Co się okazało

Po pierwsze wyszło na jaw, że doskonale potrafię zniechęcać do siebie ludzi, co w zasadzie w ogóle mnie nie dziwi. Wystarczyło się naburmuszyć i popatrzeć spode łba, wysyłając intensywnie niewerbalne sygnały typu „nie chcesz mnie zatrudniać”, żeby – niestety skądinąd przesympatyczna – pani doszła do wniosku, że to jednak nie ja jestem poszukiwaną osobą. O pracy w Nantes chwilowo nie ma więc mowy, co za ulga. Potem musiałam już tylko udobruchać Gerarda (robiąc skruszoną minę, co nie było łatwe, ponieważ strasznie mnie śmieszyła jego irytacja), wymienić bilet, w ostatniej chwili dopaść TGV, w nim przekonać się, że słusznie zrezygnowałam z drapania się pod pachami, ponieważ siedzący naprzeciwko Francuz najpierw z wielką pasją obgryzał paznokcie, w ogóle się nie przejmując moimi spojrzeniami, a następnie tymi obgryzionymi paznokciami się skrobał pod pachami. Potem wyciągnął laptopa i z równą pasją zaczął go męczyć. Nieco później napis „Paris Montparnasse” zaskoczył mnie jak wiosna.

Na paryskim bruku okazało się natomiast, że można zamienić café au lait na butelkę żubrówki oraz że niektórym czytelnikom tego bloga jawię się jako coś pomiędzy Jackiem Kuroniem a Szymborską. Dziś w drodze do pracy niedbałe spojrzenie w boczną uliczkę odkryło przede mną nieco zamgloną koronkową sylwetkę Sacré Coeur, zawieszoną na szarawym niebie.

Jadłam blettes, cokolwiek to jest

Dostałam nie tylko kask, ale również zatyczki do uszu i obuw ochronny, z metalem w palcach, żeby sobie tychże nie zgnieść upuszczając jakąś maszynę na nogę. Co prawda nie zamierzam sobie maszyn na nogi zrzucać, ale i tak zastanawiam się, czy nie dałoby rady butów podprowadzić dyskretnie, na wypadek gdybym w nieprzewidywalnej przyszłości chciała na przykład kogoś delikatnie kopnąć. Może jak ładnie poproszę, to mi je dadzą na pamiątkę. W ogóle taka fabryka to fajna sprawa, bo można się tam przechadzać w kasku z marsową miną i wszyscy robotnicy się zaraz trochę kulą i udają bardzo zajętych. Poza tym jak się znudzi siedzenie za biurkiem, to można sobie wyskoczyć na halę, że niby się właśnie poszło maszynę oglądać, i dyskretnie zniknąć na godzinkę, co Serge czyni z lubością (no dobra, teraz akurat poszedł szukać wydruku, bo mu kazałam. Jak wróci, to go wyślę po kolejny, niech se nie myśli, że z Polkami to tak łatwo.)

A w ogóle to nie jest za wesoło, bo ci głupi Francuzi wymyślili mi teraz spotkanie z klientem o 18, w Nantes. Zatem po pierwsze będę musiała dojechać do Paryża później niż planowałam, po drugie będę musiała zmienić bilet, co się na pewno nie uda, a po trzecie i najważniejsze ja nie chcę klienta w Nantes, mam już dość tego miasta, a na pewno nie zamierzam tu mieszkać na dłużej, bądźmy poważni. Zastanawiam się, czy drapanie się pod pachami w trakcie rozmowy zniechęci ich do skorzystania z mych usług. Ewentualnie mogę nagle ze stresu zapomnieć francuskiego języka w gębie, prawda?

