O snach i siostrach

– Śniło mi się, że byłam z tobą w ciąży – mamroczę o poranku, wcale nie obudzona – i miałam taaaki wieeelki brzuch – uściślam, nerwowo macając się po wymienionej części ciała celem upewnienia się, że to tylko sen.
– Mnie się śniło, że mamy trojaczki – odpowiada mi na to równie nie obudzony eM.
– Mam nadzieję, że razem nie mamy proroczych snów – budzę się na to gwałtownie.

Siostra moja jest na mnie zła. Nie pisze i półsłówkami mi odpowiada, kiedy wieczorem dzwonię ze Skype’a. Znam ją dostatecznie dobrze, by wiedzieć, że zwyczajnie się o mnie martwi, choć sama przed sobą to ukrywa.
– Siostra, siostra – mówię – przecież jakby mnie ktoś miesiąc temu powiedział, że zamieszkam z facetem po dwóch tygodniach znajomości, to bym go natychmiast do psychiatry osobiście odprowadziła. – Chcę jeszcze dodać, że naprawdę nigdy nie należy mówić „nigdy”, że życie dziwniejsze jest od wymysłów wszystkich scenarzystów, i jakoś ją przekonać, że legendarne wcielenie rozsądku, jej starsza siostra, nie ze szczętem zmysły postradała; się nie da, więc rezygnuję. Może po prostu należało jednak wybrać opcję „nie mówię całej prawdy”, ale to tak bardzo nie w moim stylu.

Dzień wcześniej znad żelazka głośno wyrażam własną wątpliwość, że może myśmy jednak trochę przesadzili z tym tempem, że może trzeba było, wiesz, randki, kwiaty, kolacje, i LEPIEJ SIĘ POZNAĆ. eM przygląda mi się z politowaniem i mówi
– Tak, oczywiście. Mogliśmy się tak do czterdziestki spotykać, nie?

To nie będzie harlequin

„Wszystkie szczęśliwe rodziny podobne są do siebie, każda zaś nieszczęśliwa jest nieszczęśliwą po swojemu”, tak pewnego razu z grubej rury walnął Lew Tołstoj, i ja się z nim od wielu lat zgadzam, więc nie należy mnie tu o harlequiny prosić. Nawet jeśli piszę to bez całkowitego przekonania, bo liczba komentarzy 34 nie była moim oczom do tej pory znana. A zresztą, co mogłabym sensownego napisać? Ongiś z niezachwianą matematyczną precyzją wyliczyłam sobie metodą ekstrapolacji oraz aproksymacji, że gdzieś na świecie musi istnieć ktoś, dla kogo moja nędzna, tłusta, przemądrzała i nudna osoba jest ucieleśnieniem marzeń. I równie niezachwianie w to nie wierzyłam, bo zazwyczaj matematyka sobie, a życie sobie. Nie przestaje mnie dziwić, że to teoretyczne wyliczenie się ot tak okazało prawdziwe. W dodatku w Paryżu. Poprosiłabym, żeby ktoś mnie uszczypnął, tylko że ja wcale nie chcę się obudzić.

eM zatrzymuje samochód na rondzie, a potem cofa.
– A co ty kochanie wyprawiasz – protestuję słabo, przyzwyczajona już nieco do najdziwniejszych zagrywek mojego osobistego kierowcy, ale jednak są jakieś granice. eM ignoruje moje protesty, wychyla się przez okno, podaje mi zerwanego z klombu bratka, po czym bardzo zadowolony z siebie rusza dalej.
– Ty wariat jesteś, wiesz o tym? – informuję go uczciwie.
– On est cinglés tous les deux – odpowiada mi na to, i może mieć trochę racji.

Skasuj bloga?

Bo widzicie, ja tak tu usiłuję i usiłuję pisać, a właściwie powinnam zlikwidować bloga, zostawiając tylko wielki napis „nie spodziewałam się, że mój maj w Paryżu będzie tak wyglądał”.
…i że w ogóle coś takiego mnie jeszcze kiedyś – albo nawet w tym całym życiu – spotka;
…i że może trudniej jest zapanować nad rzeczami rozrzuconymi w dwóch mieszkaniach niż samotnie mieszkać w dziupli (ale ja już nawet z przyzwoitości nie próbuję udawać, że może dzisiaj będę spała u siebie);
…i że nic takiego by się nie wydarzyło, gdybym mieszkała nadal we własnym ślicznym wrocławskim mieszkanku i nie miała czasu dla nikogo;
…i że to się źle skończy, przecież wiem. Doskonale wiem, tak. Źle się skończy, a maj nie będzie trwał wiecznie, wiem. Każdy wie.

