Wróciłam!

I mogę pokazywać dowolną zdjęć z wyjazdu. Proszę się w tym celu zaopatrzyć w dużą ilość białych kartek. Gotowi? To białe na górze to są chmury, z których pada śnieg, to białe na dole to jest stok, to białe po bokach to są drzewa oprószone śniegiem. Moich nart nie widać, ponieważ są przykryte śniegiem. Kolejna kartka. To białe na górze to są chmury, z których pada śnieg, to białe na dole to jest osnieżona droga, to białe po bokach to są zaspy. Kolejna kartka. To białe wszędzie to jest mgła. Ja naprawdę nie przesadzam, pogoda była nadzwyczaj interesująca, śnieg padał ciągle. No dobra, słońce wyszło na 3 minuty w środę rano. Oraz w niedzielę, kiedy się już zbieraliśmy do wyjazdu, ale tego można się było spodziewać. Dodatkową atrakcją były gęste mgły na górze Chopoka oraz fakt, że Słowacy ratraki owszem mają i używają ich w charakterze ozdób: stawiają je mianowicie na dole stoku i one tak sobie stoją, a jeździ się w gęstym puchu, w którym człowiek zapada się po kolana, jeśli ma na nogach narty, oraz po pas, jeśli ich akurat nie ma.

Pierwszego dnia wjechawszy w zaspę wywróciłam się tak ładnie, że własną nartą oberwałam w udo lewej nogi oraz w łydkę prawej. Powtórki dla publiczności nie są przewidziane. Na udzie zrobił się wielki siniak, łydka natomiast spuchła i jest spuchnięta do tej pory. Następnie tegoż samego dnia poprawiłam prawe udo orczykiem i ten siniak ma 20 cm średnicy. Więcej obrażeń nie odniosłam, a te noszę z dumą. A teraz państwo postarają się zgadnąć, jakie mięśnie bolały mnie najbardziej po trzech dniach jeżdżenia na nartach.

Poczty dają prezenty

Koleżanka z wyspy dopytywała się niecierpliwie, czy już przyszedł prezent urodzinowy od niej, więc gdy przyszło awizo, udałam się z nim niezwłocznie na pocztę. Kolejka tam była wielka i kłębił się tłum ludzi, zajrzałam jednak do wnęki po lewej stronie, a tam, o cudzie, czynne były dwa okienka, a w kolejce siedziało tylko parę osób, dołączyłam więc do nich. Zaraz kazała mi usiąść obok siebie starsza pani, która natychmiast dumnie poinformowała, że stojąca przy okienku dziewczyna to jej wnuczka i opiekunka, lat 25, a najstarszy wnuczek ma lat 33, na co ja uprzejmie odrzekłam, że absolutnie nie wygląda na takie dorosłe wnuczęta, w nagrodę więc dowiedziałam się wielu innych szczegółów z ich życia, a potem nadszedł upragniony moment wręczenia awiza pani w okienku. Przyniosła mi ona paczkę oklejoną logiem Merlina, co mnie lekko zdziwiło, ale w dobie wszechobecnego internetu dlaczego właściwie koleżanka z wyspy nie miałaby za ich pośrednictwem wysyłać prezentu? Paczkę rozpakowałam w samochodzie toczącym się w korku, używając wyłącznie własnych paznokci z braku bardziej trwałych narzędzi, i nie wiem jak tego dokonałam, opakowali ją bowiem w 15 warstw kartonu, ale moja ciekawość była silniejsza. W środku było „Trzynaście kotów” i czekoladki oraz kartka od uroczej i kochanej pani laski.

Jak się zasadniczo pomylić

Bo widzicie, ja się zawsze uważałam za nieśmiałą, cichą introwertyczkę, która nie cierpi życia towarzyskiego, nie ma znajomych i najchętniej siedzi w kącie z książką. Właściwie do dziś żyję w przekonaniu, że wszyscy ludzie mają więcej znajomych niż ja i robią w życiu znacznie ciekawsze rzeczy, bo ja to co najwyżej mogę coś przeczytać i bąknąć o tym dwa słowa. Po czym pewnego dnia się okazało, że imprezy dla 30 osób organizuję ja, wyjazdy ad hoc na narty ja, namawianie znajomych (tych, co ich nie mam) na sushi ja, pływanie po morzu ja, łażenie po Orlej Perci ja, i nawet ostatecznie wspinaczka skałkowa też mnie nie przeraża.

