Przejrzałam ten listopadowy spisek

Zauważyli państwo, że listopad trwa pięć razy dłużej niż inne miesiące? Taki na przykład czerwiec: ledwie spojrzysz w słońce i mrugniesz okiem, a on już się skończył. A listopad – gdzie tam. Budzisz się co rano, przekonana, że to na pewno już grudzień, przecież śnieg leży na ulicach, samochody pokrywa szron, chodniki śliskie od lodu, temperatury ujemne panują, ale nic z tego, dalej jest listopad. Dzisiaj znowu się obudziłam i ciągle był listopad. Jest to jakaś tajemnicza i podstępna nieciągłość czasowa.
Czytam sobie „Ze złości” Irka Grina, który w ogóle ma 36 lat, ale jego bohater ma 80 i wspomina czasy, kiedy był dziecięciem, żydowskim zresztą, i bardzo pragnął zostać Polakiem. Zaskakująca rzecz: naprawdę świetnie napisana, roztropna, miejscami mocno cyniczna. Ale nic z tego; ja tak naprawdę nadal nie rozumiem całego tego zamieszania z byciem Żydem lub Polakiem. Pewnie to tak jak z tą słowiańską duszą, trzeba się z nią urodzić, żeby zrozumieć, a wyrzec się jej nie da. Mimo wszystko mam wrażenie, że to dążenie do polskości małego Maksa gdzieś we mnie zostanie. Czytam też guslarskie opowiadania Bułyczowa, bardzo specyficzne opowiadania niesamowite Bierce’a, „Szpital kosmiczny” White’a i jeszcze dziwniejszego Magnusa Millsa. To taki specjalny zestaw na listopad.

Taki Midas trochę na opak

W nocy między sobotą i niedzielą okazało się też, że po pijaku wyłazi ze mnie strona osobowości zwana harcereczką, która tym razem zabrała się za napominanie koleżanki, aby przestała mi podpijać z kieliszka, ponieważ prowadzi. Koleżanka nie mogła radośnie porzucić swego samochodu, jak ja to uczyniłam, gdyż była na smyczy i musiała być do dyspozycji w razie telefonu. Z harcereczką niedługo nikt nie będzie chciał pić, bo straszliwie przynudza, a ponieważ zdaje się stanowić integralną część mnie, to mamy problem obie. Dobrego chirurga osobowości potrzebuję pilnie.

Jakoś nagle stałam się królem Midasem a rebours. Ostatnio czego się nie dotknę, to psuję. Łącznie ze sobą samą: w piątek oparzyłam własne podniebienie, w niedzielę zaś przytrzasnęłam kciuk. Boli do dziś. Oczywiście, nie jest tak źle, jak mogłoby być, ale powoli jakoś tracę ducha i humor. Na pocieszenie przyszedł naszyjnik z trendymanii (tulipana dostałam przy innej okazji), jest piękny, i cudem jakimś nie zepsułam go przy pierwszym założeniu, co już jest pozytywnym objawem. Może by ta passa się na przykład już odkręciła?

W stronę alkoholizmu

To był naprawdę ciężki piątek, zaś sobota od rana okazała się również bardzo męcząca, mimo bycia sobotą. Ostatecznie jednak z miasta rogali marcińskich dotarli moi goście, których natychmiast postanowiłam chytrze wykorzystać jako środek transportu. Właściwie nie ich samych, tylko ich samochód. W ten oto sposób po raz pierwszy, od kiedy się znamy, porzuciłam Józefinę na noc pod obcym domem, sama zaś oddałam się złudnej przyjemności resetowania organizmu przy pomocy nadmiernych ilości alkoholu. Pewnie już daleko zaszłam na pochyłej drodze wiodącej w stronę alkoholizmu, ale nic nie poradzę na to, że człowiek (ja) czasem musi nadużyć, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Pierwszą było niestety niekontrolowane chichotanie, bardzo mi przykro, drugą natomiast niedzielny poranek. Gdybym z zimną krwią zamordowała sąsiadkę, która o godzinie 10 zaczęła przy moim uchu tłuc mięso na kotlety, to każdy sąd by mnie uniewinnił. Mord pozostał w sferze słodkich marzeń, bo nie mogłam podnieść głowy z poduszki. Nikt jeszcze w końcu nie widział mordercy pełzającego na czworakach. Ostatecznie jednak kac nie okazał się zabójczy, i przegoniłam jeszcze swoich gości po najpiękniejszym mieście Polski, wśród obrzydliwie padającego mokrego śniegu, który znakomicie leczy cierpienia poalkoholowe. Następnie zabrałam się za rozwiązywanie problemu logistycznego mojej przyjaciółki, która musiała się dostać z Wrocławia do Warszawy, a PKP radośnie oznajmiło, że nic z tego, nie ma już biletów, skrócili składy do stolicy i ograniczyli ich ilość, bo są przecież nierentowni. Dworzec wypełniony był niechcianymi pieniędzmi w kieszeniach tłumów biznesmenów rozpaczliwie pragnących dostać się do stolicy. Nie przytoczę tu żadnych epitetów padających pod adresem tej dalekiej od czcigodności instytucji, gdyż mogłyby wypalić dziury w monitorach.

