Prezent

Sama sobie zrobiłam prezent urodzinowy zupełnie niespodziewanie i w okolicznościach przyrody mało, wydawałoby się, sprzyjających, sprzątając mianowicie szafkę w łazience. Tytułem wprowadzenia powinnam chyba napisać, że kiedy się tu wprowadziłam, miałam regał, biurko z szufladą, łóżko oraz szafę w pokoju, a zaraz potem doszła szafka w łazience, robiona na zamówienie, największa, jaka się tam zmieściła. Urody nie posiada w związku z tym za grosz, za to funkcjonalności znacznie więcej (mamy więc dużo wspólnego, o wielu zresztą otaczających mnie przedmiotach można to powiedzieć, podobieństwa się najwyraźniej przyciągają). Wracając do sedna: jak pewnie wszyscy wiecie, szafki mają to do siebie, że zapełniają się całkiem niepostrzeżenie straszliwą ilością przedmiotów. Co pewien czas trzeba je niestety sprzątać, aby móc do nich znowu wkładać inne (lub te same) przedmioty. I tak stojąc sobie chybotliwie na brzegu wanny sprzątałam, wymiatałam, czyściłam, wyrzucałam, aż w końcu wzrok mój padł na dziwne małe pudełeczko, stojące skromnie w kącie od niepamiętnych czasów, czyli od początku istnienia tej szafki. Ooo, powiedziałam do siebie z właściwą mi błyskotliwością, a tak właściwie to CO TU JEST? Sięgnęłam następnie po pudełeczko, otworzyłam je… i prawie spadłam z wanny, ponieważ było tam skarbów co niemiara. Srebrna bransoletka, którą musiałam kiedyś od kogoś dostać, ale zabijcie mnie, absolutnie nie pamiętam od kogo i wszystkiego się wyprę. Złoty łańcuszek z sercem, też jakiś prezent. Srebrny łańcuszek, którego nigdy w życiu nie widziałam na oczy. Wisiorek, którego też nie poznałam. Jeszcze jeden srebrny łańcuszek, który mgliście pamiętałam. Stary srebrny wisiorek z łańcuszkiem, który zidentyfikowałam jako noszony w jednym z poprzednich żyć. Złote kolczyki, nietrafiony prezent. I w końcu na samym dnie… łańcuszek, który był prezentem od mojej Mamy, ładne kilka żyć temu, i który dawno już uznałam za zaginiony, jeszcze przed moją przeprowadzką i solennie opłakałam. Wyjęłam go z niedowierzaniem z pudełeczka, łzy zakręciły mi się w oczach, uszczypnęłam się mocno, żeby się upewnić, że to nie sen.

Ja wiem – żaden to powód do radości, mieć taki bałagan, że się gubi w nim łańcuszek i przez jakieś 6 lat nie odnajduje, ale jeśli można dzięki temu przeżyć takie wzruszenie, to niech już będzie.

91888310_16d585d708.jpg?v=0

W Czechach mają fajne stoki

W sobotę rano zbudziło mnie radio, nastawione na godzinę, której nie ma, a już na pewno nie w soboty. Poderwałam się raźno (no dobrze, trochę przesadzam, ale to w ramach licentia poetica) i już za chwilę przemierzałam kolejne kilometry w kierunku południowym, by po paru godzinach jazdy dotrzeć szczęśliwie do podnóży Černej hory. Przez następne mnóstwo godzin zajęta byłam głównie żałowaniem, że nie wzięłam aparatu. Uwierzycie na słowo, jak napiszę, że niebo było idealnie bezchmurne, stoki idealnie białe, słońce świeciło z całych sił, był przyjemny mrozek -5, grzane wino kosztowało 30 koron i było po prostu cudownie jak w bajce. Zjechawszy w końcu z żalem ze stoków stwierdziłyśmy z koleżanką jednogłośnie, że nigdzie nie wracamy, zostajemy do niedzieli, i zabrałyśmy się za szukanie noclegu. Jak łatwo się domyślić, wszędzie były komplety i nikt nie chciał nas na jedną noc przygarnąć. W jednym pensjonacie zapytali
– A na ile nocy?
– Jedną.
– A, to nie mamy miejsca… – ciekawe, czy na tydzień by mieli.
Prawie się już poddałyśmy, ale był jeszcze jeden pensjonat, nieco na uboczu, i tam stwierdzili, że mogą nam dać łóżka na jedną noc za 250 koron, jeśli rano sobie pójdziemy, bo w niedzielę przyjeżdżają goście. To nam bardzo pasowało, bo i tak zamierzałyśmy o 8 być na stoku. Wróciłyśmy więc do samochodu radosne, ja wyciągnęłam kluczyki… których nie było. Ostał mi się ino pilot do alarmu, kluczyk wybrał wolność.

