Pani Dalloway. Placki.

Wyobrażam sobie, że Virginia przeczytała „Ulissesa”, uśmiechnęła się do siebie pobłażliwie, rzekła po cichu „ależ ten Joyce niczego nie zrozumiał” (jak od wieków wszystkie kobiety myślały o mężczyznach) i napisała „Panią Dalloway”. Uwielbiam tę książkę: klarowność prozy, precyzyjną konstrukcję, ciężar narracji przesuwający się lekko z jednej postaci na drugą. Uwielbiam przerażającą wiwisekcję choroby psychicznej (Septimus), nie ma sobie równej nigdzie; tam między wierszami jest wyraźnie napisane „popełnię samobójstwo”. (Oczywiście uśmierciwszy Septimusa sama już nie mogła skoczyć z okna, i nadal ciarki mi chodzą po plecach, kiedy myślę o metodzie, którą wybrała.) Uwielbiam subtelną zjadliwość niektórych fragmentów. Wbrew wszystkiemu, pisanie musiało jej sprawiać radość, i to widać.
Usmażyliśmy wczoraj niewiarygodną stertę placków ziemniaczanych, przy czym eM upierał się przy plackach kwadratowych i wcale nie słuchał moich tłumaczeń, że na okrągłej patelni bezwzględnie należy smażyć placki okrągłe, a w ogóle definicja placka z natury samej zakłada jego okrągłość, przeganialiśmy się więc wzajemnie z kuchni. Jednak niezależnie od kształtu placki smakowały znakomicie.

Nigdy się do nich nie przyzwyczaję

Przechodzi Stephanie szybkim krokiem i nagle odwraca się i z emfazą wykrzykuje
– Antoine!
Ja podskakuję na krześle, Antoine zachowuje więcej spokoju, a Stephanie na wysokim c ciągnie
– Je t’ai vu ce matin? [czy już cię dziś widziałam?] – na co Antoine się zastanawia chwilę, po czym nieśmiało odpowiada, że chyba nie, więc Stephanie starannie artykułuje
– Bein alors, BONJOUR! – i biednemu Antoine nic innego nie pozostaje niż odpowiedzieć bonjour, a zadowolona Stephanie idzie dalej, spełniwszy obowiązek.
(A kiedy Jean-Pierre o poranku zbliża się do mnie – celem powitalnego ucałowania w oba policzki – gapię się na niego z miną zapewne morderczo nieprzystępną, kompletnie nie łapiąc o co mu właściwie chodzi, aż stropiony mówi, że możemy sobie dać buzi albo uścisnąć rękę, co wolę, więc zamieniam szybko minę pitbulla na minę „a bo ja z Polski jestem i w dodatku blondynka”. Ale i tak może chyba jednak cmok-nonsens polski wolę, wiecie, chociaż nigdy się nie spodziewałam, że to napiszę.)

Słońce mi oddać natychmiast

Deszczowy poniedziałek rano to nie jest szczyt moich marzeń. Weekend na szczęście był lepszy, zaliczyliśmy między innymi bukinistów nad Sekwaną – po prawie dwóch miesiącach pobytu w Paryżu przypomniałam sobie znienacka, że oni tam są, ja naprawdę muszę być ciężko chora i chyba nie ma już dla mnie ratunku. Wygrzebałam sobie Viana oraz Cortazara, z ciekawostek znalazłam książkę córki Eriki Jong, ale nie miałam przekonania do francuskiego tłumaczenia, dowiedziałam się, że jestem „une charmante lectrice” (pan musiał mieć bardzo krótki wzrok od tych wszystkich książek) i nawet dostałam jedno euro zniżki (ceny generalnie w okolicach 5-6 euro). Byliśmy na uroczej wycieczce rowerowej, między innymi zahaczyliśmy o Parc de Sceaux, gdzie rowerem jeździć nie można, i w dodatku wszyscy tego zakazu przestrzegają. Z zakazem chodzenia po ścieżce rowerowej nie jest już niestety tak różowo, czyli mniej więcej tak jak w Polsce. W drodze powrotnej wymienialiśmy się wrażeniami na temat obolałych części naszych ciał. Niedziela (tutaj Dzień Matki, zawsze ostatnia niedziela maja) wieczór oznaczała mule u Léona (ja à l’italienne, po pozbyciu się kalmarów były pyszne, i deser mi się już nie zmieścił) oraz seans „Seigneur des Anneaux” w domu, przy czym ja dostawałam spazmów ze śmiechu w zupełnie nieodpowiednich momentach, bo Bilbo Baggins nazywa się Bilbon Sacquet, co nieustannie doprowadza mnie do łez. Tak, Frodo nazywa się oczywiście Frodon. A poza tym Jackson rządzi, nawet po francusku.

