Skasuj bloga?

Bo widzicie, ja tak tu usiłuję i usiłuję pisać, a właściwie powinnam zlikwidować bloga, zostawiając tylko wielki napis „nie spodziewałam się, że mój maj w Paryżu będzie tak wyglądał”.
…i że w ogóle coś takiego mnie jeszcze kiedyś – albo nawet w tym całym życiu – spotka;
…i że może trudniej jest zapanować nad rzeczami rozrzuconymi w dwóch mieszkaniach niż samotnie mieszkać w dziupli (ale ja już nawet z przyzwoitości nie próbuję udawać, że może dzisiaj będę spała u siebie);
…i że nic takiego by się nie wydarzyło, gdybym mieszkała nadal we własnym ślicznym wrocławskim mieszkanku i nie miała czasu dla nikogo;
…i że to się źle skończy, przecież wiem. Doskonale wiem, tak. Źle się skończy, a maj nie będzie trwał wiecznie, wiem. Każdy wie.

To ja chyba jednak skasuję bloga i od razu harlequina napiszę.

Na poczcie i za kółkiem

W piątek na poczcie musiałam oczywiście odstać 10 minut, ale paczka opisana w poprzedniej notce istotnie tam była i została mi wydana, chociaż nie obyło się bez długich rozważań, gdzie ja mianowicie mam nazwisko w paszporcie (zaznaczam, że mam polski paszport, który opisany jest w trzech językach: polskim, angielskim oraz francuskim) i czy to na pewno jest to samo nazwisko co na awizie.
Pierwszym autem, za którego kierownicą usiadłam po półtoramiesięcznej przerwie, była wyładowana zakupami półciężarówka Renault bez widoczności do tyłu oraz wspomagania kierownicy. Wrażenia były zdecydowanie inne niż w moim małym lekkim niebieskim autku, ale zrobiłam dzielnie dwa honorowe kółka po parkingu IKEA, po czym siedzący obok właściciel zamiast wpaść w panikę i zabrać mi kierownicę podstępnie powiedział
– Wyjazd jest tam – zaś ja posłusznie skierowałam się we wskazaną stronę, o ułamek sekundy za późno zdając sobie sprawę z tego, co właśnie czynię.
– Aaa, przecież ja nie mogę tym jechać do domu, zwariowałeś?! Ja w ogóle nie widzę, co mam z tyłu i nie umiem skręcać – wrzasnęłam w panice, ale musiałam sobie jednak jakoś poradzić, ponieważ zatrzymanie się na środku autostrady i wybuchnięcie płaczem nie wchodziło w grę. Żeby nie trzymać państwa w niepewności, od razu powiem, że ofiar w ludziach oraz sprzęcie nie odnotowano, zakupy (wśród nich jajka) dojechały w całości mimo kilku zakrętów wziętych z nadmierną nonszalancją, i nawet ani razu nie zgasł mi silnik.

Do Polski, do Polski, do Polski by się chciało…

W zasadzie to właśnie znowu mam kryzys i cojaturobię i chcę do Polski, ale… rano Amazon uprzejmie mailem poinformował, że wysłał paczkę i podał jej numer. Poszłam na stronę poczty (bo wysłali pocztą, nie żadnym kurierem), wpisałam numer, i rano była informacja, że przygotowują ją do wysłania, a teraz proszę bardzo:”Colis en instance à La Poste, destinataire avisé disposant de 15 jours pour aller le retirer.” (co zdaje się oznacza, że paczka jest na poczcie i mam se iść ją wziąć w ciągu 15 dni). Przypominam, wysyłka książek jest za darmo, bez żadnego limitu. To ja się jeszcze zastanowię, czy NA PEWNO chcę do Polski, państwo pozwolą.

Z właściwym sobie tym i owym

Z właściwą sobie przytomnością umysłu nie zapisałam numeru telefonu Kai, z którą się wczoraj wieczorem umówiłam. Zorientowałam się dopiero w metrze, jak również uzmysłowiłam sobie, że nie mam zielonego pojęcia, jak ona wygląda, i vice versa (tzn. zielone pojęcie nie ma mnie). Z właściwą sobie beztroską stwierdziłam następnie, że jakoś to będzie, i stanęłam przy wyznaczonej stacji metra, po czym popadłam we właściwą sobie zadumę, z której nagle wyrwało mnie „cześć, jestem Kaja”. Potarłam sobie czoło, żeby sprawdzić, czy mam na nim napis „ds.blog.pl”, ale to po prostu była kobieca intuicja.