Narodowościowo

Zupełnie nie wiem o co mi chodziło z tą desperacją pogrzebową wczoraj. Wstałam sobie grzecznie o 5:40, żeby na 9 dojechać do pracy jedyne 400 km dalej, w Nantes na dworcu odczekałam swoje w ogonku taksówkowym, a następnie pan taksówkarz spytał takim bardziej oznajmującym tonem, czy jestem Angielką. Szczęka mi się gdzieś zapodziała, bo takiego komplementu dawno nikt mi nie strzelił, ale zachowawszy zimną krew odparłam, że jednak nie. Pan taksówkarz się zmieszał i strzelił, że w takim razie Niemką. Żeby się już dalej nie męczył, przyznałam się natychmiast do pochodzenia z własnej ojczyzny, na co on stwierdził, że wcale nie mam polskiego akcentu, tylko angielski. Niech mu tam będzie. Następnie w fabryce przyszedł pan i też mnie zapytał, czy jestem Niemką. Muszę się chyba zaopatrzyć w koszulkę z napisem „je suis polonaise and proud of it”.

Ładną historię z byciem Polką związaną opowiedziała mi niedawno moja tutejsza koleżanka, która wysadziła sobie w domu korki (jak się używa prostownicy do włosów, to takie mogą być skutki). Nie mając bezpieczników na wymianę zadzwoniła do EDF, przyszedł pan, i stwierdził, ze nie jest to awaria zewnętrzna, czyli będzie musiała zapłacić za naprawę 70 euro. No trudno, prądu nie ma, mąż poza domem, co robić – zgodziła się. Pan wymienił korki i zapytał, skąd ona jest, a następnie się ucieszył, bo żonę ma Polkę. Wykorzystując sytuację sprytna koleżanka moja zapytała, czy w tym układzie nie można by jakoś taniej za te korki policzyć… Pan nie tylko przystał na propozycję, ale nawet nic od niej nie wziął, mówiąc, że zapisze to jako awarię zewnętrzną.

A teraz idę zwiedzać fabrykę, jeśli znajdą dla mnie kask.

Mhm

Jadę do Nantes jutro rano, wracam w czwartek wieczorem, w piątek mam spotkanie z klientem, a potem w zasadzie mogę już zapraszać na mój pogrzeb. Niech mnie ktoś stąd zabierzeeeeee…

Mais ils sont fous

Wymyślili, że wyślą mnie do Londynu. Uświadamiam im, że Londyn nie jest we Francji, a ja przyjechałam do Francji. Gdybym chciała jechać do Londynu, to bym pojechała do Londynu. Naprawdę wydaje mi się, że to nie jest szczególnie trudne do zrozumienia, ale jak się jest Francuzem, to może jednak jest. W każdym razie nigdzie nie jadę, znaczy do żadnego Londynu nie jadę, natomiast mam wrócić do Nantes na dwa dni, w czym już Francuzi i ja jesteśmy bardziej zgodni, aczkolwiek nie udało nam się jeszcze ustalić terminu. Jak ich znam, będzie to jutro rano i powiedzą mi o tym o 17:57 (nie, lepiej nie będę narzekać, mogliby przecież mi powiedzieć, że dziś jadę).

Poza tym wczoraj była burza, a ja nadal uparcie odmawiam jedzenia sera, za to zaczynam dzień od małej czarnej pitej na stojąco przy barze w małym bistro, co jest tak nieznośnie francuskie, że nie mogę się zdecydować, czy bardziej mnie irytuje czy rozczula.