To ja chyba jednak skasuję bloga i od razu harlequina napiszę.

Na poczcie i za kółkiem

W piątek na poczcie musiałam oczywiście odstać 10 minut, ale paczka opisana w poprzedniej notce istotnie tam była i została mi wydana, chociaż nie obyło się bez długich rozważań, gdzie ja mianowicie mam nazwisko w paszporcie (zaznaczam, że mam polski paszport, który opisany jest w trzech językach: polskim, angielskim oraz francuskim) i czy to na pewno jest to samo nazwisko co na awizie.
Pierwszym autem, za którego kierownicą usiadłam po półtoramiesięcznej przerwie, była wyładowana zakupami półciężarówka Renault bez widoczności do tyłu oraz wspomagania kierownicy. Wrażenia były zdecydowanie inne niż w moim małym lekkim niebieskim autku, ale zrobiłam dzielnie dwa honorowe kółka po parkingu IKEA, po czym siedzący obok właściciel zamiast wpaść w panikę i zabrać mi kierownicę podstępnie powiedział
– Wyjazd jest tam – zaś ja posłusznie skierowałam się we wskazaną stronę, o ułamek sekundy za późno zdając sobie sprawę z tego, co właśnie czynię.
– Aaa, przecież ja nie mogę tym jechać do domu, zwariowałeś?! Ja w ogóle nie widzę, co mam z tyłu i nie umiem skręcać – wrzasnęłam w panice, ale musiałam sobie jednak jakoś poradzić, ponieważ zatrzymanie się na środku autostrady i wybuchnięcie płaczem nie wchodziło w grę. Żeby nie trzymać państwa w niepewności, od razu powiem, że ofiar w ludziach oraz sprzęcie nie odnotowano, zakupy (wśród nich jajka) dojechały w całości mimo kilku zakrętów wziętych z nadmierną nonszalancją, i nawet ani razu nie zgasł mi silnik.

Do Polski, do Polski, do Polski by się chciało…

W zasadzie to właśnie znowu mam kryzys i cojaturobię i chcę do Polski, ale… rano Amazon uprzejmie mailem poinformował, że wysłał paczkę i podał jej numer. Poszłam na stronę poczty (bo wysłali pocztą, nie żadnym kurierem), wpisałam numer, i rano była informacja, że przygotowują ją do wysłania, a teraz proszę bardzo:”Colis en instance à La Poste, destinataire avisé disposant de 15 jours pour aller le retirer.” (co zdaje się oznacza, że paczka jest na poczcie i mam se iść ją wziąć w ciągu 15 dni). Przypominam, wysyłka książek jest za darmo, bez żadnego limitu. To ja się jeszcze zastanowię, czy NA PEWNO chcę do Polski, państwo pozwolą.

Z właściwym sobie tym i owym

Z właściwą sobie przytomnością umysłu nie zapisałam numeru telefonu Kai, z którą się wczoraj wieczorem umówiłam. Zorientowałam się dopiero w metrze, jak również uzmysłowiłam sobie, że nie mam zielonego pojęcia, jak ona wygląda, i vice versa (tzn. zielone pojęcie nie ma mnie). Z właściwą sobie beztroską stwierdziłam następnie, że jakoś to będzie, i stanęłam przy wyznaczonej stacji metra, po czym popadłam we właściwą sobie zadumę, z której nagle wyrwało mnie „cześć, jestem Kaja”. Potarłam sobie czoło, żeby sprawdzić, czy mam na nim napis „ds.blog.pl”, ale to po prostu była kobieca intuicja.

Kaja pokazała mi Cité universitaire, które jest niesłychanie imponujące i zamierzam tam zamieszkać w którymś z następnych wcieleń. Konferencja o wpływie nanotechnologii na zdrowie zaczęła się mocnym akcentem, mianowicie przyszła grupa młodych ludzi, która skorzystała z jadła i napoju, a potem jeden dorwał się do mikrofonu i poddał w wątpliwość sens całej tej debaty. Prowadzący zamiast go wyrzucić z sali wdał się z nim w długą dyskusję i się zdenerwował. Czasem myślę, że oni trochę przesadzają z tą ideą „liberté”. Potem już było w normie, to znaczy jeden pan ciągle zdryfowywał z tematu oraz dowiedziałyśmy się, że już Rzymianie stosowali nanotechnologię. A potem obejrzałyśmy jedyne w swoim rodzaju tory tramwajowe na środku trawnika wielkiej urody, zaś nad głowami świecił nam księżyc w pełni.