Czytelnia pospolita

Uznałam, że Masłowskiej „Paw królowej” już się dostatecznie odleżał i mogę przeczytać bez uprzedzeń. Świetnie napisana zła książka. Problem leży w jej nieświadomości, że nie da się niczego stworzyć wszystko negując. Ona jeszcze ciągle jest zbuntowaną młodą obiecującą utalentowaną, przekonana jest, że wyśmiewanie się z wszystkiego i wszystkich, łącznie ze sobą, jest właściwą drogą. Efekt? Odkładam książkę, w której nic i nikt mnie nie obszedł ani tyci tyci. Rewelacyjnie napisaną, bo ucho to ona ma i zazdroszczę jej tego. A teraz mam życzenie świąteczne: niech przez dwa lata nic nie pisze, siedzi i czyta dobrą literaturę (niech sobie sama wybierze tę dobrą, potrafi). Potem bez eksperymentów formalnych niech napisze kolejną książkę, znalazłszy najpierw jedną rzecz, dla której warto żyć. Ciekawe, czy to się uda.
„Co gryzie Gilberta Grape’a”, ponieważ ten tytuł gryzł mnie od wielu lat: przekonana, że albo czytałam książkę, albo oglądałam film, albo i oba, nie mogłam sobie jednak przypomnieć ani pół fragmentu z żadnego. W końcu przeczytałam, żeby mieć to z głowy (film, jak mi wpadnie w rączki, też obejrzę). Przez większość lektury dyskretnie ziewałam, bo doprawdy, jakoś to wszystko mało oryginalne. Aż do zakończenia, które jest zaskakująco brutalne i nagle nastawiło mnie lepiej do tej książki (nienawidzimy hepi-endów, sssskarbie). Może być. Mam nadzieję, że nie będę musiała za parę lat czytać tego ponownie. Ciekawe, czy film jest lepszy i czy sobie przypomnę, że go widziałam.
Poza tym mam na tapecie kolejnego Magnusa Millsa, którego książki nawet jak na standardy angielskie są bardzo dziwne aż do bycia irytującymi, więc oczywiście czytam je z wielką pasją. Oraz starą fantastykę, mianowicie Aldissa; nabyty za całe 2 zł w bibliotece zbiór „Kto zastąpi człowieka” okazał się być przewyborny. W zasadzie wiedziałam, że to dobry pisarz, ale jakoś nie pamiętałam, że aż tak dobry, bo na przykład taka „Cieplarnia” jakoś nie do końca mnie przekonała. No, to ten zbiór jest rozkosznie przekonujący.

Nagły atak zimy

zaskoczył mnie wczoraj wieczorem w drodze na aerobik. Bardzo zadowolona jechałam sobie dalej, bo płatki śniegu tak ładnie tańczyły w świetle reflektorów. Trochę mniej zadowolona byłam po wyjściu, bo musiałam zgarnąć z Józefiny jakieś 6 cm białego puchu, ale i tak nowa wersja zimy niezwykle mi się podobała. Przestałam być taka zachwycona, kiedy spróbowałam wyjechać na ulicę, która okazała się być przykryta dużą ilością lodu. Pożałowałam, że Józefina nie ma łyżew zamiast opon, zapomniałam, że mam hamulec, i bardzo ostrożnie dojechałam do domu (przy zjeździe z estakady mimo całej ostrożności zatrzymałam się dopiero na krawężniku, dobrze, że on tam był). W domu radio powiedziało, że mamy kataklizm, komunikacja miejska przestała jeździć, a miasto jest zablokowane.
Obejrzałam film amerykański przedgwiazdkowy „Facet z ogłoszenia” (tytuł oryginalny, „Must love dogs”, podoba mi się znacznie bardziej). Od czasów „You’ve got mail” zrobiliśmy najwyraźniej spory postęp techniczny, bohaterka jednym kliknięciem preparuje swoje zdjęcia (ja chcę taki program na Gwiazdkę), a na portalach randkowych zostawia się wyłącznie wiadomości głosowe. Poza tym nawet jak na grudniową komedię romantyczną bardzo nijakie. Chyba już mi się odechciało tych świąt, właściwie to mógłby już być kwiecień…

Faceci, których kocham oraz nienawidzę

Zacznę od nienawiści, to może mi ulży. Właściwie od apelu, aby wszyscy moi czytelnicy natychmiast zaprzestali kupowania w Merlinie (tam i tak jest drożej niż w Empiku). Najpierw zamiast anulować jedną książkę anulowali mi całe zamówienie, już skompletowane, po moich wczorajszych mailach natomiast przywrócili mi zamówienie, owszem: podwójnie. Mam teraz dwa zamówienia na ten sam zestaw, i termin realizacji przy każdym znowu 3-5 dni. Niestety zamówienie już opłaciłam, bo inaczej machnęłabym ręką i poszła do Empiku. W dodatku dodzwonienie się do nich jest całkowicie niemożliwe. Nigdy więcej Merlina! I tak oto zostałam bez trzech prezentów gwiazdkowych.