Zazwyczaj nie panikuję, ale tym razem świadomość, że jestem w obcym kraju, w jakiejś czeskiej mieścinie, i nie mogę uruchomić samochodu, sprawiła, że prawie się tam rozkleiłam, powtarzając na przemian „co ja teraz zrobię” oraz „to nie może być prawda”. To jednak była prawda, przeszukałam wszystkie kieszenie, kluczyka nie było. Wróciłyśmy po własnych śladach do pensjonatu, żeby tam poszukać, bo kluczyk musiał mnie opuścić, kiedy wyjmowałam coś z kieszeni. W pensjonacie go nie było, za to właściciele pożyczyli nam latarkę. Ostatnią nadzieją było, że urwał się jeszcze w samochodzie, bo przecież sam z siebie leżąc w kieszeni raczej nie mógł, udałyśmy się więc z powrotem, świecąc latarką pod nogi, i zaglądając do każdego pensjonatu, gdzie byłyśmy wcześniej. Bez rezultatu.

Jakieś 50 metrów od samochodu koleżanka z latarką szła ulicą, ja zaś chodnikiem. Naprawdę nie wiem, jakim cudem zobaczyłam mój kluczyk pod ścianą budynku. I nie podejmę się opisania radości, jaką nam sprawiło to znalezisko, dość powiedzieć, że moja koleżanka, w końcu poważna pani doktor po trzydziestce, skakała na środku ulicy do góry, drąc się na całe gardło. Ja byłam zbyt oszołomiona, żeby iść w jej ślady, prosiłam tylko, żeby mnie uszczypnęła, bo to nie może być prawda. Potem już było normalnie, jeśli nie liczyć mojego nagłego odkrycia, że przecież nie wzięłam prawa jazdy (dokumenty wozu i owszem, ale uznałam, że dowód mi niepotrzebny, skoro mam paszport, więc wszystkie swoje dokumenty zostawiłam w domu, na śmierć zapominając o takim drobiazgu jak prawko). Rano wstałyśmy, spędziłyśmy kolejny nieznośnie idylliczny dzień na stoku (ja zaliczyłam bardzo efektowną wywrotkę, kiedy pęd powietrza zerwał mi czapkę z głowy, co mnie tak zaskoczyło, że natychmiast się wyłożyłam parę metrów niżej, musiałam potem wrócić po czapkę, a we fryzurze miałam mnóstwo śniegu, mam nadzieję, że to przynajmniej dobrze robi na włosy). Wracałyśmy przestrzegając wszystkich ograniczeń, ponieważ bardzo nie chciałam być zatrzymana przez policję, co się udało, chociaż w dwóch miejscach stali z suszarką. Dotarłam do domu wieczorem tak wykończona, że nawet nie miałam siły rozpaczać nad faktem, że znowu się postarzałam o rok…

Lód, oliwki, kaligrafia

Na parkingu firmowym mamy grubą warstwę twardego lodu ukształtowanego malowniczo w góry i doły, wąwozy i pagórki. Józefina tańczy tam jakąś czaczę tak pięknie, że rozważam zapisanie jej do szkoły baletowej. Udaje nam się jednak wspólnymi siłami uniknąć skasowania samochodów kolegów i wylądować na właściwym miejscu. Przedtem po drodze do pracy pani w fieście przede mną ma włączone przeciwmgielne z tyłu. Rozważam melancholijnie, czy na światłach nie wyskoczyć, podbiec do niej i powiedzieć, żeby wyłączyła, ale obliczywszy prawdopodobieństwo, że będzie umiała je wyłączyć, porzucam pomysł.

„Oliwkowy labirynt” to pierwszy Mendoza, jakiego przeczytałam, nie wiedząc o nim właściwie nic, i oczywiście doznając szoku na pierwszych stronach – ależ co to właściwie ma być? Aż po jakimś czasie odkryłam, że to współczesna literatura sowizdrzalska (w końcu kto, jak nie spadkobierca tradycji Cervantesa, mógł to zrobić?) i natychmiast rozpalił mi się w sercu ogień miłości, ponieważ mam słabość do bystrych wariatów. Przeczytawszy z zachwytem tę brawurową jazdę bez trzymanki zaraz wycyganiłam od koleżanki „Przygodę fryzjera damskiego” i teraz tkwię w niej po uszy.

