Weekend

Typowa francuska (dez)organizacja: w piątek po południu wpada do biura Gerard, i każe mi natychmiast się zbierać, ponieważ jedziemy.
– Mogę przynajmniej dopić herbatę? – mamroczę na poły retorycznie i słyszę, że nie, jedziemy już teraz zaraz w tej chwili. Idziemy więc na parking szukać samochodu, wyjeżdżamy z tego parkingu (6 pięter po ślimaku, Gerardowi dwa razy gaśnie silnik, mnie się kręci w głowie), po czym Gerard nagle sobie przypomina, że w zasadzie to trzeba jeszcze zabrać Philippe’a, więc parkuje, zaczyna do niego dzwonić, ten nie odbiera, wracamy do biura, szukamy Philippe’a, ja dopijam herbatę, czytam gazetę, ostatecznie okazuje się, że Philippe z nami nie jedzie, i wyruszamy o 17, natychmiast gubiąc drogę oraz pakując się w niewiarygodne korki podparyskie. Ja naprawdę nie wiem jak oni tu są w stanie funkcjonować (a myślałam kiedyś, że we Wrocławiu są korki…). Po półtorej godzinie dojeżdżamy do miejsca przeznaczenia. Przepiękny zamek, pola golfowe wokół, sobotnie seminarium ciekawsze niż jego tytuł, wieczorem jacuzzi i hammam. Kucharz zamkowy okazał się gorliwym wyznawcą nouvelle cuisine: kawałeczek ryby na wielkim talerzu, na łyżeczce warzyw, szaszłyk z wątróbki, cebuli i ananasa; ale trzeba przyznać, ze wszystko było przepyszne, oprócz może koziego sera zapiekanego chytrze w cieście, który nadgryzłam nie wiedząc z czym mam do czynienia (i nie wyplułam, podziwiajcie moje opanowanie). Pogoda za to okropna, deszcz, wiatr i zimno.

W niedzielę po powrocie domagam się jakiejś fajnej wycieczki, eM się godzi, po czym ja z niesmakiem konstatuję, że pada.
– Ale ja mam parasol – oświadcza on.
– Ale nie będziemy chyba włóczyć się w deszczu?! – z przerażeniem odpowiada na to ds, która niby z cukru nie jest, ale całkowitej pewności jednak nie ma.
– Będziemy, chodź – powiada eM i nie słuchając protestów zabiera mnie do Wersalu, po drodze wychodzi słońce, oglądamy tęczę, włóczymy się po mokrym i zupełnie pustym olbrzymim parku wersalskim (i szukamy tam ustronnych kącików, ale projekt parku nie uwzględnia takich zachcianek), słońce świeci, i znowu nadciągają czarne chmury burzowe, a żadne z nas oczywiście nie wzięło aparatu fotograficznego. Może i lepiej: nieopisywalnej magii tamtych chwil żadne piksele by nie oddały.

7 thoughts on “Weekend

  1. hm no to rece mi opadly i co ja bede tu wyskakiwac z notka o wypadzie na targi ksiazki…

  2. kozi ser w ciescie powiadasz… uwielbiam:)) park w deszczu… chyba zaczne ci zazdroscis 😉

  3. Bo jakos nie wyobrazam sobie Ciebie w dramacie;) a piszac w komedii mialam na myskli pozytywne znaczenie tego slowa:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s