Rozdwojenie jaźni

W czwartek z racji święta pozostaliśmy w łóżku do południa, a następnie je opuściłam (niechętnie) celem zadzwonienia do rodziny, ponieważ jeden z bardzo nielicznych maili, które moja siostra skąpo mi dawkuje od dwóch tygodni, głosił „ciotka pytała co słychać i prosiła, żebyś czasem zadzwoniła”. Jako posłuszna siostra oraz siostrzenica odpaliłam więc skype, nie mając bladego pojęcia co im powiem, ponieważ we trójkę mają 200 lat i wersja „mam tu w łóżku obok gorącego faceta, i wiecie, chwilowo zabytki oraz muzea Paryża mało mnie obchodzą” nie wchodziła w grę w ogóle. Nie musiałam jednak mówić niczego, wystarczyło wysłuchać cierpliwie instrukcji, że mam iść do muzeum Rodina, a z ogrodu będę miała widok na kopułę Inwalidów, i od czasu do czasu wydobywać z siebie „mhm”. Nie zaburzyłam żadnym słowem ich wizji świata, w którym mam mniej więcej 17 lat i jako grzeczna dziewczynka zwiedzam wielki świat oraz muzea paryskie. Potem wróciłam do własnej jaźni i zadzwoniłam do szwagra z pytaniem, o co właściwie chodzi najulubieńszej z moich sióstr, ale niczego się nie dowiedziałam, czyli na wschodzie bez zmian. Być może o to, że otwiera przewód doktorski, ale to luźne spekulacje.

Dziś rano obejrzałam sobie pusty Paryż, większość ludzi bowiem wzięła wolny piątek i wyjechała z miasta na długi weekend. Nawet pod Luwrem tylko jakieś niedobitki japońskich turystów fotografowały wszystko dokooła. Pogoda ciągle pochmurna i chłodna też nie sprzyja zwiedzaniu.

Dziś notki nie będzie

ponieważ autorka wykręca się posiadaniem niewielkiego kaca związanego ze spożywaniem tequili wczoraj w godzinach późnowieczornych u kumpli eMa. Na zasadnicze pytanie zadane w celu ustalenia ilości spożywanych trunków, brzmiące „a kto prowadzi?”, kumple zareagowali
– A my myśleliśmy, że Polacy nie zadają takich pytań…
– Wiecie, ale w Polsce to z policją można się dogadać – odparła na to znacząco (i nie całkiem zgodnie z prawdą) autorka.

Następnie, jakbym wykrakała, musieliśmy przejechać obok radiowozu blokującego znaczną część wąskiej uliczki, nie wiem kogo oni tam chcieli złapać, ale najwyraźniej nie nas, co za ulga. Potem eM znienacka zjechał na pobocze obwodnicy przyprawiając mnie prawie o zawał serca (jezusmaria alecosiędzieje), okazało się, że musiał mnie akurat w tej chwili pocałować i nie mógł poczekać pięciu minut, aż dojedziemy do domu. Chciałabym zobaczyć, jak by się tłumaczył, gdyby nas za to zatrzymali…

Ale i tak

to wszystko zupełnie mi nie przeszkadza otworzyć rano oczu i stwierdzić, że ponad wszystko gorąco pragnę (i prawdopodobnie natychmiast umrę, jeśli nie dostanę) kaszy gryczanej i ogórków kiszonych.