Natomiast lista facetów, których kocham, jest na szczęście dłuższa, a są na niej aktualnie

  • Herman, kot laski1
  • Wit Szostak za „Ględźby Ropucha” oraz zresztą całokształt
  • Pilch za najnowszy felieton w Polityce.

A miało być tak pięknie

Miałam siedzieć, uśmiechać się marzycielsko do ekranu i kontemplować wszystkie możliwości, jakie mam. Nic nie muszę, wszystko mogę, czy to nie piękne? Otóż tylko w teorii piękne, w rzeczywistości przeżywam stres tysiąclecia. Dlaczego nie można elementów życia poskładać sobie jak klocki, dlaczego wszystko przychodzi w wielopakach, fajna praca z przeprowadzką, przeprowadzka z koniecznością pozałatwiania siedmiu tysięcy spraw, dlaczego mam wrażenie, że to wszystko mnie przerasta i za chwilę upadnę pod tym ciężarem? Decyzja oczywiście już się podjęła, ale to nie zmienia faktu, że marudzę, boję się, marudzę, trzęsę się, nie mogę spać. budzę się rano z myślą, że chyba zaraz pójdę sobie podciąć żyły, ale na szczęście nie mam siły wstać z łóżka. I niech ktoś już zabierze te chmury.

A tymczasem Merlin poproszony, żeby zabrał z mojego zamówienia jedną książkę, bo nie mogłam się na nią doczekać, anulował radośnie całe moje zamówienie. W większości gwiazdkowe. Telefony mają permanentnie zajęte. Chciałby mnie ktoś może dobić?

Z głową pod wodą

Dużo rzeczy na tym świecie nie rozumiem, zaś na czele listy są nieodmiennie ludzie, którzy przychodzą na basen, a następnie na tym basenie stoją przy brzegu i gadają. Ja robię 100 metrów, oni dalej stoją i gadają. Wpływam między nich bezceremonialnie, podsłuchuję, że jeden pan z przejęciem opowiada jednej pani o pomieszczeniach, ani chybi kupił mieszkanie, wszyscy kupują mieszkania, czy kupowanie mieszkań teraz jest trendy? Robię kolejne 100 metrów, dalej stoją. Potem przepływają z jednego końca basenu na drugi, tam stają i znowu gadają. Ja bym zmarzła, a w ogóle to źle się stoi w wodzie. Ale przynajmniej mam o czym rozmyślać przez te półtora kilometra machania kończynami.

Po basenie wsiadam do samochodu i wymyślam… jakby tak jakoś wytrwać do maja, a potem wziąć trzy miesiące bezpłatnego urlopu: miesiąc na jakiś kretyński rejs, typu niedźwiedzie mięso, nieustanne fale, wszystko mokre, i żadnej cywilizacji w promieniu 50 mil morskich. Trzy tygodnie w Tatrach polskich i słowackich, potem odwiedzić wszystkich znajomych, co do Stanów wyemigrowali, a na deser może jeszcze o Szwajcarię zahaczyć. Potem wróciłabym do pracy z większą ochotą, albo i nie, wymyśliłabym coś innego. Muszę już być bardzo zmęczona, skoro takie głupoty mi do głowy przychodzą.

24=3*2^3

Życie w tym średniej wielkości państwie w środkowej Europie nie jest łatwe: zamiast Halloween mamy odwiedzanie cmentarzy, najważniejsze święto narodowe wypada 10 dni po wizytach cmentarnych, w samym środku deszczowego pochmurnego ponurego listopada, a potem 10 dni przed Gwiazdką, w rozgorączkowaniu przedświątecznym i prezentowym, mamy nagle rocznicę stanu wojennego. Chociaż z drugiej strony, ten jeden wolny czwartek w czerwcu lub maju jest nie do pogardzenia, a wolny dzień sierpniowy też czasem się przydaje.

W ramach rocznicy pan w radiu powiedział coś o tym, że jesteśmy jednak wolni, dla pewności dodał w zagranicznym języku „free! free!”, i zadowolony z siebie puścił piosenkę Queen „I want to break free”. Ja się nie upieram, żeby oni jeszcze tekstów tych piosenek słuchali czasem, bo to mogłoby spowodować nieodwracalne zmiany w mózgu (hmm), ale chyba jednak zadzwonię i zasugeruję, że bezpieczniej byłoby trzymać się piosenek zawierających słowo Christmas…