Jak się zasadniczo pomylić

Bo widzicie, ja się zawsze uważałam za nieśmiałą, cichą introwertyczkę, która nie cierpi życia towarzyskiego, nie ma znajomych i najchętniej siedzi w kącie z książką. Właściwie do dziś żyję w przekonaniu, że wszyscy ludzie mają więcej znajomych niż ja i robią w życiu znacznie ciekawsze rzeczy, bo ja to co najwyżej mogę coś przeczytać i bąknąć o tym dwa słowa. Po czym pewnego dnia się okazało, że imprezy dla 30 osób organizuję ja, wyjazdy ad hoc na narty ja, namawianie znajomych (tych, co ich nie mam) na sushi ja, pływanie po morzu ja, łażenie po Orlej Perci ja, i nawet ostatecznie wspinaczka skałkowa też mnie nie przeraża.

Co nie zmienia faktu, że jestem małomówna i że uwielbiam siedzieć wieczorem na kanapie z książką. Jeżeli ktoś pragnie mnie zaszufladkować, to musi mieć bardzo dużą szufladę… (Ale spokojnie zmieszczę się do takiej jak te, co w nich trzymają zwłoki w kostnicy, przynajmniej na filmach kryminalnych.)

Jak nie ufać pogodzie

Mży i się topi, czarna mokra nawierzchnia, więc jadę sobie 80 km/h, dość zadowolona z życia. Z rozpędu skręcam w osiedlową uliczkę prawie pod moim domem, z przyzwyczajenia ciągnę 40, podskakuję na czymś, co mi się wydaje nierównościami asfaltu, i w końcu przed główną naciskam hamulec ułamek sekundy przed uświadomieniem sobie, że te rzekome nierówności to przecież lód i że to jest zły pomysł. Nagle znajdujemy się w poprzek uliczki, na szczęście wokół jest pusto, ale teraz już wiem, jak dochodzi do tych wszystkich wypadków przy takiej aurze. W ogóle jest obrzydliwie, mam wrażenie, że natura w tym roku postanowiła nam niczego nie oszczędzić. Dziś do pracy udałam się w butach górskich za kostkę, ponieważ wyprawa do śmietnika po mokrym lodzie była trudniejsza niż zdobycie Kilimandżaro. Zaczęła się zresztą mocnym akcentem: rozwaleniem się torby ze śmieciami na progu mieszkania. Zawierała ona niestety pojemnik ze starą śmietaną.

Ostatnio wieczorami wydzwania do mnie pan, który bardzo chce mnie… zatrudnić. Ot tak dzwoni, żeby sobie pogadać. Sama przed sobą udaję, że nie wiem, dlaczego mu nie mówię raz a dobrze, że nie jestem zainteresowana; tłumaczę się mgliście chęcią rozeznania rynku. Prawda jest jednak taka, że mi to schlebia i już. Jakbym naprawdę musiała się dowartościowywać w ten sposób. Może to zresztą nie tyle kwestia dowartościowania, co uspokojenia wewnętrznego, że świat się naprawdę nie skończy, jeśli rzucę obecną pracę.

Ty i ja, i wszyscy których znamy

Poszłam zobaczyć, bo z recenzji brzmiało interesująco. Było istotnie. Miranda July postanowiła o brzydkiej brudnej obleśnej i wulgarnej współczesności nakręcić film w stylu Amelii. Zderzenie tak zaskakujące, że trudno nawet nabrać do tego filmu dystansu, po prostu się siedzi prawie z otwartą buzią, zastanawiając się, jak niesłychanie bezczelna musi być ta laska, żeby zrobić coś takiego (w dodatku jeszcze obsadzić siebie w głównej roli i podołać temu zadaniu). Doprawdy: śliczny słodki film, w którym dwie dziewczynki zadowalają oralnie kolegę ze szkoły, a następnie usiłują stracić dziewictwo z facetem, który pisze do nich pornograficzne liściki, sześciolatek świntuszy przez internet, a główna bohaterka unosi się na różowej chmurce i postanawia za wszelką cenę przekonać sprzedawcę z obuwniczego, że jest miłością jej życia. Absurd, który się ładnie ogląda, i po którym jednak nic nie zostaje… o, przepraszam. Ta mała zbierająca posag na podstawie gazetowych dodatków reklamowych jest niezapomniana i jest prawdziwym znakiem naszych czasów. Scena, w której opowiada o wymarzonym domu, to arcydzieło. Dla niej jednej warto obejrzeć, chociaż to w ogóle jest irytująco intrygujący film.
Kocham panią Gogę i się jej oświadczę, a to za ten sklep. A teraz idę im tam wykupić cały zapas w moim rozmiarze, o. Poza tym chciałabym wyraźnie stwierdzić, że zima ma zezwolenie na jeszcze dwa tygodnie pobytu w naszym urokliwym kraju. Potem koniec, słyszy?