Próbuję się pocieszyć Polityką sprzed dwóch tygodni, przywiezioną właśnie przez koleżankę, ale raport Bendyka nie bardzo pocieszający jest. Jakimś cudem w Polsce są najbardziej przedsiębiorcze kobiety w całej Europie, 36 procent osób prowadzących własne firmy to płeć piękna; a jednocześnie 40% Polaków uważa, że mężczyźni mają pierwszeństwo na rynku pracy. Mamy świetny potencjał intelektualny, za to nie mamy za grosz kapitału społecznego (co już Norwid wiedział i od tego czasu nic się nie zmieniło). Jesteśmy najbardziej antyinnowacyjni w Europie, podobno 60% Polaków nie używa i nie zamierza używać internetu (w co jednak nie bardzo mogę uwierzyć).

Weekend

Typowa francuska (dez)organizacja: w piątek po południu wpada do biura Gerard, i każe mi natychmiast się zbierać, ponieważ jedziemy.
– Mogę przynajmniej dopić herbatę? – mamroczę na poły retorycznie i słyszę, że nie, jedziemy już teraz zaraz w tej chwili. Idziemy więc na parking szukać samochodu, wyjeżdżamy z tego parkingu (6 pięter po ślimaku, Gerardowi dwa razy gaśnie silnik, mnie się kręci w głowie), po czym Gerard nagle sobie przypomina, że w zasadzie to trzeba jeszcze zabrać Philippe’a, więc parkuje, zaczyna do niego dzwonić, ten nie odbiera, wracamy do biura, szukamy Philippe’a, ja dopijam herbatę, czytam gazetę, ostatecznie okazuje się, że Philippe z nami nie jedzie, i wyruszamy o 17, natychmiast gubiąc drogę oraz pakując się w niewiarygodne korki podparyskie. Ja naprawdę nie wiem jak oni tu są w stanie funkcjonować (a myślałam kiedyś, że we Wrocławiu są korki…). Po półtorej godzinie dojeżdżamy do miejsca przeznaczenia. Przepiękny zamek, pola golfowe wokół, sobotnie seminarium ciekawsze niż jego tytuł, wieczorem jacuzzi i hammam. Kucharz zamkowy okazał się gorliwym wyznawcą nouvelle cuisine: kawałeczek ryby na wielkim talerzu, na łyżeczce warzyw, szaszłyk z wątróbki, cebuli i ananasa; ale trzeba przyznać, ze wszystko było przepyszne, oprócz może koziego sera zapiekanego chytrze w cieście, który nadgryzłam nie wiedząc z czym mam do czynienia (i nie wyplułam, podziwiajcie moje opanowanie). Pogoda za to okropna, deszcz, wiatr i zimno.

W niedzielę po powrocie domagam się jakiejś fajnej wycieczki, eM się godzi, po czym ja z niesmakiem konstatuję, że pada.
– Ale ja mam parasol – oświadcza on.
– Ale nie będziemy chyba włóczyć się w deszczu?! – z przerażeniem odpowiada na to ds, która niby z cukru nie jest, ale całkowitej pewności jednak nie ma.
– Będziemy, chodź – powiada eM i nie słuchając protestów zabiera mnie do Wersalu, po drodze wychodzi słońce, oglądamy tęczę, włóczymy się po mokrym i zupełnie pustym olbrzymim parku wersalskim (i szukamy tam ustronnych kącików, ale projekt parku nie uwzględnia takich zachcianek), słońce świeci, i znowu nadciągają czarne chmury burzowe, a żadne z nas oczywiście nie wzięło aparatu fotograficznego. Może i lepiej: nieopisywalnej magii tamtych chwil żadne piksele by nie oddały.