O gryzieniu Gilberta film

Oczywiście mogłam się spodziewać, że zmienią zakończenie na modłę bardziej holiłudzką, ale oczywiście się nie spodziewałam, bo i po co. Musieli te parę kadrów na koniec dopisać, prawda? Jakby coś to zmieniało. Mogłabym przestać przywiązywać wagę do zakończeń (mogłabym również sobie zrobić lobotomię i przestać być sobą, nieprawdaż). Za to Leonardo – klękajcie narody, jest wielki. Podobał mi się tak niesłychanie, jak nie podobała mi się przeraźliwie zmanierowana Juliette Lewis, dokładne przeciwieństwo moich wyobrażeń o Becky. To jednak dobry film jest, całkiem sprytnie okroili książkę, i ma klimat. Nadal natomiast nie wiem, czy ja go przedtem widziałam. Chyba nie dałoby się Leonarda w tej roli zapomnieć? Okaże się za dziesięć lat, przypomnijcie mi tylko.
A poza tym z tego miejsca pragnę pogratulować panu ze stacji Orlen gdzieś przed Piotrkowem Trybunalskim, który wlał Józefinie do baku 46 litrów benzyny, a nawet nie jechałam jeszcze na rezerwie. Nominalna pojemność wynosi litrów 45. To poniekąd wyjaśnia, dlaczego dojechawszy stamtąd do Wrocławia i pojeździwszy po mieście nadal mam pełny zbiornik, ale i tak nie wiem, jak on to zrobił. W czwartym wymiarze? I czy z bagażnikiem nie dałoby się też zrobić takiego myku?

Spostrzeżenia i uwagi

poczynione podczas zwyczajowego nieprzewidzianego zimowego kataklizmu wynikłego z opadu śniegu (w grudniu w Polsce śnieg? Kto by pomyślał…):
– To, że na jezdni zalega odrobina śniegu, nie oznacza jeszcze, że koniecznie trzeba jechać 15 na godzinę. 40 na godzinę też jest prędkością bezpieczną, a korki zmniejszyłyby się dwukrotnie.
– To, że na jezdni leży śnieg, nie jest powodem, żeby nie skręcać i nie zmieniać pasa, blokując tym samym dwa pasy ruchu.
– Powinno być prawnie dozwolone ogłuszanie ludzi przebiegających w takich warunkach przez ulicę w dowolnym miejscu, ponieważ samochody tak wolno jadą i na pewno zdążą wyhamować. Ogłuszanie, a następnie kładzenie ich na jezdni i przejeżdżanie po nich, w miarę możliwości kilka razy.

W ramach wynagradzania sobie bólu egzystencjalnego z rozmysłem nie nastawiłam wczoraj budzika, uznawszy, że do pracy pójdę, jak się obudzę. Nastąpiło to o godzinie 9:17. Zaśnieżony świat dzisiaj nawet mi się podoba.

Że nie umarłam z przejedzenia, to cud

Przeżyłam rozkoszne święta unosząc się na różowej chmurce z oparów alkoholu. Zaczęło się w Wigilię, kiedy teść siostry na widok śledzia (trzy rodzaje) zażądał wielkim głosem wódki, jakoż i zaraz wylądowała na stole. Dobrze zmrożonej wódki, jak moi czytelnicy wiedzą, nie odmawiam nigdy, raczyliśmy się więc radośnie. Potem przeszłam na wino, a następnie po dwóch rodzajach karpia, barszczu z uszkami, prezentach i grzybowej (pierogów już żadną miarą nie daliśmy rady ruszyć), rodzina sobie poszła, a my ze szwagrem wykończyliśmy 0,7 i poprawiliśmy nalewką wiśniową. Po jej pierwszym łyku wycharczałam
– Czy nie myśleliście o tym, żeby ją rozcieńczyć… może wódką? – miała bowiem jakieś 80% jak nic.
Dzięki tej nalewce obudziłam się następnego dnia na obiad z niewielką ilością krwi w alkoholu, zatem bez kaca, i starannie utrzymywałam ten stan do poniedziałkowego wieczora. Wczoraj niestety musiałam wytrzeźwieć celem powrotu do Wrocławia.

Ale tak naprawdę to były najlepsze święta od 7 lat, ponieważ pierwsze, w które moja siostra nie zrobiła żadnego cyrku. Żadnej histerii, bicia się po głowie, płaczów i tragedii. Szwagier tradycyjnie pod koniec butelki o trzeciej nad ranem wylewał mi swoje nocne Polaków żale, ale w porównaniu z tym, co mieliśmy parę lat temu, to doprawdy cud był i szczęśliwość powszechna.

Dostałam tyle walizek, że zamierzam poważnie rozważyć założenie agencji wynajmu walizek. Chyba już teraz naprawdę muszę wyjechać, żeby oczekiwań ofiarodawców nie zawieść. Dostałam Mikołajka nowego i natychmiast zabrałam się za lekturę, robiąc tylko przerwę na zabrane szwagrowi felietony Talków. Z osobistą ciotką wymieniłam się nowym tomikiem Szymborskiej. Mam też przecudną silikonową formę do babeczek oraz silikonową matę do pieczenia, aż się rwę, żeby to wszystko wypróbować, tylko muszę najpierw znaleźć stado chętnych na moje wypieki, o co może być trudno.

