Ukarana za chlapanie ozorem

Wieczorem znienacka dzwoni kumpel i pyta, czy ewentualnie mógłby liczyć na pracę u nas, o czym niedawno gadaliśmy, na co mnie zatyka i zaczynam się wić ze słuchawką w dłoni jak ten wij, wieloszczet albo inny węgorz, więc on mówi tonem obronnym z nutką zdziwienia, że sama mu proponowałam, a ja wykrzykuję „ale to było trzy tygodnie temu!” i wyjaśniam, że teraz to oczywiście rozejrzę się w firmie, i w ogóle to dobra firma jest, jasne, ale… ja właśnie uaktualniłam swoje cv. Nie zatrudniajcie mnie w reklamie, nigdy. Na szczęście on ma jakąś pracę, nie nóż na gardle, ale i tak odłożywszy słuchawkę mam wrażenie, że wziął mnie za mitomankę, bo jak to tak w ciągu trzech tygodni diametralnie zmienić pogląd na świat.

(Imaginacyjny wyjątek z cv: potrafi używać imiesłowów w trzech językach, lubuje się w zdaniach wielokrotnie podrzędnie złożonych, obficie stosuje parabole, składnię Yody jedynie w wyjątkowych wypadkach, często używa przecinków, a nawet średników. Do mitomanii nie przyznaje się.)

Jak być 400 zł w plecy

Kiedy myślałam mętnie, że nadal potrzebuję jakiegoś znaku dotyczącego planowanych wyprowadzek i innych takich zmian, to naprawdę nie miałam na myśli przecięcia dziś w nocy mojej świeżej opony zimowej tylnej. Dobra, nie mojej, Józefinowej, ale to nie ma znaczenia, gdyż jesteśmy emocjonalnie bardzo związane. Koło zmieniło się na zapasowe rękami pana z myjni, zaraz jadę do wulkanizatora, który mi powie, że nic się z tym nie da zrobić, więc zamówię dwie nowe opony zimowe. Czas się wyprowadzać.

Wake me up when November ends

Wygrałam właśnie sama ze sobą zakład, czy wytrzymam bez ogrzewania do 15 listopada. Właściwie nie ma co wytrzymywać, nadal mam 18 stopni, w porywach do 19, co w zupełności wystarcza mi do życia. Wczoraj jak burza wpadła Misica i stwierdziła, że jest ciepło, chociaż podejrzewam, że nie wypadało jej wpaść i powiedzieć „rany boskie, jaką ty tu masz lodówkę, przestań już może oszczędzać na ogrzewaniu!”. Podejrzenia o oszczędzanie mogłyby być niebezpodstawne, bo w trakcie przyszli z administracji i przynieśli pismo, że mam nadpłatę 250 zł za ogrzewanie. Nic dziwnego, skoro płacę, a nie używam.

Wieczorami siedzę, piję w towarzystwie scindapsusa i z przejęciem oglądam Monka. Przypominają mi się młode lata, gdy uwielbiałam Sherlocka Holmesa i Joe Alexa. Tu jest lepiej, bo wszystkie klucze do rozwiązania podają na tacy. Aż za łatwo czasem odgadnąć, kto zabił i jak, ale rekompensuje wszystko Monk – świetnie wykreowana postać.

Przygotowałam się na dzisiaj psychicznie do zmiany obuwia Józefinie, bo straszą nagłym atakiem zimy od czwartku. Wyskoczyłam z łóżka o poranku z myślą, że przecież muszę dziś te opony zatargać, po czym nieco podupadłam na duchu, bo w chwili, kiedy już prawie wychodziłam, wyłączyli mi prąd w domu. „Przecież ja nie zejdę po ciemku do piwnicy!” wrzasnęłam rozpaczliwie wewnątrz swojej głowy, ale zaraz obudziła się ciemna strona mojej osobowości zwana też harcereczką, znalazła w szafce latarkę i zmusiła mnie do zanurzenia się w ciemny loch. Opony wytargałam, samochód odstawiłam.