…naprawdę nie dzieje się nic

Straszną nudą wieje. Poczta wydała moją paczkę obcej babie, baba zadzwoniła i zażądała, żebym do niej przyjechała po przesyłkę. Inna baba, z którą współpracowałam, znienacka uciekła zabierając z biura sprzęt komputerowy, pozostawiając natomiast niezapłacone faktury i niezrealizowane zlecenia, o czym poinformowała mnie jej pracownica, która nie zobaczy już swoich pieniędzy. Przypuszczam, że takie rzeczy zdarzają się wszystkim codziennie. Przyszła zima i znowu mam zimną wodę, jednak trzeba się będzie wyprowadzić, bo nie mam już siły z nimi walczyć. Najbardziej ekscytującym momentem dnia jest wieczór, gdy włączam Monka, po czym przeżywam frustrację stulecia, po trzech minutach filmu domyślając się, jak uskuteczniono morderstwo, i przez następne czterdzieści minut skręcam się przed monitorem pragnąc, żeby Monk w końcu na to wpadł. Na szczęście tak zdarzyło się tylko raz, bo w przeciwnym razie frustracja z pewnością by mnie zabiła. Kupiłam też dwa prezenty gwiazdkowe, wprawdzie oba tej samej osobie, ale sezon uważamy za rozpoczęty. Straszna nuda, mówię.

The joy of driving

Znów będzie o Józefinie, zostałyśmy bowiem zaciągnięte na kurs doskonalenia techniki jazdy. W ramach reklamy klub proponuje za 20 zł dwie godziny jeżdżenia, podczas gdy normalnie płaci się 200 i dostaje godzinę teorii plus 3 ćwiczeń. Niezły biznes, tym bardziej, że warunki do treningu akurat były świetne: marznące resztki śniegu i błoto. Zaczęliśmy od slalomu między pachołkami, przy czym ja najpierw twierdziłam, że w ogóle się nie zmieszczę między te pachołki, potem się upierałam, że nie dam rady mniej kręcić kierownicą, a na koniec nonszalancko przejeżdżałam między nimi czterdzieści na godzinę, ledwie dotykając kierownicy. Gdzieś po drodze instruktor pochwalił Józefinę (spróbowałby nie), mnie kazał się przysunąć z fotelem bardziej do przodu, więc teraz mam wrażenie, że jeżdżę z kolanami pod brodą. Następnie ćwiczyliśmy rozpędzanie się i hamowanie na coraz dłuższych odcinkach toru, przy czym ja się kłóciłam z instruktorem, że wolę hamować za wcześnie niż za późno, a on mnie przekonywał, że mam tu ćwiczyć wyczucie odległości, prawda natomiast leżała w moich nowych zimowych oponach. Już przy ostatnim okrążeniu facet sam się złapał w pułapkę każąc mi hamować już teraz, po czym ze zdumieniem stwierdził
– Przepraszam, to moja wina, ja naprawdę nie sądziłem, że pani się zatrzyma na tak krótkim odcinku…
Następnie jeździliśmy na luzie – instruktor twierdził, że jest to ćwiczenie, które świetnie wychodzi kobietom, i faktycznie miał rację. Choć nie wiem, na czym to polega. Na deser trenowaliśmy poślizgi, i za pierwszym razem, przyznaję, wrzasnęłam. Nie cierpię tego uczucia, kiedy traci się panowanie nad kołami, ale lepiej nie tracić wtedy również głowy.
Było to w sumie pouczające doświadczenie i zdumiewająco męczące 2 godziny za kółkiem. Kiedy zobaczyłam potem wieczorem swój samochód, który zdążył już wyschnąć, mało nie zemdlałam – cała Józefina miała gustowny kolor obeschniętego błotka. Dokładnie cała. Łącznie z lusterkami. W ogóle nie było widać lakieru spod błota. Natychmiast udałam się na myjnię, gdzie uprzedziłam, że mam naprawdę bardzo brudny samochód. Panowie uśmiechnęli się pobłażliwie, po czym jednak lekko pobledli widząc ten okaz nieszczęścia. Ale trzeba przyznać, że stanęli na wysokości zadania.

Chciałby ktoś klapsa?

Nie wiem, jak Państwo, ale na przykład ja nie zamierzam sobie kupić samochodu marki renault już nigdy w życiu. „Połowę lania dostaniesz teraz, a połowę za rok” uporczywie wmawia mi radio, i ja już uprzejmie dziękuję za renault oraz za lanie. Może to jakiś zwolennik łagodnego sado-maso pisał, w mym bogatym życiorysie znałam owszem i takiego, chociaż na szczęście, jakby to ująć, nie fizycznie go znałam, na zwierzeniach się skończyło. Gdyby ktoś kiedyś potrzebował wskazówek, jak twórczo w seksie wykorzystać na przykład szczotkę do włosów, to owszem – mogę służyć poradą, choć wyłącznie teoretyczną. W każdym razie zdecydowanie uważam, że takie upodobania powinny być prywatną sprawą każdego copywritera, a zachęcanie obietnicą lania do kupna samochodu jest mocno ryzykowne.
Józefina znów zażądała z piskiem płynu do chłodzenia, ale tym razem zignorowałam problem, bo mi się na aerobik wyjątkowo spieszyło. Rozumiejąc problem uprzejmie przestała piszczeć, migała sobie tylko kontrolką na czerwono, ja zaś po kilometrze nagle pomyślałam, że to niechybnie Tajemnicza Ręka Wrednego Mściciela tym razem dobrała się do mojej chłodnicy, wyciekł mi cały płyn chłodzący i zaraz mi się silnik zapali. Albo i wybuchnie. Resztę drogi przebyłam obserwując jednym okiem kontrolkę temperatury silnika, a drugim czerwony migający znaczek. Trzeciego oka na obserwowanie drogi już nie miałam, opatrzności więc należy zawdzięczać fakt, że jeszcze tu piszę. Po aerobiku samochód mój zresztą zmienił zdanie w kwestii płynu (ustalmy fakty: Józefina na aerobiku nie ćwiczyła, stała leniwie pod klubem) i już się go nie domagał, ale dziś rano sporządziłam z litr właściwej mieszanki i wlałam w odpowiedni otwór, co powinno na jakiś czas starczyć.