502 km po polskich drogach

Włączyli mi w robocie net całkiem szybko, ale w związku z nowymi wyzwaniami cały piątek jeśli już siedziałam przed kompem, to nie sama, i tak przez jakiś czas będzie. Praca chwilowo domagać się będzie pełni mej uwagi, dobrze, że nadchodzą dwa niepełne tygodnie robocze. W sobotę wybrałam się do Częstochowy zabrawszy przyjaciółkę. Ruch był wzmożony, ale udało nam się dojechać, załatwić co było do załatwienia, obśmiać się z nazw ulic, każda ma bowiem w sobie świętego, a jeśli nie, to przynajmniej księdza, po czym nasz lokalny kolega powiedział
– Jedźcie ze mną do Katowic, bo właśnie jadę.
Spojrzałyśmy po sobie i… pojechałyśmy. Wyjechałam za nim z centrum miasta pełnego świętych, po czym zgubił mnie w klasyczny sposób, na światłach. Pojechałam więc dalej samodzielnie, śledząc jednym okiem drogowskazy, następnie okazało się, że jeśli dostatecznie długo jechać główną drogą w Katowicach, to w końcu trafia się na Spodek, który był chwilowo naszym celem. Zaparkowałam, wysiadłam, zadzwoniłam do kolegi
– To gdzie jesteś, bo my pod Spodkiem?
– Jak to? Już? Ja dopiero wjeżdżam do Katowic – odrzekł on ze zdumieniem, ja zaś byłam przekonana, że ściemnia, ale jednak mówił prawdę. Żadne z nas nie wie, jak to się stało.

W Katowicach było bardzo przyjemnie, z planowanego na 21 wyjazdu nic nie wyszło, ostatecznie wydostałyśmy się na A4 o 22:39. W ten sposób miałam przyjemność jechać nowym odcinkiem „czwórki” dzień po otwarciu i była to jedna z przyjemniejszych podróży, jakie odbyłam w mej krótkiej karierze kierowcy, Józefina jest tego samego zdania. We Wrocławiu byłyśmy tuż po północy starego czasu, zmęczone i zadowolone.

Jest jednak dla mnie nadzieja: śmiech z offu we „Friends” jakoś przestał mi przeszkadzać, natomiast ostatni odcinek kończy się w sposób absolutnie niedopuszczalny. Niech mi ktoś streści co było dalej, bo ja nie wiem, jak mam teraz żyć.

Prasówka

U fryzjera z październikowej gazety pt. „Twój Styl” dowiedziałam się, że Passentówna wyrzuciła telewizor i sobie chwali. Phi, ja już dawno do tego wniosku doszłam i nie potrzebowałam zaraz pisać felietonu do babskiej gazety. Następnie od prof. Osiatyńskiego mimochodem dowiedziałam się, że najlepszą metodą na monogamię jest facet cierpiący na prozopagnozję (problem z rozpoznawaniem twarzy). Za każdym razem, kiedy widzi swoją żonę, wydaje mu się, że to inna kobieta. Jak sądzę, miłość do grobowej deski zagwarantowana. Co prawda profesor dyskretnie nie wspomniał o tym, ile razy zdarzyło mu się obcą kobietę pomylić z własną żoną, ale oj tam, wystarczy dobrze pilnować i mieć długie paznokcie. Potem rzuciwszy okiem na przerażająco głupie pleple (artykułem się tego nazwać nie da) o regatach pogratulowałam sobie w duchu, że nie wydaję już mych własnych pieniędzy na te lakierowane okładki. Już nie u fryzjera poczytałam ulubiony tygodnik, pod Baczyńskiego gratulacjami się podpisuję w całej rozciągłości, choć prawdę rzekłszy po lekturze wywiadu z prezydentem-elektem lekutko znów podupadłam na duchu, i analizy sytuacyjne Paradowskiej oraz Reykowskiego niewiele pomogły.

W pracy natomiast zirytowałam się okrutnie, co się tak rzadko zdarza, że aż godne jest odnotowania. Koleżanka ze szpitala przekazała mi prośbę dla kolegi, żeby napisał raport koniecznie na dziś. Przyszedł kolega, streściłam życzenie, wyjaśniłam jaki raport, podkreśliłam, że koniecznie na dziś. Kolega wpadł w panikę, że on nie wie, nie umie, nie rozumie, nie potrafi, złapał za telefon i zadzwonił do koleżanki do szpitala. Powiedziała mu to samo co ja przed chwilą. Trudno, wytrzymałam, w końcu to tylko facet. Po dziesięciu minutach zadzwonił do niej ponownie z pytaniem
– A na kiedy ten raport ma być? – W tym momencie cała firma oraz sporo mieszkańców okolic usłyszeli mój ryk
– Przecież mówiłam ci wyraźnie, że na dziś! Ogłuchłeś?
Jeśli sądzicie, że kolegę to choć trochę speszyło, to jesteście w błędzie. Zaczął mi tłumaczyć, że raportów się nie pisze w czwartki, tylko w piątki. Czy ja naprawdę zawsze wolałam pracować z facetami?

