Litania, czyli o pruciu swetra

Dzisiaj sprzedałam Józefinę i odebrałam świadectwo pracy
jutro oddaję klucze od mieszkania
w niedzielę wsiadam do pociagu do Katowic
w poniedziałek wsiadam do samolotu
wtorku prawdopodobnie nie będzie
(a jeśli nawet będzie, to ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego).

Likwidowanie życia przypomina prucie starego ulubionego swetra. Trochę już zbyt zużyty, żeby go nosić, i z tej włóczki zrobi się przecież coś lepszego, ale kiedy pociągnie się za pierwszą nitkę, żal. A odwrotu już nie ma. Starannie zwinięte kłębki są naprawdę niewielką rekompensatą.

Przecież nie może być spokojnie i nudno

Wiecie, że mając samochód przez dwa i pół roku nigdy nie widziałam, jak wygląda kontrolka rezerwy paliwa? Jako osoba zapobiegliwa zawsze tankowałam zawczasu. Wczoraj byłam w Katowicach, całą drogę do Katowic lało, co nie przeszkadzało mi cisnąć gazu do dechy. Nie było to rozsądne, bo w smudze kropelek wody ciągnących się za mną nie widziałam samochodów, ale żyłam nadzieją, że oni mnie widzą. Załatwiłam w Katowicach, co było do załatwienia, zeżarłam wielkie lody w prześlicznej cafe Gaudi, i o 22 wyjechałam. Zdążyłam zobaczyć wokół siebie trzy szerokie pasy A4, nad sobą przyjaźnie niebieski napis „Wrocław”, kiedy mnie tknęło. Przeczucie okazało się słuszne. Komputer wskazywał, że mam benzyny na 205 km, natomiast drogowskaz, że do Wrocławia mam 186.
– Cóż – wymamrotałam spokojnie, bo pierwsza liczba była jednak optymistycznie większa od drugiej – przynajmniej w końcu zobaczę tę kontrolkę rezerwy… – i zrobiłam jedyną możliwą rzecz, czyli zdjęłam nogę z gazu. Następne dwie godziny jechałam jak bardzo zmęczona emerytka, pilnując 3 tys obrotów, czyli prędkości 110-120 km/h, bez żadnego przyspieszania, ze stopą unieruchomioną na gazie na trwałe.
Kontrolka zapaliła się przy zjeździe na Strzelin. Rozczarowało mnie, że jest żółta, nie czerwona. Wskaźnik poziomu paliwa był może milimetr od zera, kiedy zobaczyłam światła Wrocławia. Po przekroczeniu granicy miasta komputer upierał się, że mogę jechać jeszcze 30 km, ale zatrzymałam się na pierwszej napotkanej stacji i z ulgą dolałam paliwa.
To jest ostatnia opowieść o Józefinie, jaką mogliście państwo przeczytać. Dziękujemy za uwagę.

Jedźcie se sami, ja zostaję

Kupowałam na stacji benzynowej wodę destylowaną. Całe 1,90 zł, li i tylko. Pan przy kasie ze śmiertelną powagą
– Płaci pani gotówką czy kartą?

Oprócz wody destylowanej potrzebuję takiej kasety dla blondynek: wdech… wydech… wdech… wydech… Niestety nie ma ich w sprzedaży.

Czterdziestolatki bywają zacne

A przynajmniej jeśli mowa o filmach. Byłam wczoraj w kinie Lalka na „Oto jest głowa zdrajcy” („A Man for All Seasons”), film Zinnemanna z roku 1966, znakomita rzecz. Thomas More odmawia tyranowi Henrykowi VIII zgody na małżeństwo z Anną Boleyn (jak wiemy, była jego drugą żoną, potem miał jeszcze cztery). W zasadzie Paul Scofield w tej roli sam robi ten film, jest wielki, ale Henryk VIII też ma swoje pięć minut. Scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej, czego prawie nie widać, pewna nieunikniona nutka teatralności komponuje się świetnie z tamtymi czasami i strojami. Ja w każdym razie się tam całkowicie przeniosłam na dwie godziny. Lubię tego More’a z całą jego Utopią i całą jego archaiczną żelazną wiernością własnym poglądom. (I nikt się za nim nie ujął, jakby naprawdę nie wiedzieli, jak to wszystko się skończy… ale ludzie niczego się przecież nie uczą).
Grega Egana „Stan wyczerpania” bardzo dobry, nawet przez chwilę sądziłam, że zdetronizuje w mych oczach Dukaja; jednak nie, za dużo tam mętnego bełkotu (oraz tłumacz sobie nie bardzo poradził z gramatyką dotyczącą aseksów), ale ogólnie rzecz zdecydowanie niezła. Ja chcę więcej Egana, ale oczywiście u nas nie wydadzą, bo kto by to czytał prócz mnie?

.

Oddać mi żywego Lema. Ale już.