Przedtem natomiast nie pozwalał mi wyjść do pracy Edward Docx, Anglik rocznik 1972, który zadebiutował powieścią „Mistrz kaligrafii”. Tytułowe niecodzienne zajęcie ma narrator, lat 29, prawdopodobnie rówieśnik autora (rzecz się dzieje w początkach naszego wieku w Londynie). Przepisuje Johna Donne’a, którego tu mamy mnóstwo, niestety nie w tłumaczeniu Barańczaka (swoją drogą, tłumacz ma tupet). Bardzo lubię Donne’a, więc zapałałam sympatią do książki natychmiast, ale ona i poza tym jest ciekawa, bo drugą pasją narratora są dziewczyny. Ma ich sporo, a potem pojawia się ta jedyna, i większość książki to dość drobiazgowy opis jej zdobywania. Zakończenia niestety domyśliłam się szybko, co wybaczam autorowi ze względu na ogólny klimat – pobrzmiewają tu jakieś słabe echa Johna Fowlesa – i mam nadzieję, że jeszcze coś napisze.

Wir soku

Mojej przyjaciółce jeden pan, niech żaden włos już na jego głowie nie wyrośnie, był łaskaw oznajmić, że on się do związków nie nadaje, więc musiałam ją zabrać wczoraj do sklepów. Logiki w tym za grosz nie ma, bo ona go wcale nie prosiła, by z nią w jakiś związek, nawet nieformalny, wstępował, a wręcz od takich pomysłów była jak najdalsza. Abstrahując jednak od logiki nie od dziś wiadomo, że kobietom zakupy dobrze robią na wszystko. Spędziła w przymierzalni dobrych kilkanaście minut i pozbyła się z karty kredytowej siódemki z dwoma zerami, a łzy w magiczny sposób jej obeschły. Ja też weszłam do przymierzalni, ale nie wydałam żadnych pieniędzy, nabyłam sobie bowiem świeżo bardzo drogi i absolutnie niepotrzebny prezent urodzinowy. Jakbym jednak chciała wydać 300 złotych, to już wiem na co, i jest to wizja pocieszająca.

Potem poszlajałyśmy się po mieście jeszcze trochę, a w końcu wróciłam do domu i zamiast niezwłocznie udać się na zasłużony spoczynek wyciągnęłam z szafki sokowirówkę. Stała tam przez wieki biedna samotna nieużywana i miałam wątpliwości, czy w ogóle będzie działać, ale okazało się, że tak. Oraz, że sok z pomarańczy jest niesłychanie kwaśny. Ale już sok z jabłek zwanych Eliza jest absolutnie przepyszny i można te dwa soki zmieszać razem. Opiwszy się sokiem jak bąk dotoczyłam się do kanapy i w planach na najbliższe wieczory mam wykupienie połowy warzywniaka.

Ocieplenie

Okazało się wczoraj, że -13 to jest bardzo przyjemna temperatura, w której nos mi nie zamarza od środka, a biegi w Józefinie zmieniają się bez problemu, czyli gęstość oleju w skrzyni biegów wróciła do normy. Dzisiaj rano -7, pozbyłam się już nawet polarowego szalika z kapturem. Wczoraj natomiast usiłowałam się dodzwonić na basen, żeby się upewnić, czy przypadkiem woda im nie zamarzła. Kochani koledzy zaproponowali, żebym już może zaczęła chodzić na kryty basen… Nie dodzwoniwszy się pojechałam tam, basen był czynny, woda była płynna, tylko szatnia była zamknięta na cztery spusty z braku pani szatniarki, cały swój dobytek musiałam zataszczyć więc na halę basenową.

Żądam ocieplenia natychmiast

Miało być cieplej, rano zaś było -19. W domu mam 16 stopni mimo kaloryferów odkręconych na full pierwszy raz w tym sezonie. A czytam książkę tak wciągającą, że zamiast iść do pracy siedzę o poranku goła w tych 16 stopniach i czytam przez 25 minut w ogóle nie zauważając upływu czasu, w czym nikt mi nie przeszkadza, bo wczoraj przyjechała Misica i zabrała koty. Wielkodusznie proponowała, żeby pobyły jeszcze u mnie, ale bez sensu by było, żeby cały dzień same siedziały, jak kilometr dalej mają własną rodzinę. Dom, w którym były koty, a potem ich nie ma, jest strasznie pustym domem.

Co robi kobieta (dobra, może to zbyt szumne określenie na istotę znaną jako ds) będąca szczęśliwą posiadaczką samochodu marki Józefina, który na mrozie dwudziestostopniowym odpala od pierwszego przekręcenia kluczyka i już nie jest przymarznięty do podłoża? Oczywiście, wsiadając niedbale macha dłonią w podwójnej polarowej rękawiczce, radośnie wrzuca kluczyki między siedzenia i spędza następnie 10 minut w lodowatym samochodzie w dziwnych pozach usiłując je stamtąd wydobyć.
Na rozgrzewkę polecam to forum, ale dawkować ostrożnie.