. Chcę w Tatry.

Domofon

Minęły dwa lata od czasu, jak mam Józefinę. Nikogo więc nie powinno zdziwić, że dokładnie w drugą rocznicę kupna samochodu w ramach jesiennych porządków znalazłam w schowku pasażera drugie dno. Można tam schować różne fajne rzeczy i mieć zdecydowanie więcej miejsca, niż się miało przez ostatnie dwa lata. Usprawiedliwiam się sama przed sobą, że ja przecież nie jeżdżę na miejscu pasażera, ale mimo wszystko chyba nikt mnie nie przebije.
Zaległam wczoraj wieczorem na kanapie z książką „Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego, do której rzekłam sugestywnie, lecz bez specjalnej nadziei
– I żebyś mnie nie rozczarował… – godzinę później bałam się iść do kuchni, musiałam zapalić wszystkie światła w domu, a i tak dostawałam palpitacji na widok uchylonych drzwi łazienki. Nie jestem podatna na horrory, zazwyczaj mnie śmieszą. Z Kinga lubię tylko „Misery”, trochę „Carrie”, i oczywiście Levina „Dziecko Rosemary” (ale czy to na pewno horror?) Lovecraft mnie nudził, chociaż wychowałam się na dziewiętnastowiecznych opowieściach grozy i wszelkie przedwieczne demony oraz podobne chwyty znam na pamięć. Ale powieść Miłoszewskiego dzieje się tu i teraz, nawiedzony nie jest stary dom na odludziu, tylko najzwyklejszy blok na warszawskim Bródnie, i to nadaje temu horrorowi zupełnie nową moc oddziaływania. Bohaterowie to zwykli współcześni ludzie, którzy traktują opowieści o upiorach tak samo, jak ja bym je potraktowała, po czym nagle znajdują się w środku takiego koszmaru. Okazało się, że w Polsce można napisać znakomite czytadło i nie trzeba w tym celu przybierać anglosaskiego pseudonimu. Pod koniec trochę mu się sypie logika oraz akcja, ale czepiam sie bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Poważną pretensję mam tylko jedną. Autor najwyraźniej nigdy w życiu nie miał kaca (chociaż nie wiem jak to jest możliwe) bo tak opisuje postępowanie bohatera: obudził się, stwierdził, że ma monstrualnego kaca, wstał i poszedł do kuchni. Z monstrualnym kacem nie da się wstać i iść do kuchni, bardzo mi przykro. To mu odebrało trochę wiarygodności, ale mniejsza o to. Dawno nie było tak, żebym naprawdę się nie mogła oderwać od książki.

Broken flowers

Spędziłam uroczy niedzielny poranek w kuchni, produkując leczo, ale nie do jedzenia, tylko do słoików (znaczy po przechowaniu w słoikach będzie kiedyś też – mam nadzieję – do jedzenia), ponieważ jakieś dwa tygodnie temu odkryłam na szafkach mnóstwo dużych słoików, które stały markotnie puste. Kupiłam po półtora kilo cukinii, papryki i pomidorów oraz jakieś 80 dkg cebuli. Wszystko to razem po obraniu, pokrojeniu i ugotowaniu wypełniło tylko 4 duże słoiki. Wprawdzie posiadanie czterech słojów z leczem napawa mnie niekłamanym optymizmem, ale mam w ten sposób jeszcze trochę dramatycznie pustych słoików i zastanawiam się, co by tu do nich włożyć. Może sos pomidorowy zrobię?

Widziałam „Broken flowers” i jeśli nastawiać się, że to nowy Jarmusch, to można się bardzo rozczarować, bo to w ogóle nie wygląda jak Jarmusch. Abstrahując od tego swoistego rozczarowania, bardzo dobry film, który byłby jeszcze lepszy, gdybym nie widziała „Sideways”, który wprawdzie jest o czym innym, ale w nastroju podobny. Prorokuję, że jeśli Murray zagra jeszcze w jednym filmie (poprzednim było „Między słowami”) twardziela bez mimiki, to mu mięśnie twarzy całkiem zanikną. Dobra, żeby się tylko nie wyzłośliwiać bezproduktywnie: podobało mi się, że reżyser nie serwuje żadnych łatwych wyjaśnień, podobał mi się główny pomysł na fabułę (który można streścić słowami „kto jest matką?”). Realizacja też mi się podobała, zwłaszcza te wszystkie drogi, którymi Murray jeździ, dbałość o detale – film robi wrażenie dopracowanego w najdrobniejszym szczególe, chociaż symboliki nie należy się tam doszukiwać. Bywa zabawny w nienachalny sposób. Aha, z napisów końcowych wyczytałam, stojąc na kinowym schodku na jednej nodze, że chłopakiem w samochodzie w końcowej scenie filmu jest syn Murraya, co też jest dość zabawne.