Rogale, korowód, Beksiński

W Poznaniu istotnie były rogale marcińskie, na rogach ulic, w Starym Browarze i w każdej mijanej cukierni, w wielkiej obfitości, zeżarłam jakieś siedemnaście tysięcy do pół miliarda i teraz się toczę. Poza tym był malowniczy korowód jadący św. Marcinem (ulicą) oraz wystawa Beksińskiego w Zamku, dla samej tej wystawy warto byłoby pojechać, jest znakomita. Siedziałam tam ze 3 godziny oglądając wszystkie materiały filmowe, jakie prezentowali, w przerwach łażąc po salach z obrazami i utwierdzając się w przekonaniu, że to był jeden z najciekawszych malarzy współczesnych. Szkoda, że był – w czasie przeszłym. Doskonale rozumiem, co nim kierowało przy twórczości (lub tylko takie mam wrażenie), jego obrazy w ogóle mnie nie przygnębiają, raczej wprawiają w rodzaj transu. Kilka z tej wystawy mam pod powiekami już chyba na zawsze. Kiedyś coś kupię i powieszę sobie na ścianie. Mógłby spokojnie ilustrować „Solaris” albo „Eden” Lema, to ten klimat. Piętro wyżej natomiast był Sętowski, co też mnie uradowało, bo przepadam za nim, chociaż to zupełnie inna klasa niż Beksiński.

W Poznaniu były też rogale marcińskie, wspominałam już może o tym? Oraz kino Imax, padł bowiem znienacka pomysł, żeby tam się wybrać, któremu ja entuzjastycznie przyklasnęłam, bo poprzednio pierwszy i jedyny raz byłam w Imaksie w Paryżu, w Polsce jeszcze nigdy. We Wrocławiu oczywiście takich nowoczesnych wynalazków nie mamy, w Warszawie i Katowicach nigdy nie przyszło mi do głowy tam się udać. Film „T-Rex” nie był chyba najlepszym wyborem, ale technologia robiła wrażenie. I jeszcze rogale marcińskie były.

Same zmiany

Jeszcze dwa tygodnie temu siedziałam sobie spokojnie w pracy przed kompem, a dzisiaj mam już właściwie skrystalizowaną wizję przeprowadzki do Warszawy oraz informacje na temat kredytów i deweloperów. Niesamowite, jak wszystko nagle może się zmienić. Brak mi wprawdzie jeszcze drobnego szczegółu, czyli pracy tamże, ale ponieważ w mojej głowie pojawiło się już głębokie przekonanie o nieuchronności przenosin, to pewnie i z tym drobnym szczegółem sobie poradzę. Tak naprawdę zupełnie sobie nie wyobrażam rozstania z Wrocławiem, więc wzorem Scarlett odkładam myślenie o tym na później. Poza tym właśnie stałam się posiadaczką Firefoksa, ponieważ MS był łaskaw zablokować na amen flash w swojej przeglądarce. I dobrze, najwyższy czas był już coś zmienić.

Dostałam wczoraj w chciwe rączki „Detektywa Monka”, obejrzałam pierwszy odcinek, i natychmiast go polubiłam. Szalenie przypomina mi mojego wujka, chociaż bez tej nerwicy natręctw. Mam w ten sposób zajęcie na najbliższe trzy miesiące zimowych wieczorów, jutro natomiast zamiast siedzieć przed kompem jadę do Poznania, bo podobno będzie tam dużo rogali marcińskich i inne rozrywki.