Kaja pokazała mi Cité universitaire, które jest niesłychanie imponujące i zamierzam tam zamieszkać w którymś z następnych wcieleń. Konferencja o wpływie nanotechnologii na zdrowie zaczęła się mocnym akcentem, mianowicie przyszła grupa młodych ludzi, która skorzystała z jadła i napoju, a potem jeden dorwał się do mikrofonu i poddał w wątpliwość sens całej tej debaty. Prowadzący zamiast go wyrzucić z sali wdał się z nim w długą dyskusję i się zdenerwował. Czasem myślę, że oni trochę przesadzają z tą ideą „liberté”. Potem już było w normie, to znaczy jeden pan ciągle zdryfowywał z tematu oraz dowiedziałyśmy się, że już Rzymianie stosowali nanotechnologię. A potem obejrzałyśmy jedyne w swoim rodzaju tory tramwajowe na środku trawnika wielkiej urody, zaś nad głowami świecił nam księżyc w pełni.

„Pani Dalloway”, fragment

Przypuszczał, że te lata – od 1918 do 1923 – były w jakimś sensie niesłychanie ważne. Ludzie wyglądali teraz inaczej. Gazety wydawały się inne. Na przykład w jednym z najszacowniejszych tygodników ktoś pisał zupełnie otwarcie o klozetach. Przed dziesięciu laty było nie do pomyślenia, żeby ktoś pisał otwarcie o klozetach w szacownym tygodniku. Albo to, że kobiety wyjmują szminkę czy puszek i malują się publicznie! Na statku, w drodze powrotnej z Indii, spotkał mnóstwo młodych dziewcząt i chłopców (pamiętał zwłaszcza jedną parę, Betty i Bertie), którzy zupełnie otwarcie ze sobą romansowali. Stara matka robiąca na drutach przyglądała im się spokojnie. Zdarzało się, że dziewczyna wyciągąła puderniczkę i na oczach wszystkich pudrowała sobie nos. Nie byli bynajmniej zaręczeni, ot, bawili się tylko, nikt nikomu nie łamał serca.
[administrator ds.blog.pl dziękuje mademoiselle zupie za udostępnienie egzemplarza]

Że Bruksela ładna

to napisałam, a nie napisałam, że w niedzielny poranek zaliczyliśmy jeszcze brukselskie brocante, czyli takie allegro na żywo, muszę przyznać, że imponujące było. Niektórzy wyraźnie wyprzedawali wszystko, co na strychu znaleźli, ale przeważały jednak rzeczy nowe, fajne i po bardzo atrakcyjnych cenach. Z braku zdecydowania i czasu nie kupiłam niczego, za to koleżanka moja i owszem. A wracając do Francji z belgijskiej stacji benzynowej zgarnęliśmy autostopowicza z gitarą, wielkim plecakiem i kartką z napisem „Paris”. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazał Polakiem, ale nie: przyjechał z Quebecu, lat 19, we wrześniu idzie na studia, a na razie zwiedza Europę. Po cichu mu pozazdrościłam, że ma 19 lat i pierwszy raz zobaczy Paryż…

Wczoraj rano perturbacje w metrze; stoimy, jedziemy jak żółw, znów stoimy, w końcu głośniki mówią, że jedziemy tylko do Place d’Italie. Kombinuję jakies dziwne połączenia i docieram do biura o 10. Za to w jednym metrze kątem oka zauważam faceta z bombką na szyi. Choinkową bombką, nie wybuchową.

