A miało być tak pięknie

Miałam siedzieć, uśmiechać się marzycielsko do ekranu i kontemplować wszystkie możliwości, jakie mam. Nic nie muszę, wszystko mogę, czy to nie piękne? Otóż tylko w teorii piękne, w rzeczywistości przeżywam stres tysiąclecia. Dlaczego nie można elementów życia poskładać sobie jak klocki, dlaczego wszystko przychodzi w wielopakach, fajna praca z przeprowadzką, przeprowadzka z koniecznością pozałatwiania siedmiu tysięcy spraw, dlaczego mam wrażenie, że to wszystko mnie przerasta i za chwilę upadnę pod tym ciężarem? Decyzja oczywiście już się podjęła, ale to nie zmienia faktu, że marudzę, boję się, marudzę, trzęsę się, nie mogę spać. budzę się rano z myślą, że chyba zaraz pójdę sobie podciąć żyły, ale na szczęście nie mam siły wstać z łóżka. I niech ktoś już zabierze te chmury.

A tymczasem Merlin poproszony, żeby zabrał z mojego zamówienia jedną książkę, bo nie mogłam się na nią doczekać, anulował radośnie całe moje zamówienie. W większości gwiazdkowe. Telefony mają permanentnie zajęte. Chciałby mnie ktoś może dobić?

Z głową pod wodą

Dużo rzeczy na tym świecie nie rozumiem, zaś na czele listy są nieodmiennie ludzie, którzy przychodzą na basen, a następnie na tym basenie stoją przy brzegu i gadają. Ja robię 100 metrów, oni dalej stoją i gadają. Wpływam między nich bezceremonialnie, podsłuchuję, że jeden pan z przejęciem opowiada jednej pani o pomieszczeniach, ani chybi kupił mieszkanie, wszyscy kupują mieszkania, czy kupowanie mieszkań teraz jest trendy? Robię kolejne 100 metrów, dalej stoją. Potem przepływają z jednego końca basenu na drugi, tam stają i znowu gadają. Ja bym zmarzła, a w ogóle to źle się stoi w wodzie. Ale przynajmniej mam o czym rozmyślać przez te półtora kilometra machania kończynami.

Po basenie wsiadam do samochodu i wymyślam… jakby tak jakoś wytrwać do maja, a potem wziąć trzy miesiące bezpłatnego urlopu: miesiąc na jakiś kretyński rejs, typu niedźwiedzie mięso, nieustanne fale, wszystko mokre, i żadnej cywilizacji w promieniu 50 mil morskich. Trzy tygodnie w Tatrach polskich i słowackich, potem odwiedzić wszystkich znajomych, co do Stanów wyemigrowali, a na deser może jeszcze o Szwajcarię zahaczyć. Potem wróciłabym do pracy z większą ochotą, albo i nie, wymyśliłabym coś innego. Muszę już być bardzo zmęczona, skoro takie głupoty mi do głowy przychodzą.

24=3*2^3

Życie w tym średniej wielkości państwie w środkowej Europie nie jest łatwe: zamiast Halloween mamy odwiedzanie cmentarzy, najważniejsze święto narodowe wypada 10 dni po wizytach cmentarnych, w samym środku deszczowego pochmurnego ponurego listopada, a potem 10 dni przed Gwiazdką, w rozgorączkowaniu przedświątecznym i prezentowym, mamy nagle rocznicę stanu wojennego. Chociaż z drugiej strony, ten jeden wolny czwartek w czerwcu lub maju jest nie do pogardzenia, a wolny dzień sierpniowy też czasem się przydaje.

W ramach rocznicy pan w radiu powiedział coś o tym, że jesteśmy jednak wolni, dla pewności dodał w zagranicznym języku „free! free!”, i zadowolony z siebie puścił piosenkę Queen „I want to break free”. Ja się nie upieram, żeby oni jeszcze tekstów tych piosenek słuchali czasem, bo to mogłoby spowodować nieodwracalne zmiany w mózgu (hmm), ale chyba jednak zadzwonię i zasugeruję, że bezpieczniej byłoby trzymać się piosenek zawierających słowo Christmas…