(Miałam 14 lat, kiedy mi się przyśniło, że umarł i pytałam potem matkę przez telefon, czy to było naprawdę. Wtedy nie było. Od tamtego czasu wiedziałam, że kiedyś to się stanie, ale przecież jeszcze nie teraz…)

Gdybym się wyspała, to bym była wyspana

Przebojem piątkowym było kupowanie straszliwych ilości znaczków po 5 oraz 10 groszy. Prawdę mówiąc idąc tam gotowa byłam się założyć, że albo pani z okienka mnie zje na surowo bez popitki albo kolejka udusi i rozszarpie na drobne kawałki, tymczasem nic z tego. Pani w okienku była tak uśmiechnięta, pomocna i życzliwa, jakby co najmniej zarabiała 2 zł na każdym pięciogroszowym znaczku, nawet zaangażowała koleżankę do pomocy. Niestety znaczki z papieżem wymiotło z poczt doszczętnie, i jak ja to miałam niby wytłumaczyć jankesowi? W sobotę natomiast miałam u siebie małą degustację kuchni tajskiej oraz ukochanych przyjaciół, którzy zamiast zachwycać się zupą z krewetkami i szaszłykami na ostro jednogłośnie doznali orgazmu z powodu sernika, bynajmniej nie tajskiego, tylko rano upieczonego przeze mnie wg przepisu Misicy. Zeżarli całą blachę z ponad kilograma sera w tempie niewiarygodnym, głośno jęcząc z zachwytu. Przyznam nieskromnie, że faktycznie fajny wyszedł, ale żeby aż tak? Przestawiliśmy wspólnie czas i jak zwykle znalazła się jedna osoba, która twardo upierała się, że śpimy o godzinę dłużej. Po przespaniu jakichś 2 godzin snem niestety pijackim zostałam obudzona przez mego jankesa, który już sie zbierał i zażądał taksówki. I tu wyszło na jaw, że jestem zbyt nieprzytomna, żeby sobie przypomnieć właściwy numer, pod który przecież dzwoniłam jakieś sto razy w moim życiu, i ja generalnie nie zapominam numerów… Trafiłam za piątym razem. Amerykanin chyba pojechał, ja wróciłam spać.
Wcześniej czytałam sobie o perypetiach Olivii Joules, przysięgając jednocześnie solennie, że już naprawdę nigdy nie będę czytać żadnej książki, w której bez żadnego istotnego powodu opisany jest ubiór bohaterki. Bridget była dość zabawna, Olivia jest przeważnie irytująca. Jakoś dopiero pod koniec nabrałam koniecznego dystansu i przypomniałam sobie, że Chmielewska w „Całym zdaniu nieboszczyka” dłubie szydełkiem tunel w ziemi, i jakoś tam brak prawdopodobieństwa oraz obficie występujący przystojni mężczyźni na umór zakochujący się w bohaterce mi nie przeszkadzali… ale to jest jednak inna klasa chyba. Może tylko kwestia realiów – Joanny współpraca z milicją ma w sobie odrobinę więcej ironii niż Olivii z MI6.
W wolnych chwilach zaczęłam wykopaliska w szafie, wynosząc na śmietnik wór starych ciuchów. Mojej przyjaciółce opadła szczęka z podziwu, ale wyjaśniłam jej zaraz, że gdybym nie musiała, to bym tego też nie zrobiła. Jak się już rozpędziłam, to poszło gładko z innymi rzeczami, ale nadal jeszcze jestem w proszku. Poziom stresu wzrasta nieustannie.
Wiem, że nie przysporzy mi to przychylnych komentarzy, ale bardzo proszę, żeby Szanowni Państwo zaczęli już przywykać do myśli, że niedługo ds.blog przestanie być regularnie uzupełniany.

Dźwigu nie wezwali

Taki Amerykanin poza ojczyzną, nawet jeśli na swój kraj psioczy namiętnie i nie chce tam mieszkać, to jednak pragnie spożywać pożywienie z domem mu się kojarzące, którego w Tajlandii nie ma. Zostałam więc wczoraj zabrana do TGIF, gdzie porcje są bardzo słuszne i zupełnie smaczne. Obżarłam się do wypęku, rozważałam nawet zamówienie dźwigu, żeby mnie z miejsca podniósł, ale jakoś się udało bez wspomagania. Okazało się też, że karta zniżkowa wydana w Stanach w polskim TGIF też działa, wyszłam zatem na głupią Polkę czarnowidzkę, bo powtarzałam „daj spokój, tutaj to na pewno nie będzie ważne”. Za to kazałam kelnerce zrobić dla gościa typowo polski drink, czyli żubrówkę z sokiem jabłkowym, i wmawiałam mu, że to smakuje prawie całkiem jak Long Island Iced Tea.