Wczoraj będzie jutro

Podejrzawszy wczoraj w metrze u baby obok, że w Le Monde jest duży artykuł o polskich parlamentarzystach europejskich, pobiegłam zaraz do kiosku, złapałam odpowiednią gazetę i spojrzałam na pierwszą stronę, czy aby tekst tam na pewno jest. Nie było. Popatrzyłam na tytuł oraz datę. Data głosiła „mercredi 10 mai”. O cholera, przespałam cały dzień i w ogóle się nie zorientowałam?” – pomyślałam w panice, po czym przyszło mi do głowy, że może wieczorem dostarczają już wydanie z jutrzejszą datą, więc zapytałam kioskarza, czy ma dzisiejszy numer. Pokazał palcem inną kupkę, zadowolona sięgnęłam do niej, jednak data na gazecie nadal głosiła „mercredi 10 mai”. „No nie ma siły, wypadł mi jeden dzień z życiorysu. I w pracy się nie zorientowali, że mnie we wtorek nie było?” – to myśląc stwierdziłam jednak stanowczo
– Ale dzisiaj jest wtorek!
– Ale Le Monde – zlitował się kioskarz – wychodzi zawsze z jutrzejszą datą.
– No dobra, to ja w takim razie chcę egzemplarz wczorajszy – wywnioskowałam szybko. Miał i sprzedał. Ja nie wiem, jak w tym kraju można być normalnym.
W artykule przedstawiają polskich europarlamentarzystów jako solidarnościowych bojowników o wolność, którzy czują się niedoceniani przez swoich europejskich kolegów. Ironizują na temat wiecznego rozdrapywania ran przez Polaków (i mają rację), napomykają też, że Polacy mają ciągle Francuzom za złe brak reakcji na Hitlera (i mamy rację). Na koniec jest o wzajemnym niezrozumieniu wokół tematu „hydraulik polski” i o nadziei Bronisława Geremka, że nowy prezydent francuski będzie potrafił przywrócić Europie odwagę.

W Brukseli nie mają brukselek

Nie mamy wprawdzie tygodnia laby, za to znów długi weekend, bo 8 maja jest tu świętem, w sobotę rano bierzemy więc kurs na stolicę europejską. Słońce świeci i grzeje, granica francusko-belgijska przelatuje niezauważona, zmienia się tylko sieć w telefonie, tanieje benzyna i wszędzie pojawiają się napisy dwujęzyczne. Te już w samej Brukseli bardzo utrudniają mi pilotowanie, bo trzeba przeczytać dwie nazwy na tabliczce, a potem odnaleźć jedną z nich na mapie, gdzie z racji braku miejsca wszystko jest zapisane skrótami. Docieramy jednak na miejsce, i zaraz biegniemy oglądać instytucje europejskie z racji Drzwi otwartych. W Parlamencie kłębi się tłum turystów, rozmaite partie i organizacje prześcigają się w dawaniu gadżetów, największą atrakcją jest jednak sala obrad, gdzie toczy się prawdziwa debata, można zasiąść w ławie poselskiej, posłuchać tłumaczenia symultanicznego w słuchawkach i włożyć dłoń w maszynę do głosowania. Nasze żywe zainteresowanie budzi także przechadzający się w tłumie zwiedzających chłopak w ślicznej brązowej spódniczce do kolan: nogi gładko wydepilowane (myślisz, że je sobie wywoskował?– szepczę z podziwem do mojej brukselskiej koleżanki), sandały na bosych stopach, i bardzo zadowolona z siebie mina. Potem Grand-Place, rynek brukselski, w pełni zasługujący na mój nabożny podziw, niepodobny do żadnego innego rynku europejskiego. Malutki, zamknięty ciasno przepięknymi gotyckimi (ratusz) i neogotyckimi (La Maison du Roi, czyli skromnie – dom króla) budowlami. W zasadzie powinny przytłaczać tę niewielką przestrzeń, ale nie, są idealnie wkomponowane i przestaje się tam wierzyć w istnienie blokowisk z wielkiej płyty. Łazimy po staromiejskich uliczkach (koronki made in China, czekoladki made in Belgium, 250 gatunków piwa i tyle samo rodzajów kufli). Prawie udaje nam się przeoczyć Manneken Pisa, wszyscy turyści sądzą bowiem, że będzie wielki i na środku, tymczasem jest malutki i wciśnięty w kącik. Wieczorem degustujemy piwo wiśniowe oraz 10-procentowe Delirium Tremens i padamy tam, gdzie stoimy.