Dwa spostrzeżenia z parkingu pod Carrefourem plus bonus

Ktoś ukradł pół księżyca. Dobrze, że chociaż równo przepiłował…
Jeśli samochód nie chce ruszyć z parkingu, a na pewno mamy włączony silnik i wrzucony bieg, to dobrze jest pomacać prawą dłonią swą (lub lewą, jeśli kto chce) po prawej stronie swej (po lewej nie!), namacać tam taką dźwignię z przyciskiem, i zwolnić ręczny hamulec.
Ale właściwie nic nie dziwi, macie bowiem państwo do czynienia z osobą, która wczoraj zapomniała w pracy skierowania na dzisiejsze poranne badanie, i o godzinie 20 postawiła na nogi prawie wszystkich swoich kolegów, żądając wyjaśnienia, jak się właściwie wchodzi do firmy. Nikt nie wiedział. Po czym okazało się, że jeszcze tam siedzą i nie trzeba używać nieznanych nikomu tajnych kodów celem dostania się do własnej szuflady. Następnie wysłałam pewnemu czytelnikowi tego bloga smsa przeznaczonego wyłącznie dla oczu mojej koleżanki, a prozaicznie dotyczącego butów (jakie szczęście, że to tylko taki niewinny sms był). A myślałby kto, że przez 50 miesięcy można się już nauczyć używać telefonu komórkowego z opcją wysyłania smsów, a przez 2 lata zapamiętać, że samochód ma ręczny hamulec. Otóż nie.

Zapominalska

Już prawie pod klubem fitness uświadomiłam sobie nagle, że przecież nie wzięłam karnetu. Nie było sensu zawracać, przez następne 3 minuty zastanawiałam się intensywnie, jak rozwiązać sprawę. Jestem wprawdzie stałą bywalczynią, ale za dużo ludzi tam się przewija, żeby panienki z recepcji pamiętały twarze oraz przynależne im karnety, zresztą i u nich rotacja jest spora. Zdecydowałam w końcu, że zwyczajnie zapłacę za jednorazowe wejście, trudno. Z tą myślą zeznałam recepcjonistce
– Niestety zapomniałam karnetu, czy coś w tych okolicznościach można zrobić? – przekonana, że powie z wyższością „bez karnetu nie wpuszczamy” i spojrzy na mnie jak na śmiecia przywleczonego ze śmietnika. Zdziwiłam się bardzo, gdy z uśmiechem powiedziała „ależ nie ma problemu”, szybko znalazła mnie w komputerze i wpuściła na zajęcia.

Przestali tam już dawać płatki śniadaniowe, ich reklamę zastąpiło wielkie zachęcające zdjęcie butelki Reddsa z odpowiednim tekstem. Miło sobie poczytać przy machaniu nogą, że już pół litra tego trunku szkodzi kobietom w ciąży oraz kierowcom. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie dają próbek.

Noctes varsovienses

Jeszcze dobrze za próg nie weszłam, a już szwagier wyciągał pół litra z zamrażalnika. Ja wiem, że damom się wódki nie daje, ale podziwiam tych, którzy umieją odmówić na widok dobrze zmrożonej flaszeczki. Po północy już było, jako że wyjechałyśmy o 18, potem były korki we Wrocławiu, potem był asfalt zwinięty, potem przerwa na szaszłyk, potem znów asfalt zwinięty, i tak to się wlokło. Zastrzegałam się, że tylko jeden kieliszek, bo przecież zmęczona po całym tygodniu i jeździe zaraz padnę. Jakoż i był jeden: jeden naraz. I nocne Polaków rozmowy.
– No to mów, co ona tam się na mnie skarży – zagaił on.
– Właśnie chciałam, żebyś mi wyjaśnił, dlaczego się przestała skarżyć, bijesz ją czy co? Martwię się – wyznałam ja.
Z dalszej rozmowy wyszło nam, że nie ma się czym martwić, ba: są w końcu nawet konkretne plany w kwestii dzieci i jest całkiem prawdopodobne, że za jakieś półtora roku będę ciocią! Trzeba było za to wypić natychmiast. O czwartej na szczęście butelka się skończyła, a ja dostałam niekontrolowanego napadu chichotów (to już wolę pijacką czkawkę, jeśli mogę mieć w tej kwestii życzenia), udałam się więc na spoczynek.