I po imprezie

Rzekome zero stresu przedimprezowego objawiło się w piątek wieczorem nerwobólem w lewej nodze. Finalne zakupy urozmaicałam sobie przystawaniem co chwila i głośnym jęczeniem. Następnie zajęłam się pichceniem różnych rzeczy i nerwoból ignorowałam. W sobotę rano odezwał się jeszcze kontrolnie parę razy, po czym magicznie przeszło, kiedy sobie uświadomiłam, że wszystko idzie zgodnie z planem. W tym roku obyło się bez ofiar w ludziach i sprzęcie, nawet się nie sparzyłam, nuda. Prawdę mówiąc, o 15 miałam już wszystko przygotowane i strasznie mi się nudziło. O 18 przyszła pierwsza koleżanka i siedziałyśmy tak sobie leniwie gadając, ja w przekonaniu, że już nikt w ogóle nie przyjdzie, po czym oczywiście zwalili się wszyscy naraz i zajęłam się piszczeniem powitalnym, przyjmowaniem prezentów oraz wprowadzaniem jeszcze więcej zamieszania. Nagle zrobił się straszny tłum ludzi (przesadzam jak zwykle, tylko 30 osób), na moim łóżku zaległa tona prezentów (mnóstwo książek, koszulka z Chuckiem Norrisem, koty od Misicy, śliczny staroświecki młynek do kawy, jogurtownica i różne takie miłe rzeczy). Fajnie było. W tym roku zostało mi trochę wszystkiego: piwa, wina i wódki oraz bigosu. Sałatki natomiast zostały pożarte w całości. Następnego dnia do podłogi można się było przykleić, ale doprowadziłam mieszkanie do stanu używalności, chociaż jeden talerzyk jednorazowy z widelcem znalazłam jeszcze dziś rano w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Wczoraj myślałam, że to już ostatnia impreza, bo na pewno jestem za stara i strasznie zmęczona, ale dzisiaj właściwie mogłabym już zrobić kolejną…

Stresu nadal brak

Jestem za stara na rozmowy o seksie, ale najwyraźniej nie na sny, dzisiaj śnił mi się bowiem seks na lotniskowcu. Jeśli chodzi o malowniczy entourage, możecie na mnie liczyć.

Zastanawiam się od wczoraj, czy powinnam dokupić jeszcze wódki.

Starzeję się

Rozmowy o seksie mnie już nie bawią; własna impreza urodzinowa mnie ani trochę nie stresuje; gadżet za straszne pieniądze nabyty w pijackim widzie urodzinowym i świeżo przyniesiony przez miłego poczteksowsa (Pocztex sucks, ale pokażcie mi firmę kurierską, która nie) (ja chyba założę własną i to będzie jedyna porządna firma kurierska na świecie) ten gadżet otóż obojętnie odkładam na kanapę i leży. (Przecież się nie przyznam publicznie na piśmie, że nie umiem go uruchomić…) A co gorsza, wczoraj to ja zauważyłam i poznałam Leśkę (formerly known as Misica), która przede mną wyjeżdżała spod sklepu, a ona mnie nie. The world, as we’ve known it, is coming to its end.

Poza tym zmienili mi napięcie w piwnicach mego bloku i musiałam sobie kupić żarówkę na 24V. Złośliwie i wrednie (jak przystało na złośliwą i wredną starzejącą się babę) kupiłam setkę.

Przygotowania w toku

Zbliża się dzień I, więc wieczorami gotuję bigos w pożyczonym wielkim garze. Osiągnął już właściwą konsystencję, ale był jednak za kwaśny, wczoraj zatem nabyłam niedużą zgrabną główkę słodkiej kapusty. Oraz 30 litrów rozmaitego piwa, kilka butelek wina i masę innych rzeczy. Z samochodu do domu kursowałam tylko 3 razy, bo okazało się, że w moim wycieczkowym plecaku mieści się 20 puszek piwa. O godzinie 21:18 miałam w przedpokoju jedną czwartą hipermarketu zwaloną na stos. Następnie zacisnąwszy zęby przystąpiłam do krojenia kapusty, czego naprawdę szczerze nie cierpię (i dlatego w tym roku miałam rozkoszny plan ugotowania bigosu wyłącznie z kiszonej kapusty, który jednak się nie powiódł). O północy wymieszany bigos zaczął już nawet być jadalny, a ja zasnęłam, zanim moja głowa znalazła się na poduszce, ale mam tak od ładnych paru dni, więc zdążyłam się przyzwyczaić.