W niedzielę żądam Musées Royaux des Beaux-Arts de Belgique, czyli muzeum sztuk pięknych, bo wychodzi mi, że powinni tam mieć Magritte’a, który był Belgiem oraz jest moim ukochanym malarzem. Najpierw oblatujemy mistrzów flamandzkich z XV i XVI wieku, po szesnastej sali stwierdzam, że jeśli zobaczę jeszcze jedno malowidło religijne, to zacznę wyć. Ale portrety mieli doskonałe, mam też słabość do ich martwych natur, których więcej mają jednak w Holandii. Poza tym trochę Boscha, Brueghel starszy i młodszy oraz Delacroix kopiujący Rubensa, czyli „znajdź pięć szczegółów”. Muzeum Magritte ma się niestety tam otworzyć dopiero w 2007 (a przepraszam, nie wiedzieli, że ja przyjadę rok wcześniej? Naprawdę nie mogli się trochę postarać?), za to znalazłam Dalego Kuszenie świętego Antoniego (owszem, jest mniejsze, niż mi się wydawało). Okropnie wyczerpujące jest zwiedzanie takiego muzeum, człowiek chciałby zobaczyć wszystko i jeszcze więcej zapamiętać, a tu nic z tego. Ale do tego Muzeum Magritte to ja jeszcze wrócę, niech sobie nie myślą. Wieczorem bazylika Sacré Coeur, zamknięta oczywiście na głucho, za to z boku knajpa, w której akurat odbywała się impreza pod hasłem zapewnienia chartom godnej emerytury. A, prześliczną mają katedrę St. Michel, szkoda tylko, że z boku dobudowali jej budowlę na wskroś współczesną, która niby ma się komponować, ale trochę im nie wyszło. Może architekt belgijskiego piwa nadużył. Północ świętujemy na Grand-Place oświetlonym ze wszystkich stron i pełnym młodzieży, a nieco wcześniej rozmawiamy z kelnerem
– …i karafkę wody.
– O, jesteście z Francji – odpowiada na to błyskotliwie kelner.
– A co, to tak widać?
– W Belgii nie mamy karafek wody… ale nie niepokójcie się, dajemy darmowy chleb do posiłków – wyjaśnia z absolutną powagą kelner, a chleb okazuje się bardzo dobry.

W poniedziałek Atomium, świeżo odnowione (tym razem Belgowie się postarali na mój przyjazd). Zadziwiający doprawdy jest ten świat, na którym wystarczy wybudować 9 kul połączonych rurami, żeby turyści tłumnie tam przyjeżdżali. Taka wieża Eiffla posiada przynajmniej pewną grację. Dobra, na głos tego nie mówiłam, Belgowie są jednak sympatyczni. Obok są piękne parki, mini-Europa, pagoda chińska, a potem trzeba już było wracać, dla odmiany w deszczu. Próbujemy po drodze zatankować tańsze paliwo, przy czym okazuje się, że belgijskie automatyczne stacje nie akceptują kart typu Visa, więc dochodzę do wniosku, że w tych francuskich dowcipach o Belgach musi być jakieś ziarno prawdy. Wieczorem wypijamy po butelce przywiezionego piwa, i nie wiem, z czego Belgowie je robią, ale dostaję najpierw żenującego napadu chichotania, a potem całkowicie tracę poczucie tożsamości, co objawia się zadawaniem egzystencjalnych pytań „ale co ja tu w ogóle robię” oraz „gdzie właściwie jest mój dom”. Tak naprawdę problemy mam już wcześniej w Belgii, kiedy chcę kupować różne rzeczy, bo w Polsce ich nie ma, po czym nagle przypominam sobie, że przecież nie mieszkam teraz w Polsce, a we Francji kuszące mnie towary akurat są dostępne…