Gość po północy gorszy od zmory

Nawet się nie przyznam, o której wyszłam wczoraj… przepraszam, to już niestety było dzisiaj, od Misicy. Chciałam naprawdę wyjść wcześniej, ale jakoś tak strasznie ciężko było wstać ze stołeczka, a poza tym na kolanach zalegał mi Kocio, który ma futro zimowe nadzwyczaj gęste i przepiękne.

Przedtem natomiast okazało się, że jeśli człowiek umawia się na dostawę komputera na „po 16” i uprzedzony, że to na pewno nie może być wcześniej, bo „wie pani, korki, opady atmosferyczne” spodziewa się raczej dostawy o 18 i spokojnie siedzi w pracy, to komputer pod dom dowożą mu 16:07, i dzwonią z pretensją, że czlowieka w tymże domu nie ma. Wypadłam z pracy biegiem i co koń mechaniczny wyskoczy pognałam odbierać. Teraz mam cały przedpokój zastawiony sprzętem komputerowym za 3 tysiące złotych polskich, choć niestety nie jest to sprzęt mój, a koleżanki, której dzisiaj muszę całe to dobro zawieźć. Jutro rano natomiast ukochana droga do Warszawy. Jeśli mi ktoś zrobi korek w Jankach, to przysięgam, że wysiądę i będę strzelać. Lepiej nie udawajcie się w tamtą stronę.

Opadłam z sił całkowicie. Najchętniej pojechałabym teraz do domu i nie trzeźwiała przez następne 3 dni. Albo i miesiąc.

Prezenty gwiazdkowe trzeba przemyśleć

Napisanie notki, której się nie publikuje, ma również pozytywne własności terapeutyczne, co stwierdziłam po odbębnieniu w poniedziałkowy wieczór straszliwego doła. Okazało się, że niekoniecznie trzeba się dzielić z całym światem swoimi bolączkami, żeby poprawić sobie nastrój. Dobra, tak naprawdę to cały świat reprezentowała w tym przypadku laska1, z którą podzieliłam się częścią swoich zmartwień. Doł ostatecznie zakończył się oglądaniem „Drobnych cwaniaczków” Woody’ego Allena. Nie ten Allen, jakiego najbardziej lubię, ale z dna Rowu Mariańskiego się nie wybrzydza, tym bardziej, że jednak parę razy radośnie zarechotałam, a nazajutrz świat najlepszy z istniejących wyglądał już całkiem możliwie.

A jeśli o zamartwianie się na zapas chodzi, to najbardziej mnie zachwyca, kiedy kończę rozmowę telefoniczną i za chwilę smsy mnie informują, że w tym czasie dwukrotnie usiłowała się do mnie dodzwonić moja siostra osobista. Ponieważ ona nie ma zwyczaju dzwonić bez powodu, natychmiast mam zawał, zastanawiam się, kto umarł i usiłuję oddzwonić do niej, co okazuje się niemożliwe, więc tym plastyczniej wyobrażam sobie kto umarł i kiedy pogrzeb i dlaczego tuż przed świętami. Po czym dostaję smsa „juz nic już nic usciski” i mdleję na miejscu z ulgi. Z omdlenia wyciąga mnie telefon od szwagra. Otóż okazuje się, że nasz superhipergenialny plan kupienia jej nart na Gwiazdkę rozpadł się jak koalicja lewicy, ponieważ, uwaga, moja siostra kupiła sobie narty w kwietniu. Musiał to powtórzyć trzy razy, zanim do mnie dotarło.
– Ale… gdzie ona je ma i jakim cudem ty o tym nie wiedziałeś?? – wybełkotałam w końcu, usiłując otrząsnąć się z wizji mojej siostry wnoszącej do mieszkania narty w całkowitej tajemnicy przed własnym mężem i przez 8 miesięcy chomikującej te narty w mieszkaniu, które owszem jest spore, ale nie aż tak, żeby półtora metra nart, które zazwyczaj się nie dają zwinąć w kłębek lub złożyć w kosteczkę, przepadło tam bez śladu. Swoją drogą… faceci. Przypuszczam, że słonia mogłaby tam przyprowadzić, i też by nie zauważył. Te wszystkie dowcipy o kochankach pod łóżkiem i w szafie mogą jednak kryć w sobie ziarno prawdy.