Nawet nie nastawiłam sobie budzika, co okazało się słuszne, bo obudziłam się samoczynnie o 7:21, chyba przez to słońce poranne, do którego wcale nie jestem przyzwyczajona. Dziś idę spać o 21:30 i niech mi kto przeszkodzi, a zginie śmiercią przedwczesną.

Nisko, nisko

Zmęczenie rąbnęło mnie po głowie wczoraj po pracy, więc udałam się na aerobik (logika, którą się kieruję, jest moja, wyłącznie moja i niepowtarzalna). Wiosna przygnała nagle do klubu tabun pań, aż zabrakło stepów. Po chwili namysłu dziewczyny solidarnie zdecydowały, że odkładamy stepy i robimy fat burning na płaskim, wprawiając tym samym prowadzącą w konsternację, bo nie była na to przygotowana, ale dała radę. Po drugiej godzinie senność mi minęła i popędziłam w kierunku dworca odebrać znajomego Amerykanina, który aktualnie w Tajlandii mieszka, a w Europie chwilowo jakieś biznesy załatwia. Krótko mówiąc, znowu się nie wyspałam; samoczynnie obudziłam się o 7:11 i pojechałam oddać odrobinę płynu z mych żył do badania.
Zmęczyłam „Niskie łąki” Siemiona wyłącznie z uporu, bo to niby wrocławska książka. Gęsta proza, klimatyczna iluzorycznie, pod spodem nie kryje się nic. Bohaterowie zawieszeni w pustce błąkają się po Wrocławiu stanu wojennego, potem nowojorskim fałszywym śnie (na ten temat wszystko powiedział Redliński w „Szczuropolakach”), i znów Wrocławiu czasu przemian. Szczególnie mnie irytowała kretyńska maniera wtykania jednego zdania w obcym języku do wypowiedzi, która z kontekstu cała jest w tym języku uczyniona. Mamy tu też kuriozalne „cojones sobie robisz” wypowiadane przez Argentynkę. Niektóre postaci stworzone są tylko po to, żeby robić klimat i na przykład nieustannie się wydzierać, rzekomo z zazdrości, wprawdzie ładnie opisanej, ale w żaden sposób fabularnie nieuzasadnionej. Właściwie do czytania, jeśli już ktoś naprawdę musi, nadaje się tylko trzecia część: ten Wrocław początku lat 90-tych. Też nie jest jakoś szczególnie dobra, ale przynajmniej nie jest aż tak okropna i męcząca. Jeśli kiedyś spotkam pana Bratkowskiego, to z pewnością go zapytam, co on właściwie widział w tej książce. De gustibus, ale mimo wszystko…

Na wysokich obrotach

Okazało się, że mam w środku taki mały motorek, któremu można jeszcze zwiększyć obroty. W ten sposób w jeden wtorek udało mi się po pracy pojechać do biblioteki, zrobić zakupy, w tym prezent dla koleżanki, kupić sobie buty wiosenne (uśmiechnęły się do mnie z półki i filuternie zamachały paseczkiem, miały idealny obcas, tylko jedna para i było to 38.5, co uważam za cud, więc musiałam natychmiast wyciągnąć gotówkę), na basenie przepłynąć swoje półtora kilometra, pojechać do koleżanki, a potem na 22:15 dotrzeć do kina, bo przez pełną cnót wszelakich panią laskę1 musiałam przecież zobaczyć „Capote”.
W kinie wypiłam paskudną kawę serwowaną przez panienkę o wiele za młodą, żeby po godzinie 10 wieczorem jeszcze pracować, i weszłam na salę modląc się, żeby nie zasnąć. Kiedy usłyszałam rozwlekłą mowę Trumana, moje obawy się pogłębiły, po czym rozwiały się jak dym. Film jest tak znakomity, że ziewnęłam chyba tylko raz. Niesłychanie świetna kreacja Hoffmana. W końcu naprawdę bezdyskusyjny Oskar. Po paru minutach uwierzyłam bez wahania, że mam przed sobą faceta, który przyjaźnił się z Marylin Monroe. Trochę tylko zaprzątało mój umysł pytanie, jaki tytuł miała ta książka Baldwina, o której Capote wspomina na samym początku. Nie mogłam sobie nijak przypomnieć, chociaż dokładnie pamiętałam, że u nas wyszła w serii KIK. (Dziś sprawdziłam, „Mój Giovanni”). Genialne są te fragmenty, w których Capote bryluje w towarzystwie i wszyscy podziwiają tego małego brzydala z rozdętym ego, mówiącego z nieznośnym południowym akcentem. Oczywiście znakomity jest też scenariusz, niezła musi być ta książka o Capotem. Rewelacyjne kwestie, cudowne „I was always meant to write this book” (niestety źle przetłumaczone na polski, o ile pamiętam). Świetny film, dobrze spędzone dwie godziny, choć przedtem przysięgłabym, że nie może być nic lepszego niż sen.