Następnie znienacka wczoraj w godzinach poobiednich zostałam przeniesiona z całym dobytkiem między piętrami, co byłoby całkiem przyjemne, gdyby nie brak sieci w nowym miejscu pracy. Na chwilę sieć ukradłam koledze, który jeszcze się nie pojawił, ściągnęłam pocztę i zastanawiam się, co ja będę dzisiaj cały dzień robić bez netu.

Jak zaskoczyć fryzjerkę

Mogłabym zrobić konkurs pt. „co mówi ds u fryzjera”, ale nie zrobię, bo i tak nikt by go nie wygrał. Otóż ds znienacka zadaje swojej fryzjerce podchwytliwe pytanie
– Czy już się zdarzyło, że jakaś klientka uciekła z wrzaskiem z tego fotela?
Fryzjerka dębieje, przerywa czynności okołogłowne i zaprzecza.
– Aha, to ja będę pierwsza? – indaguje dalej ds z pewną dozą zadowolenia. Fryzjerka zamienia się w słup soli i z tej pozycji usiłuje się dowiedzieć, dlaczego to klientka ma zamiar uciekać z fotela z wrzaskiem.
– A bo tu pod lustrem siedzi pająk z takimi długimi nogami i jak on rusza tą nogą w moją stronę, to ja nie wiem, czy mi się jeszcze długo uda opanować – uprzejmie wyjaśnia uśmiechnięta ds. Fryzjerka przestaje być słupem soli, sprząta pająka, a właściwie kosarza, razem z jego nogami i powraca do czynności okołogłownych.

Wieczór natomiast spędziłam u koleżanki, ucząc się robić róże z opadniętych liści klonowych oraz głaszcząc kota. Strasznie to brudna robota, te liście klonowe, ale ładnie pachną. Jesienią.

Na środku oceanu spotykają się trzy rekiny.

Jeden z nich mówi:
– Psiakrew, zżarlem jednego Francuza. Był taki wyperfumowany, że do tej pory czkam wodą kolońską.
Drugi na to:
– To jeszcze nic. Ja zjadłem jakiegoś Rosjanina, chyba to był generał, bo do tej pory w brzuchu dzwoni mi jakieś żelastwo. Te jego medale tak brzęczą, że ryby płoszą…
A trzeci rekin mówi:
– To jest wszystko nic, koledzy! Ja zeżarłem tydzień temu jakiegoś polskiego posla, taki miał pusty łeb, że do tej pory nie mogę się zanurzyć…

Dopadła mnie wczoraj jesienna deprecha („mam znowu doła… brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś…„), napisałam nawet o tym nadzwyczaj ponurą notkę, ale przy próbie jej zapisania zostałam wylogowana, pewnie dlatego, że w trakcie wtorek stał się środą. I dobrze. W ramach usypiania swej osoby obejrzałam „Efekt motyla”, dość kiepski film, w którym podobało mi się tylko to, jak robi się coraz bardziej mroczny. Mniej więcej tak jak mój nastrój. Skończyłam tym samym stertę filmów od Misicy i zabrałam się za „Friends”, nikt mnie nie uprzedził, że tam co chwila jest śmiech z offu! Mnie to szkodzi na umysł. Ale przemogłam się i obejrzałam kilka odcinków wmawiając sobie, że ten śmiech w tle to zakłócenia, ewentualnie halucynacje. Mam narastające podejrzenie graniczące z pewnością, że ja się jednak nie nadaję do społeczeństwa, które wymyśliło sitcomy.