Tak poważnie wielka szkoda, bo pomysł na prezent był niezły i bardzo żałuję, że nie wypalił. Szczęśliwie ja i tak mam już dla niej garść drobiazgów, więc teraz poznęcam się nad biednym szwagrem, który będzie musiał coś innego w ostatniej chwili wymyślić. Swoją drogą, dobrze, że się zawczasu wyjaśniło, bo nie chciałabym oglądać jej miny, gdybyśmy jej w pełnej nieświadomości kupili drugie narty…

Czytelnia pospolita

Uznałam, że Masłowskiej „Paw królowej” już się dostatecznie odleżał i mogę przeczytać bez uprzedzeń. Świetnie napisana zła książka. Problem leży w jej nieświadomości, że nie da się niczego stworzyć wszystko negując. Ona jeszcze ciągle jest zbuntowaną młodą obiecującą utalentowaną, przekonana jest, że wyśmiewanie się z wszystkiego i wszystkich, łącznie ze sobą, jest właściwą drogą. Efekt? Odkładam książkę, w której nic i nikt mnie nie obszedł ani tyci tyci. Rewelacyjnie napisaną, bo ucho to ona ma i zazdroszczę jej tego. A teraz mam życzenie świąteczne: niech przez dwa lata nic nie pisze, siedzi i czyta dobrą literaturę (niech sobie sama wybierze tę dobrą, potrafi). Potem bez eksperymentów formalnych niech napisze kolejną książkę, znalazłszy najpierw jedną rzecz, dla której warto żyć. Ciekawe, czy to się uda.
„Co gryzie Gilberta Grape’a”, ponieważ ten tytuł gryzł mnie od wielu lat: przekonana, że albo czytałam książkę, albo oglądałam film, albo i oba, nie mogłam sobie jednak przypomnieć ani pół fragmentu z żadnego. W końcu przeczytałam, żeby mieć to z głowy (film, jak mi wpadnie w rączki, też obejrzę). Przez większość lektury dyskretnie ziewałam, bo doprawdy, jakoś to wszystko mało oryginalne. Aż do zakończenia, które jest zaskakująco brutalne i nagle nastawiło mnie lepiej do tej książki (nienawidzimy hepi-endów, sssskarbie). Może być. Mam nadzieję, że nie będę musiała za parę lat czytać tego ponownie. Ciekawe, czy film jest lepszy i czy sobie przypomnę, że go widziałam.
Poza tym mam na tapecie kolejnego Magnusa Millsa, którego książki nawet jak na standardy angielskie są bardzo dziwne aż do bycia irytującymi, więc oczywiście czytam je z wielką pasją. Oraz starą fantastykę, mianowicie Aldissa; nabyty za całe 2 zł w bibliotece zbiór „Kto zastąpi człowieka” okazał się być przewyborny. W zasadzie wiedziałam, że to dobry pisarz, ale jakoś nie pamiętałam, że aż tak dobry, bo na przykład taka „Cieplarnia” jakoś nie do końca mnie przekonała. No, to ten zbiór jest rozkosznie przekonujący.

Nagły atak zimy

zaskoczył mnie wczoraj wieczorem w drodze na aerobik. Bardzo zadowolona jechałam sobie dalej, bo płatki śniegu tak ładnie tańczyły w świetle reflektorów. Trochę mniej zadowolona byłam po wyjściu, bo musiałam zgarnąć z Józefiny jakieś 6 cm białego puchu, ale i tak nowa wersja zimy niezwykle mi się podobała. Przestałam być taka zachwycona, kiedy spróbowałam wyjechać na ulicę, która okazała się być przykryta dużą ilością lodu. Pożałowałam, że Józefina nie ma łyżew zamiast opon, zapomniałam, że mam hamulec, i bardzo ostrożnie dojechałam do domu (przy zjeździe z estakady mimo całej ostrożności zatrzymałam się dopiero na krawężniku, dobrze, że on tam był). W domu radio powiedziało, że mamy kataklizm, komunikacja miejska przestała jeździć, a miasto jest zablokowane.
Obejrzałam film amerykański przedgwiazdkowy „Facet z ogłoszenia” (tytuł oryginalny, „Must love dogs”, podoba mi się znacznie bardziej). Od czasów „You’ve got mail” zrobiliśmy najwyraźniej spory postęp techniczny, bohaterka jednym kliknięciem preparuje swoje zdjęcia (ja chcę taki program na Gwiazdkę), a na portalach randkowych zostawia się wyłącznie wiadomości głosowe. Poza tym nawet jak na grudniową komedię romantyczną bardzo nijakie. Chyba już mi się odechciało tych świąt, właściwie to mógłby już być kwiecień…

Faceci, których kocham oraz nienawidzę

Zacznę od nienawiści, to może mi ulży. Właściwie od apelu, aby wszyscy moi czytelnicy natychmiast zaprzestali kupowania w Merlinie (tam i tak jest drożej niż w Empiku). Najpierw zamiast anulować jedną książkę anulowali mi całe zamówienie, już skompletowane, po moich wczorajszych mailach natomiast przywrócili mi zamówienie, owszem: podwójnie. Mam teraz dwa zamówienia na ten sam zestaw, i termin realizacji przy każdym znowu 3-5 dni. Niestety zamówienie już opłaciłam, bo inaczej machnęłabym ręką i poszła do Empiku. W dodatku dodzwonienie się do nich jest całkowicie niemożliwe. Nigdy więcej Merlina! I tak oto zostałam bez trzech prezentów gwiazdkowych.

Natomiast lista facetów, których kocham, jest na szczęście dłuższa, a są na niej aktualnie

  • Herman, kot laski1
  • Wit Szostak za „Ględźby Ropucha” oraz zresztą całokształt
  • Pilch za najnowszy felieton w Polityce.