Następnego dnia dlaczegoś nie nadawałam się na kierowcę Józefiny, pojechałam więc do Anina autobusem oglądając po drodze miasto Warszawę. Rodzina moja wykrzyknęła „Urosłaś!”, co najpierw uznałam za żart przedni, dopiero potem zrozumiałam, że bynajmniej nie żartowali. Uprzejmie wyjaśniłam, że ja od co najmniej 12 lat już nie rosnę. Niestety: gdybym nawet była stuletnią staruszką z trzydzieściorgiem prawnucząt, oni i tak patrząc na mnie widzieliby przemądrzałą piętnastolatkę. Dostosowałam się. Było miło. Na imprezie sobotniej też było miło i nie zasnęłam w kąciku wbrew wcześniejszym swoim obawom. Istnieją nadal na tym świecie ludzie, którzy za swój imprezowy obowiązek uważają doprowadzenie się do stanu półśmierci klinicznej w ubikacji (co nie dziwi w wieku lat 20; w okolicy 40 już jakby nieco bardziej dziwi), ja jednak piłam bardzo umiarkowanie, dużo rozmawiałam, i przed piątą byłam w łóżeczku. Z tegoż poderwałam się przed 10, by pojechać na cmentarz śląc po drodze smsy do laski1, która je zignorowała, więc nadal nie było mi dane poznać jej in the flesh. Ubolewam. Bródno tonęło w kwiatach i słońcu. Po drodze z cmentarza rozmyślałam o nocnej konwersacji dotyczącej pracy we Francji, aby ostatecznie wzorem Scarlett odłożyć sprawę na później. Później włączyłam radio. Kwestia pracy we Francji nagle przestała być atrakcyjna.

Wracałam przez Katowice, bo wolałam jechać dłużej w miłym towarzystwie niż ósemką ze zwiniętym asfaltem samotnie. Kusiła mnie też myśl o ciągle jeszcze darmowej czwórce z Katowic do Wrocławia. Gdyby nie przeraźliwa mgła, jechałoby się cudownie. Mogłabym też się obejść bez godzinnego błądzenia w Katowicach, które są rozkopane całkowicie i dojechanie gdziekolwiek jest niemożliwe, co tłumaczy, dlaczego o godzinie 22 nikt oprócz mnie tam nie jeździł samochodem. W tych okolicznościach przyjęłam jako fakt zupełnie naturalny, że celem dojechania do A4 na Wrocław należy z Gliwic jechać na Tychy, czyli w diametralnie przeciwną stronę niż drogowskaz na Wrocław. Potem już tylko drętwiejąca noga na pedale gazu i o północy byłam we własnym domu. Mam w nim notabene 17,5 stopnia, ponieważ nadal nie włączyłam ogrzewania, i nie umiem wyjaśnić swojego postępowania.

Zablokowana

Praca mnie przygniotła. O poranku znalazłam swój samochód zaparkowany tam, gdzie go osobiście zaparkowałam, zmienił się tylko jeden element otoczenia: podniesiona była blokada miejsca parkingowego (mam upoważnienie do parkowania na tym miejscu, ale blokada nie należy do właściela miejsca; ja wiem, że to jest trochę skomplikowane), a po obu stronach stały samochody. Widmo niepojechania do pracy stanęło mi przed oczami, na szczęście pan z myjni dostrzegł, jak usiłuję się pozbyć blokady, przyszedł ze śrubokrętem i blokadę położył. Mało mu się ze szczęścia nie rzuciłam na szyję, bo wizja zasuwania do Warszawy dziś wieczorem na rowerze zupełnie mi się nie uśmiechała. Prawdę mówiąc, wizja zasuwania dziś wieczorem do stolicy czymkolwiek zupełnie mi się nie uśmiecha, może ktoś chce tam pojechać za mnie?
Poza tym byłam wczoraj na trzech aerobikach, bo zajęta rozmyślaniem, czemu ja właściwie tak bardzo nie chcę się w weekend zobaczyć z własną rodziną, straciłam rachubę godzin. W dodatku niczego sensownego nie wymyśliłam, jest to klasyczny syndrom „nie chcę, ale muszę, chociaż właściwie nie muszę, ale wolę już być przygnębiona z powodu spotkania się z nimi, niż wściekła na siebie z powodu ich unikania”… Następnie weszłam do wanny z „Widmami w mieście Breslau”, po jakiejś godzince w końcu się zorientowałam, że woda wystygła i przemieściłam się do łóżka, nie odrywając wzroku od kartek. Możliwe jest, że ja kocham Krajewskiego czy coś takiego.