Nieoczekiwane konsekwencje posiadania bloga

Bo widzicie: kiedy człowiek zakłada bloga, to wcale, w ogóle, ani odrobinę się nie spodziewa, że pewnego piątkowego wieczoru będzie sobie leniwie siedział w knajpie, kiedy zadzwoni jego komórka, w której szalenie miły głos kobiecy oznajmi „Cześć, tu Goga” i czlowiek w panice będzie przez chwilę usiłował połączyć półmrok knajpiany z tamtą rzeczywistością czarnych literek na cynamonowym tle. Tymczasem to się się zdarza; Goga zapamiętała moją opiekę nad dwoma kotami Misicy i dzwoniła zapytać, czy jeśli wzięła drugiego kota, to one mają szansę się dogadać. Opanowałam się jakoś i nie wrzasnęłam jej w słuchawkę „HURRA” (jestem zdecydowaną zwolenniczką wielokotowatości), oraz bardzo asekurancko oceniłam szanse na 95%. W rzeczywistości w przypadku młodych kotów szanse zaprzyjaźnienia zbliżają się do 100%, ale z tym gatunkiem ogoniastych nigdy nic nie wiadomo na pewno.

Z zupełnie innej beczki, Czara Ognia bardzo dobra jest. Pojedynek z Voldemortem ma nadzwyczajną dramaturgię, chociaż Ralph Fiennes bez nosa nie wygląda najlepiej, a nawet trochę komicznie. Powrót Harry’ego z cmentarza rozwala absolutnie, jedna z najlepszych scen, jakie widziałam w kinie. Chociaż przyznam, że w połowie filmu zdarzyło mi się parę razy ziewnąć. O szok przyprawiło mnie odkrycie, że po polsku „portkey” nazywa się „świstoklik”, dlaczego tak bezsensownie?

Raz na kwartał przypominam sobie, że pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy, i wtedy udaję się do ulubionego sklepu z ubraniami. Jak zwykle obwiesiłam się tam naręczem ciuchów i poszłam zamieszkać w przymierzalni, gdzie natychmiast dopadła mnie pani z obsługi twierdząc, że teraz można wziąć co najwyżej 5 sztuk garderoby naraz. Ja miałam ich, bagatela, 13, i nie chciałam żadnej oddać. Po chwili konwersacji przekonałam ją, że jestem wcieleniem niewinności, pozwoliła mi więc oddać się orgii przymierzania, a ja na 13 bynajmniej nie poprzestałam. Wyniosłam stamtąd ostatecznie tylko siedem nowych ubranek, być może więc przynajmniej w grudniu nie będę chodzić goła.

Jak twarde serce ds zmiękczyć

Bardzo trudno być w naszym kraju fetyszystą. Wniosek wysnułam stąd, że ten pan wydzwania do mnie ostatnio tym uparciej, im staranniej ja nie odbieram jego telefonów. Konsekwentne nieodbieranie stosuję jako ostatnią deskę rachunku, bo gdy go poinformowałam, że nie mam czasu się spotkać i nie przewiduję zmiany w tej kwestii w najbliższej dekadzie, to nie zrozumiał. Hmm, może nie powinnam była używać słowa „dekada”?

Rano, gdy umieściłam już swój odwłok w Józefinie, zbliżył się do mnie pan postury niewielkiej, obdarzony wyliniałą siwą brodą oraz ogólnymi oznakami zużycia organizmu i opowiedział mi rzewną historię, jak to przywieźli mu panele podłogowe, a jemu zabrakło 4 złotych, zaś facet od paneli nie chce ich oddać i upiera się koniecznie przy tych 4 złotych, więc teraz tak musi chodzić i prosić o pożyczkę. Najpierw automatycznie odparłam, że niestety nie mam, ale po chwili uznałam, że tak pięknie wymyślona i z wielką dbałością o szczegóły opowiedziana historia naprawdę zasługuje na 2 złote. Pan zachował klasę do końca, bo upierał się, żebym mu podała adres, a on mi moje 2 złote odda. Nie mówcie zatem, że prawdziwych żebraków w Rzeczypospolitej już nie ma.