Piątkowy natłok słów i myśli

Notka Mignony przypomniała mi absolutnie niesamowity reportaż, który widziałam jeszcze w Nantes. Włączyłam się, kiedy miła i młoda dziewuszka opowiadała o byciu córką prostytutki – i że nie wini swojej matki, że szanuje kobiety, które wybrały taki zawód, że to nie jest łatwy wybór, że w ogóle czasem nie ma wyboru. A potem kamera przeszła na… wyobraźcie sobie tłustą babę bez makijażu i w dresie (tak, do telewizji przyszła ubrana w dres), lat 55, wyglądającą na te 55, która jest czynną prostytutką. Parkuje swoją półciężarówkę na autostradzie i przyjmuje klientów. Pokazali jedno takie spotkanie, facetowi oczywiście zamazali twarz, ale sądząc po ubiorze i ruchach był to dość młody normalny chłopak. W dodatku rzeczona Grignette spotkała jakiś czas temu faceta, w którym się zakochała z wzajemnością, ale nadal jest prostytutką, ponieważ nic innego nie umie robić. A potem była ta przeraźliwie ruda czterdziestolatka, która straciwszy pracę sekretarki wynajmuje się facetom do towarzystwa, raczej na całą noc albo i dłużej (słyszałam coś na temat 1900 za noc, ale słuch oraz rozum mi odmówił posłuszeństwa i nie przysięgnę państwu, że to była kwota w euro). Twierdziła, że nie jest prostytutką, na co Grignette zaczęła na nią krzyczeć, że oczywiście jest, tak samo jak one wszystkie. Jeśli bierze za to kasę, to jest. Muszę przyznać, że oglądałam ten program z rozdziawioną buzią, będąc w stanie pomyśleć tylko, że są jednak rzeczy na ziemi, o których żadnym filozofom się nie śniło.

A tymczasem…
– Czy ty się nie boisz ze mną jeździć?
– A skąd, uwielbiam z tobą jeździć – odpowiada przerażająco szczerze ds.
– To jesteś pierwsza, bo wszystkie inne się bały…
– To one jakieś głupie były – stwierdza absolutnie niedyplomatycznie ds, która przy 160 na liczniku na tej cholernej zatłoczonej podparyskiej obwodnicy zaczyna czuć, że żyje. Przy kręceniu bączków na ręcznym wprawdzie piszczy i zamyka oczy, ale niewiele rzeczy na tym najlepszym z możliwych imponuje jej tak, jak facet, który czuje się naprawdę pewnie za kółkiem.

Przypomniało mi się

po co tak naprawdę chciałam tu przyjechać. Amazon.fr i wszystko jasne… (Książki wysyłają za darmo bez żadnych ograniczeń, aha.)

Nie umiem się oswoić z tłumami. W czasie przerwy południowej przesuwam się chodnikiem w potoku ludzkim, narzucone przez otoczenie tempo, wszystkie knajpy wypełnione po brzegi. Wieczorem zatłoczone korytarze metra: żeby skręcić w odpowiednią odnogę, trzeba z wyprzedzeniem wciskać się między ludzi, a przecież jest już dwudziesta. Myślę o „Przestrzeni! Przestrzeni!” Harrisona i zastanawiam się, co robią tu ludzie z klaustrofobią; może po prostu się wyprowadzają. Muszę się w końcu nauczyć nosić ze sobą książkę, dziś rano przeżywam katusze przez dwadzieścia stacji z chorobliwą fascynacją przyglądając się babie, która rozwiązuje sudoku, myli się, w ogóle tego nie zauważa i rozwiązuje dalej, a ja się zastanawiam, czy pokazać jej palcem, że w tym kwadracie ma dwa razy cyfrę 6.

W doskonały humor wprawił mnie nowy rodzaj spamu nigeryjskiego. In fact I could have done this deal alone but because of my position in this country as a civil Servant,we are not allowed to operate a foriegn account and would eventually raise an eye brown on my side during the time of transfer because I work in this bank,This is the actual reason why it will require a second party or fellow who will forward claims as the next of kin with affidavit of trust of Oath to the bank and also present a foriegn account where you will need the said money (USD$10Million)to be transfered into, after due verification and clarification. I to Burkina Faso. Kocham ich. Marnują się zdecydowanie, ktoś powinien jakoś ich wykorzystać (tak jak ongiś hakerów zatrudniali jako administratorów).