Co nie zmienia faktu, że jestem małomówna i że uwielbiam siedzieć wieczorem na kanapie z książką. Jeżeli ktoś pragnie mnie zaszufladkować, to musi mieć bardzo dużą szufladę… (Ale spokojnie zmieszczę się do takiej jak te, co w nich trzymają zwłoki w kostnicy, przynajmniej na filmach kryminalnych.)

Jak nie ufać pogodzie

Mży i się topi, czarna mokra nawierzchnia, więc jadę sobie 80 km/h, dość zadowolona z życia. Z rozpędu skręcam w osiedlową uliczkę prawie pod moim domem, z przyzwyczajenia ciągnę 40, podskakuję na czymś, co mi się wydaje nierównościami asfaltu, i w końcu przed główną naciskam hamulec ułamek sekundy przed uświadomieniem sobie, że te rzekome nierówności to przecież lód i że to jest zły pomysł. Nagle znajdujemy się w poprzek uliczki, na szczęście wokół jest pusto, ale teraz już wiem, jak dochodzi do tych wszystkich wypadków przy takiej aurze. W ogóle jest obrzydliwie, mam wrażenie, że natura w tym roku postanowiła nam niczego nie oszczędzić. Dziś do pracy udałam się w butach górskich za kostkę, ponieważ wyprawa do śmietnika po mokrym lodzie była trudniejsza niż zdobycie Kilimandżaro. Zaczęła się zresztą mocnym akcentem: rozwaleniem się torby ze śmieciami na progu mieszkania. Zawierała ona niestety pojemnik ze starą śmietaną.

Ostatnio wieczorami wydzwania do mnie pan, który bardzo chce mnie… zatrudnić. Ot tak dzwoni, żeby sobie pogadać. Sama przed sobą udaję, że nie wiem, dlaczego mu nie mówię raz a dobrze, że nie jestem zainteresowana; tłumaczę się mgliście chęcią rozeznania rynku. Prawda jest jednak taka, że mi to schlebia i już. Jakbym naprawdę musiała się dowartościowywać w ten sposób. Może to zresztą nie tyle kwestia dowartościowania, co uspokojenia wewnętrznego, że świat się naprawdę nie skończy, jeśli rzucę obecną pracę.

Ty i ja, i wszyscy których znamy

Poszłam zobaczyć, bo z recenzji brzmiało interesująco. Było istotnie. Miranda July postanowiła o brzydkiej brudnej obleśnej i wulgarnej współczesności nakręcić film w stylu Amelii. Zderzenie tak zaskakujące, że trudno nawet nabrać do tego filmu dystansu, po prostu się siedzi prawie z otwartą buzią, zastanawiając się, jak niesłychanie bezczelna musi być ta laska, żeby zrobić coś takiego (w dodatku jeszcze obsadzić siebie w głównej roli i podołać temu zadaniu). Doprawdy: śliczny słodki film, w którym dwie dziewczynki zadowalają oralnie kolegę ze szkoły, a następnie usiłują stracić dziewictwo z facetem, który pisze do nich pornograficzne liściki, sześciolatek świntuszy przez internet, a główna bohaterka unosi się na różowej chmurce i postanawia za wszelką cenę przekonać sprzedawcę z obuwniczego, że jest miłością jej życia. Absurd, który się ładnie ogląda, i po którym jednak nic nie zostaje… o, przepraszam. Ta mała zbierająca posag na podstawie gazetowych dodatków reklamowych jest niezapomniana i jest prawdziwym znakiem naszych czasów. Scena, w której opowiada o wymarzonym domu, to arcydzieło. Dla niej jednej warto obejrzeć, chociaż to w ogóle jest irytująco intrygujący film.
Kocham panią Gogę i się jej oświadczę, a to za ten sklep. A teraz idę im tam wykupić cały zapas w moim rozmiarze, o. Poza tym chciałabym wyraźnie stwierdzić, że zima ma zezwolenie na jeszcze dwa tygodnie pobytu w naszym urokliwym kraju. Potem koniec, słyszy?