W Polityce nowy wiersz Różewicza, który jest jak bezradny szept w mroku starego człowieka. Oraz nominacje estradowe do Paszportów, dokładnie przeciwstawne temu, co na temat nominowanych oraz chwalonych artystów napisała parę dni temu Rzplita. Tam Grabaż, Maleńczuk i Kazik to wybitni tekściarze, tu zaś twierdzą, że teksty głupie, beznadziejne i hiphopowe. Ja tam się nie znam, nominowana Maria Peszek mnie lekko irytuje od czasu, kiedy bardzo dawno temu na jakimś PPA się tarzała po ziemi zawodząc, a teraz zawodzi o mieście ze światła, nie wiem czy nadal się tarzając. Natomiast nowa piosenka Kazika, co to jak okiem sięgnąć zmienił się świat, jest rewelacyjna do wycia, gdy się przejeżdża przez Wieluń objazdem, ale nie można powiedzieć, żeby tekst był jakoś szczególnie poetycki. Chyba, bo co ja tam się znam.

Ludzie nie doceniają pralek

Jeżeli włoży się do pralki poszwę na kołdrę wraz z innymi rzeczami i nastawi pranie, to po jego zakończeniu okazuje się, że pralka upchnęła zdecydowaną większość tych innych rzeczy do poszwy. Wczoraj włożyła tam nawet prześcieradło, co, przyznać musicie, jest już wyczynem jedynym w swoim rodzaju. Podejrzewałam też poszwę o zjedzenie jednej mojej skarpetki, ale ostatecznie okazało się, że została ona luzem w pralce. Na tej kanwie wymyśliłam, że jak następnym razem będę chciała się spakować, to włożę do pralki torbę oraz wszystkie rzeczy, które mają się w niej znaleźć, i nie będę musiała się męczyć z układaniem rzeczy w torbie. Swoją drogą, nigdy nie próbowałam włożyć do pralki dwóch poszew naraz, ciekawe co wtedy by się stało.

Czy wspominałam już, że moja siostra wróciła z Hiszpanii?

Jestem dogłębnie poruszona

ilością rozmaitych maili i innych smsów z pretensjami, żądaniami zwrotu bloga, komplementami itd. Naprawdę nie miałam pojęcia, że tyle osób mnie czyta, w dodatku chyba z własnej woli (chociaż bogata moja wyobraźnia podsuwa mi natychmiast wizję rzeszy Aleksów z „Mechanicznej pomarańczy”, przywiązanych na amen do fotela, powieki na klamerki do bielizny, i ds blog wyświetlany na wielkim ekranie…) Święcie przekonana byłam, że jak zniknę bloga w piątek wieczorem, to nikt nawet nie zauważy, poza może Misicą, którą przewidująco uprzedziłam. Jestem naprawdę wzruszona, w ogóle nie wiem jak z tym mam dalej żyć i nawet przychodzi mi do głowy, żeby może zacząć myśleć, a nie tylko pisać sobie radośnie, co wena pod palce podtyka. Ale to już chyba zbyt daleko posunięty wniosek.

Deszcz LAŁ wczoraj non stop, dzisiaj dla odmiany jest mokry śnieg, i ja bym bardzo prosiła, żeby ktoś już z tym coś zrobił. Naprawdę, mamy XXI wiek, nie można jakiegoś małego rurociągu pociagnąć i całej tej wody do Australii wyekspediować w trymiga? Tam są rozmaite pustynie, wiem, bo widziałam na filmach. Albo ewentualnie wywieźć w przestrzeń kosmiczną, tam jest dużo miejsca, niech sobie lata całą wieczność w postaci brył lodowych, a nie tu mi kapie na głowę i szyby samochodu. Jakby mało mi było wody z nieba poszłam jeszcze na basen, gdzie jeden pan bardzo się męczył, tak nieskoordynowanych ruchów to ja naprawdę dawno nie widziałam. Parę razy niestety zdarzyło mi się oberwać znalazłszy się na jego drodze, gdyż trajektorie miał zupełnie nieprzewidywalne, za to młócił wodę konkretnie. Widać, że była mu wrogiem. Potem kasjerka w Carrefourze zaskoczyła mnie pytaniem
– A co to jest? – wskazując moje dwa starannie wybierane awokado.
– Yyy, słucham? – Zapytałam ja błyskotliwie, zastanawiając się, o co jej chodzi.
– Co to jest? – powtórzyła ona z wielką cierpliwością.
– Awokado – odparłam słabo, siłą woli powstrzymując się przed dodaniem „inaczej smaczliwka wdzięczna” i przed zapytaniem, czy mam jej to może przeliterować i w jakim mianowicie języku. Dała jednak radę. Całe szczęście, ostatnio żywię się bowiem głównie awokado z łososiem wędzonym, obydwa obficie skropione cytryną… już się ślinię, więc lepiej się natychmiast oddalę.