Ale przecież nadal są książki

Nauczona wieloletnim doświadczenim lekceważysz trochę literackiego Nobla, zresztą casus Ahnlunda potwierdza tę nieufność. Jeśli dali Nobla Murzynce, zrobili to przecież tylko dlatego, że jest czarną kobietą – w tym przekonaniu tkwisz sobie, bo przecież lubisz mieć zdecydowane poglądy, zwłaszcza cyniczne. A potem kiedyś w końcu wpada ci w ręce „Miłość” Toni Morrison, otwierasz ją z pogardliwym uśmieszkiem. No, no, zobaczmy, co też ta czarna kobieta mogła napisać, że aż jej Nobla dali – mamroczesz – i co za oryginalny tytuł, nieprawdaż, he, he
A za 50 stron masz ochotę wytarzać się w kurzu, posypać głowę popiołem, wysłać jej bukiet kwiatów w ramach przeprosin, pojechać do Szwecji i osobiście przeprosić wszystkich członków Akademii. Słowo „pokora” nagle nabiera nowego znaczenia. Nigdy, już nigdy nie będę wydawać werdyktów zaocznie – ze skruchą mamroczesz nadużywając wielkich słów, cyniczny uśmieszek starty z ust bez śladu. Ponieważ to jest wielka proza i wielka literatura.
Dawno nie widziałam powieści tak idealnie skomponowanej. Losy kilkorga ludzi w różnym wieku – różnica wieku odgrywa tu rolę istotną – splatają się ze sobą w tańcu o choreografii doskonałej. Każdy szczegół wycyzelowany, jakby się stało przed katedrą o klasycznej architekturze, można tylko szeroko otwartymi oczami chłonąć jej piękno. Kiedy książka ma tak idealną konstrukcję, zazwyczaj już niewiele więcej w niej jest, jakby autorowi się siły na tym skończyły. (To zawsze miałam za problem poezji Barańczaka, prześliczne wymyślne kompozycje, którym czasem brakowało duszy). U Morrison jednak są ludzie i jest spory kawałek skomplikowanych losów murzyńskich w Ameryce, i młodzi ludzie lat 90-tych, zderzenie obyczajowości, i jest psychologia tak wnikliwa, jakby nic innego całe życie nie robiła, tylko obserwowała ludzi i o nich myślała. Ludzkie dramaty: ale żadnego epatowania, żadnych łatwych rozwiązań. Nie przegaduje tematu, tam ma materiał na sagę – to zresztą jest saga z pewnego punktu widzenia, ale nietypowa (z innego punktu widzenia to jest kryminał) – pozostaje zwięzła, mówi tylko to, co konieczne. Dbając bezustannie o bohaterów, o precyzję konstrukcji, o urodę słowa. O czytelnika pozornie dba mniej, z początku trudno się przegryźć przez skomplikowaną sieć powiązań między bohaterami, wrzuceni jesteśmy w tamto życie jak w głęboką wodę, właściwie dopiero pod koniec można docenić misterność tego pisarstwa. Urzeczona jestem.

The day of our discontent

Zadzwoniłam wczoraj do siostry, bo mi się wzajemne pocieszanie marzyło, ale okazało się, że tonie ona w obfitych ślozach. Zawsze miała skłonności dramatyczne. Dodatkowo mieli obok pijaną sąsiadkę, której synuś (lat 35 bodaj) też się upił, a następnie zabarykadował w domu. Szwagier w obliczu tych nieszczęść prezentował jak zwykle humor wisielczy. Siostra na pociechę będzie miała listopad w Hiszpanii, czego jej zresztą zazdroszczę szalenie. Mnie chyba pozostaje tylko wino oraz trójniak, póki nie został jeszcze wprowadzony zakaz sprzedaży alkoholu kobietom.

Po Rumunii przestał mnie boleć żołądek, natomiast nabawiłam się problemów ze snem. Ponieważ nigdy takich nie miałam, zupełnie nie wiem jak się odnaleźć w nowej koszmarnej rzeczywistości, i nie mam tu wyjątkowo na myśli IV Rzeczypospolitej, tylko długo ciągnące się w noc bezsenne wieczory oraz gwałtowne przebudzenia w porach dowolnych, z sercem walącym z bezimiennego przerażenia. Jeśli chodzi o noc minioną, nie dziwią mnie te efekty specjalne, ale to trwa już trzy tygodnie i na poprawę się nie zanosi.

Nieszczególnie wesoło

Bezcenny mój samochód oddali mi w końcu wczoraj po 14, nawet jeździ. Mieć wspomaganie a nie mieć wspomagania to razem dwóch mieciów, różnica jest zauważalna gołą ręką. Oby tylko się nie okazało, że za miesiąc będę musiała jechać do poprawki… Z radości natychmiast kupiłam sobie nową narzutę na łóżko, która w sklepie podobała mi się nadzwyczajnie, w domu natomiast zupełnie przestała mi się podobać i poważnie rozważałam, czy uda mi się ją sprzedać na Allegro, ale dziś już uznałam, że jednak jest przepiękna (za te pieniądze muszę się nią zachwycać, nie ma innej możliwości). Odbyłam rowerową wycieczkę do parku, chyba już ostatnią w tym roku, pogoda była ładna i ciepła, po czym zaczęło się chmurzyć i godzinę po moim powrocie się rozpadało. Ale co się nacieszyłam złotą jesienią, to moje. Obejrzałam następnie film polski pt. „Symetria”, bardzo dobry mimo pewnych dłużyzn i niesłychanie przygnębiającego klimatu (od samej muzyki można się powiesić). Za to zagrany niebywale dobrze. Oraz film meksykański pt. „Nikotyna”, co mi go Misica poleciła, ze względu zapewne na moje upodobanie do czarnego humoru, i rzeczywiście tego jest tam sporo, ale wtórny też jest bardzo. Najbardziej mi się podobała konsekwencja dotycząca papierosów, to ładny pomysł i do końca wykorzystany. Szkoda, że reszta nie była nieco bardziej oryginalna.
Oddałam też głos, przed chwilą okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Teraz więc państwa przeproszę i oddalę się szukać sobie innego kraju do życia. Do tego się niestety już nie nadaję.