Może by tak na zwolnienie?

Eksperyment przeprowadzony w dniach 19-20 listopada na żywym organizmie wykazał, że u istoty ludzkiej zwanej ds objawy ciężkiego przeziębienia prawie całkiem mijają po 24 godzinach trzymania podmiotu w ciepłym łóżeczku oraz ograniczenia aktywności życiowej do spania, słuchania radia i picia dużych ilości ciepłej herbatki. Pomocna jest też dieta składająca się z czosnku, ogórków kiszonych oraz miodu, niekoniecznie zmieszanych. Humor istoty ludzkiej trzymanej w takich warunkach poprawia się natychmiast o 327,8%. Uwaga: konieczne jest dostarczenie zapasu książek.
Na zwolnienie w związku z tym się już nie kwalifikuję, a trochę szkoda, bo właściwie mogłabym jeszcze sobie tak poodpoczywać w wyrku. Dobra, trochę kłamałam: oprócz zalegania tamże posprzątałam w domu, upiekłam sernik, usmażyłam stertę naleśników z soczewicą i zrobiłam do nich sos pomidorowy. Właściwie czosnkowo-pomidorowy. Zamierzam go spożywać dziś w pracy. Można obstawiać, co na to powiedzą moi koledzy, ale nie należy się silić na zbytnią oryginalność słownikową.

Kto czyta, żyje wielokrotnie

Czytam tę nową Samson, bo wiedziałam, że chcę ją przeczytać, od kiedy wpadła mi w oko rozmowa z nią w jakiejś lukrowanej gazetce. To by może był żeński „Zwrotnik Raka”, gdyby nie poszła w groteskę: ale jeśli umiecie sobie wyobrazić babski „Zwrotnik Raka” nie popadający w groteskę, to zazdroszczę wyobraźni i chylę czoła. W takich chwilach naprawdę przejrzyście widzę nieprzekraczalną przepaść między rodem męskim i kobiecym. Kobiece porno: ale ironiczne i oniryczne, i innego być nie może. Po prostu nie; to jak pierwiastek z minus 1. Na Gretkowskiej wzorowane dość otwarcie, ale chyba jednak literacko słabsze. Ciekawe i tak.

Czytam Haddona „Dziwny przypadek psa nocną porą”, niewiarygodnie smutna książka, nawet jeśli czytało się oszałamiającego Olivera Sacksa, też porażającego smutkiem. Inny sposób odbierania świata, o krok od nas przepaść (znowu ta przepaść) nieprzebyta. Mam jednak wrażenie, że trochę zmusza czytelnika do litości, czego nie cierpię.

Czytam, nie wiem zupełnie dlaczego wzięty do ręki, bo przecież go nie znoszę jako człowieka i felietonisty, „Zapach księżyca” Żuławskiego: to zadziwiająco dobra książka. Ze zdumieniem odkrywam, że on naprawdę potrafi pisać. W dodatku potrafi pisać o malarstwie, co jest sztuką i nawet Gertruda Stein prawie tego nie potrafiła (autentycznie się boję pisząc te słowa, że jej duch nawiedzi mnie w nocy). Och, jest kabotynem straszliwym – i właściwie co z tego, tak długo jak potrafi pisać prawdziwie, a potrafi.

I czytam, bo to bezsprzecznie lektura listopadowa, „Paragraf 22”, który śmieszy i porusza mnie tak samo od 15 lat. Dopiero teraz zauważyłam, że koniec mu się sypie: zaskakujące, ile świetnych książek ma gorszy koniec, albo to coś ze mną jest nie tak. Przy tak precyzyjnej konstrukcji całości ten koniec jednak wyłazi. Chociaż z drugiej strony uwielbiam samo zakończenie, przypomina mi „Lot nad kukułczym gniazdem” (prawie rówieśnik, Heller jednak był pierwszy).

Upoważnienie

Każdy czytelnik niniejszego bloga za okazaniem tej notki ma prawo do jednego uderzenia pani Kluzik-Rostkowskiej młotkiem w głowę. Może również przyprowadzić ze sobą rodzinę i znajomych w nieograniczonej ilości. Kosztów transportu nie zwracamy. Ja się muszę albo wyprowadzić z tego kraju, albo przestać czytać gazety, tertium non datur.

Wczoraj wieczorem pod fitness klubem siedziałam w kucki i przy świetle latarki oglądałam uważnie opony, żeby się upewnić, czy na pewno mój mechanik założył je we właściwym kierunku. W końcu to facet, przecież nie zaufam mu w takiej sprawie! (Tak naprawdę nie przyszłoby mi do głowy tego sprawdzać, gdyby kolega nie opowiedział mi, że jemu raz założyli odwrotnie). Moje nowe ogumienie sprawuje się bez zastrzeżeń, chociaż w żaden sposób nie da się na nich ruszyć z piskiem.

Poza tym od środy umieram na katar z bólem gardła. Dzisiaj jakby nieco bardziej umieram. Zamierzam leżeć cały weekend plackiem w łóżeczku.

Ukarana za chlapanie ozorem

Wieczorem znienacka dzwoni kumpel i pyta, czy ewentualnie mógłby liczyć na pracę u nas, o czym niedawno gadaliśmy, na co mnie zatyka i zaczynam się wić ze słuchawką w dłoni jak ten wij, wieloszczet albo inny węgorz, więc on mówi tonem obronnym z nutką zdziwienia, że sama mu proponowałam, a ja wykrzykuję „ale to było trzy tygodnie temu!” i wyjaśniam, że teraz to oczywiście rozejrzę się w firmie, i w ogóle to dobra firma jest, jasne, ale… ja właśnie uaktualniłam swoje cv. Nie zatrudniajcie mnie w reklamie, nigdy. Na szczęście on ma jakąś pracę, nie nóż na gardle, ale i tak odłożywszy słuchawkę mam wrażenie, że wziął mnie za mitomankę, bo jak to tak w ciągu trzech tygodni diametralnie zmienić pogląd na świat.