First we take… Warsaw

Rany, wszyscy krzyczą „oddawaj bloga, oddawaj bloga”, czuję się lekko ubezwłasnowolniona. Nawet sobie cichaczem bloga nie można zniknąć w dzisiejszych czasach? Zrobiłam głupstwo i musiałam go zniknąć na chwilę albo dwie, świat się jeszcze nie skończył z tego powodu, o.

Pobyt w Warszawie tym razem był niezwykle wprost przyjemny, chociaż humor miałam zasadniczo strasznie pod psem, i nawet sobotni wieczór, podczas którego wychlaliśmy 7 butelek wina porzeczkowego made by szwagier, nie rozjaśnił moich ponurych myśli. Skutkiem ubocznym picia wina porzeczkowego jest czernienie języka, zabrałam więc butelkę do pani laski1, żeby dziewczynom też się zrobiły czarne języki (niestety oczywiście okazało się, że tylko mój jest wyjątkowo podatny na ten efekt). Przebojem wizyty było odkrycie, że kot laski umie chodzić (to będzie nowa wersja elementarza „Laska ma kota. Kot laski chodzi„). Poza tym laska jest dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałam, a u zupy niesłychanie mnie rozczarował brak pomidorowej na głowie, ale jakoś to przebolałam. W poniedziałek natomiast obejrzałam autobusy miejskie z góry, bardzo ciekawy widok, a ma go za swoim oknem na co dzień lumpiata, czego jej bardzo zazdroszczę. Zaprezentowałam jej wersję swej osobowości pt. „ds marudna oraz ponura”, po czym w końcu dotarłam na interview, na które się wybrałam do stolicy. Po pół godzinie rozmowy zaczęły mi się chyba oczy świecić, jakby je kto do prądu podłączył, nie oglądałam się wprawdzie w lusterku, ale wyraźnie czułam, że się świecą. Wiecie, jakie to jest uczucie, kiedy nie spodziewacie się niczego, i jesteście ogólnie ponurzy i rozlaźli, po czym ktoś mówi „a może bym teraz ot tak spełnił pani marzenia i dorzucił jeszcze garstkę bonusów”? Wyszłam stamtąd przekonana, że to właściwie musi być sen i może należałoby się obudzić, zanim wsiądę do samochodu. Euforia minęła mi chyba dopiero po czterech godzinach jazdy w nieprzerwanie lejącym deszczu, potworność.

Oczywiście to oznacza wyjazd stąd, a ja nie wiem i właściwie to nie chcę, i dlaczegoniemożetakbyćjakjest i janiechcęnigdziejechać i mnietujestdobrze i bardzo proszę mnie natychmiast uderzyć w głowę. Mocno. I Józefinę będę musiała sprzedać, przecież ja nie mogę jej sprzedać!

Doczekałam się grudnia

Chociaż jakiś fałszywy ten grudzień, bo jest 0º i nawet nie musiałam skrobać dziś rano samochodu, ale najważniejsze, że listopad już nas opuścił na 11 miesięcy. Aby należycie uczcić ten fakt jadę na delikatnie przedłużony weekend do Warszawy. Nie żeby mi się chciało, ale to akurat nic nowego.

Mysz moja komputerowa parę miesięcy temu uzyskała własną świadomość i kiedy jej nie dotykałam, sama znienacka przesuwała kursor po ekranie w lewo lub do góry. Byłby to niezły wynalazek, ale mimo moich usilnych prób nie udało mi się z nią dogadać, a już marzyły mi się konwersacje z inteligentną myszą. Poszłam więc zrezygnowana do sklepu i nabyłam nową mysz, optyczną, która inteligencji nie posiada i robi tylko to, co ja jej każę. W pracy natomiast dali mi znienacka jeszcze 1 Gb RAMu, więc teraz mam 2. Na razie nie wymyśliłam, jak to wykorzystać.