Paryż odmieniany przez przypadki

Powrót z Nantes przebiega gładko, podobno to ponad 400 kilometrów, w co nie mogę uwierzyć, bo podróż trwa dwie godziny. W tunelu pod Paryżem oczywiście zatykają mi się uszy, ale nie narzekam na ten kwadrans nieprzyjemnego samopoczucia, dla kontrastu wyobrażając sobie polskie pociągi. Wracam do Paryża, gdzie nagle są liście i chyba nawet będą kwitnąć kasztany, porzucam walizę w mojej miniaturowej namiastce domu i natychmiast wychodzę, a miasto zamyka się wokół mnie jak muszla. W sobotę rano przyjeżdżają wrocławscy kumple prosto z Brukseli, rzucam im się na szyję, jakbyśmy się dwa lata nie widzieli, przeganiam ich po mieście, gadam wyłącznie po polsku i angielsku, jest strasznie gorąco. W sobotę wieczorem w metrze linii 6, oszukanym mocno, bo nie jeździ pod ziemią, tylko nad, uświadamiam sobie znienacka, że będę tęsknić za Paryżem, że odciska się właśnie niezmywalnym stemplem na mojej duszy. „Ale przecież właśnie tego chciałaś” mamroczę do siebie w metrze linii 6 (Paryż po lewej, Paryż po prawej, paryskie niebo nade mną), chociaż wcale nie wiem, czy tego chciałam i czego chciałam. W niedzielę wieczorem Champs Elysées są wilgotne od niedawnego deszczu, Luwr jest oświetlony cudownie niedbale, jakby nie chciało im się zwracać specjalnej uwagi na tę architekturę – ot, taki Luwr tu mamy, można popatrzeć na niego przez chwilę, ale jest jeszcze tyle pięknych rzeczy wokół, przecież to Paryż. Notre Dame wyłania się przede mną, Sekwana toczy leniwie ciemne błyszczące wody, odkrywam najlepsze lody w Paryżu, i nagle jest północ.
Trzy tygodnie temu czekałam na samolot w Pyrzowicach, które prawdopodobnie nadal gdzieś istnieją. Gdyby trzy tygodnie temu jakaś wróżka przepowiedziała mi, jak będzie za trzy tygodnie, nie uwierzyłabym w ani jedno słowo. Gdyby przedstawiła naukowe dowody i miała maszynę czasu, nie uwierzyłabym w ani jedno słowo. Moje życie wsiadło do TGV i pędzi, wysyłając mi zdawkowe smsy z podróży. Stoję niemo i zastanawiam się, czy czekać na jego powrót.

Na śniadanie jadłam truskawki z twarożkiem

Bardzo ładne miasto tu mają, z uroczym kościołem St. Pierre w stylu gotyku płomienistego, ale niezbyt przesadzonego, lewa wieża niestety w remoncie, ale fasada i tak mi się podobała niezwykle. Następnie mamy neogotycki St. Nicolas oraz średniowiecza sięgający château des Ducs de Bretagne, bardzo reprezentacyjny, gdyby mu fosy nie rozkopali. Przynajmniej nie zrobili tam wesołego miasteczka jak pod St. Pierre. Znalazłam też rue de Trois Croissants, która krzyżowała się z rue des Bons Français i ja się pytam, dlaczego w polskich miastach nie ma ulicy Dobrych Polaków oraz Drugiego Kawałka Sernika, na przykład. Niestety od centrum jestem okropnie daleko, tu wszyscy jeżdżą samochodami, a jak kto takiego akurat nie ma, to musi się zadowolić tramwajem, od którego do hotelu miałam jeszcze ładny kawałek na własnych zmęczonych nogach. To było przedwczoraj, wczoraj natomiast Gerard, czyli nasz człowiek w Nantes zaprosił mnie do własnego pięknego domu i napoił po kolei: cidrem, anyżówką oraz winem, w trakcie pytając, co właściwie pija się w Polsce. Okazało się, że zna żubrówkę, ale myśli, że to alkohol rosyjski. Wyprowadziłam go z błędu bardzo stanowczo i kazałam spróbować z sokiem jabłkowym.
Polska opowieść Serge’a: jego ojciec był w Gdańsku w roku 1972 albo coś takiego, niestety nie można na mnie liczyć, jeśli o liczebniki francuskie chodzi, pływał tam na jakimś statku (bo rybakiem jest z zawodu), i wymienił wszystkie przywiezione przez siebie koszule nylonowe na bawełniane ku zadowoleniu obu stron, w Polsce bowiem wtedy był szał non-iron, a we Francji wprost przeciwnie.