(Imaginacyjny wyjątek z cv: potrafi używać imiesłowów w trzech językach, lubuje się w zdaniach wielokrotnie podrzędnie złożonych, obficie stosuje parabole, składnię Yody jedynie w wyjątkowych wypadkach, często używa przecinków, a nawet średników. Do mitomanii nie przyznaje się.)

Jak być 400 zł w plecy

Kiedy myślałam mętnie, że nadal potrzebuję jakiegoś znaku dotyczącego planowanych wyprowadzek i innych takich zmian, to naprawdę nie miałam na myśli przecięcia dziś w nocy mojej świeżej opony zimowej tylnej. Dobra, nie mojej, Józefinowej, ale to nie ma znaczenia, gdyż jesteśmy emocjonalnie bardzo związane. Koło zmieniło się na zapasowe rękami pana z myjni, zaraz jadę do wulkanizatora, który mi powie, że nic się z tym nie da zrobić, więc zamówię dwie nowe opony zimowe. Czas się wyprowadzać.

Wake me up when November ends

Wygrałam właśnie sama ze sobą zakład, czy wytrzymam bez ogrzewania do 15 listopada. Właściwie nie ma co wytrzymywać, nadal mam 18 stopni, w porywach do 19, co w zupełności wystarcza mi do życia. Wczoraj jak burza wpadła Misica i stwierdziła, że jest ciepło, chociaż podejrzewam, że nie wypadało jej wpaść i powiedzieć „rany boskie, jaką ty tu masz lodówkę, przestań już może oszczędzać na ogrzewaniu!”. Podejrzenia o oszczędzanie mogłyby być niebezpodstawne, bo w trakcie przyszli z administracji i przynieśli pismo, że mam nadpłatę 250 zł za ogrzewanie. Nic dziwnego, skoro płacę, a nie używam.

Wieczorami siedzę, piję w towarzystwie scindapsusa i z przejęciem oglądam Monka. Przypominają mi się młode lata, gdy uwielbiałam Sherlocka Holmesa i Joe Alexa. Tu jest lepiej, bo wszystkie klucze do rozwiązania podają na tacy. Aż za łatwo czasem odgadnąć, kto zabił i jak, ale rekompensuje wszystko Monk – świetnie wykreowana postać.

Przygotowałam się na dzisiaj psychicznie do zmiany obuwia Józefinie, bo straszą nagłym atakiem zimy od czwartku. Wyskoczyłam z łóżka o poranku z myślą, że przecież muszę dziś te opony zatargać, po czym nieco podupadłam na duchu, bo w chwili, kiedy już prawie wychodziłam, wyłączyli mi prąd w domu. „Przecież ja nie zejdę po ciemku do piwnicy!” wrzasnęłam rozpaczliwie wewnątrz swojej głowy, ale zaraz obudziła się ciemna strona mojej osobowości zwana też harcereczką, znalazła w szafce latarkę i zmusiła mnie do zanurzenia się w ciemny loch. Opony wytargałam, samochód odstawiłam.

Rogale, korowód, Beksiński

W Poznaniu istotnie były rogale marcińskie, na rogach ulic, w Starym Browarze i w każdej mijanej cukierni, w wielkiej obfitości, zeżarłam jakieś siedemnaście tysięcy do pół miliarda i teraz się toczę. Poza tym był malowniczy korowód jadący św. Marcinem (ulicą) oraz wystawa Beksińskiego w Zamku, dla samej tej wystawy warto byłoby pojechać, jest znakomita. Siedziałam tam ze 3 godziny oglądając wszystkie materiały filmowe, jakie prezentowali, w przerwach łażąc po salach z obrazami i utwierdzając się w przekonaniu, że to był jeden z najciekawszych malarzy współczesnych. Szkoda, że był – w czasie przeszłym. Doskonale rozumiem, co nim kierowało przy twórczości (lub tylko takie mam wrażenie), jego obrazy w ogóle mnie nie przygnębiają, raczej wprawiają w rodzaj transu. Kilka z tej wystawy mam pod powiekami już chyba na zawsze. Kiedyś coś kupię i powieszę sobie na ścianie. Mógłby spokojnie ilustrować „Solaris” albo „Eden” Lema, to ten klimat. Piętro wyżej natomiast był Sętowski, co też mnie uradowało, bo przepadam za nim, chociaż to zupełnie inna klasa niż Beksiński.

W Poznaniu były też rogale marcińskie, wspominałam już może o tym? Oraz kino Imax, padł bowiem znienacka pomysł, żeby tam się wybrać, któremu ja entuzjastycznie przyklasnęłam, bo poprzednio pierwszy i jedyny raz byłam w Imaksie w Paryżu, w Polsce jeszcze nigdy. We Wrocławiu oczywiście takich nowoczesnych wynalazków nie mamy, w Warszawie i Katowicach nigdy nie przyszło mi do głowy tam się udać. Film „T-Rex” nie był chyba najlepszym wyborem, ale technologia robiła wrażenie. I jeszcze rogale marcińskie były.