– Chcę wyjść z domu –

zażądałam, i wyszliśmy. Potem jak zwykle przystanęłam w zachwycie gapiąc się na delikatnie oświetloną Notre Dame na tle niemożliwie granatowego nieba, i nie mogłam przestać się dziwić, że ci wszyscy ludzie w tych swoich malutkich samochodzikach ot tak sobie jeżdżą, chociaż z jednej strony Notre Dame, z drugiej Pont Neuf, a w dole Sekwana, na której brzegu mnóstwo ludzi urządzało sobie pikniki w środku nocy, minęliśmy dwie Polki przycupnięte na krawężniku i prowadzące poważne nocne Polek rozmowy, oraz grupkę młodych gadających po angielsku, a między nimi stała Wyborowa, oraz mnóstwo innych starszych i młodszych z winem i piwem i cidrem i pieczonym kurczakiem. Z Pont Neuf machaliśmy do turystów, co na statkach przepływali pod nami robiąc zdjęcia, i odkryłam, że po Sekwanie nawet wielkie trimarany pływają. W metrze dostałam dyskretnego ataku śmiechu na widok faceta odzianego w prześcieradło (dobra, to była abaya czy inny ihram), ale dobiło mnie dopiero odkrycie, że na nogach ma sportowe buty oraz czarujące białe skarpeteczki w kolorowe wzorki.

Upalny czerwcowy dzień

Mam 15 lat, jest koniec roku szkolnego, wychodzę z konkursu matematycznego dla klas pierwszych. Z półpiętra spoglądam w dół, w stronę drzwi wyjściowych, i widzę przy nich swoją matkę.

(Ten moment pozostanie na zawsze wyryty w mojej pamięci jak w marmurze, będzie mi się potem wielokrotnie śnił, w snach będę się odwracać na pięcie i uciekać przez nieskończone korytarze; ale wtedy jeszcze tego nie wiem.)

Przez ćwierć sekundy najpierw myślę, że przyjechała pogratulować mi wygranej, zaraz jednak nadchodzi świadomość, że to przecież niemożliwe. Wraz z pewnością, że coś się stało. Coś się stało, cośsięstało – zalewa moje wnętrzności jak lodowata gorzka fala – coś nieodwracalnego, czego bardzo nie chcę wiedzieć, co zmieni moje życie, i już nic nie będzie takie jak przedtem, nie chcę tego wiedzieć. Idę w dół (a w snach potem będę się odwracać i uciekać) i to schodzenie nigdy się kończy, trwa pół wieczności; jeśli jest jakiś gwar wokół mnie, a musiał być, to nie słyszę go, w mojej głowie brzmi natrętne „żeby tylko nie moja siostra, żeby tylko nie moja siostra, żeby tylkonie, żebytylkonie…”. W okamgnieniu mija pół wieczności i podchodzę do niej (a w snach potem będę zawczasu uciekać); żeby nie usłyszeć tego, co ma do powiedzenia, ja zaczynam paplać. Ja, normalnie małomówna, znienacka wyrzucam z siebie potok słów, że konkurs, że szkoła, że coś tam, cokolwiek. Widzę jej spojrzenie (i do końca życia będę je widzieć), i w końcu wchodzi mi w słowo, z całkowitym brakiem zrozumienia dla swojej rozgadanej córki
– Twój ojciec nie żyje.

Wybucham śmiechem.

Wybucham śmiechem, ponieważ to jest całkowicie absurdalne jak puenta idiotycznego dowcipu. Ponieważ to nie jest nic o mojej siostrze. Ponieważ nigdy w życiu już nie doznam tak niewiarygodnej ulgi. Ponieważ to nie może się dziać naprawdę. Matka mocno łapie mnie za ramię i wyciąga na zewnątrz, w to gorące czerwcowe słońce
– Uspokój się! Przestań! – syczy. Nie mogę przestać, nadal się śmieję. Zastanawiam się teraz, czy sądziła, że to histeria; ale nie, to był na pewno zdrowy radosny śmiech piętnastolatki.
– Ale przecież to niemożliwe, ale jak to? – bełkoczę w końcu. Ja wtedy już wiedziałam, że ludzie są śmiertelni, ale nie mój ojciec, moje fatum: miał przecież żyć wiecznie, obecny w moim życiu tylko jako przerażający cień (rozumiałam Saurona jak żaden inny dwunastoletni czytelnik Tolkiena), po sądach ciągający moją matkę, a teraz nagle niemożliwe stawało się realne? Okazywało się, że cienie też nie są wieczne?

Nigdy nie uronię ani jednej łzy. Tamten śmiech brzmi nadal, jedyne epitafium.

(Potem okaże się, że to właśnie cień jest wieczny.)

Wiele lat później jest listopad roku 2005. Z Bródna jadę na ten drugi cmentarz, do końca nie wierząc, że to robię. Całkowicie intuicyjnie, nigdy przecież tam nie byłam autem; trafiam jednak bezbłędnie, parkuję i wysiadam z przekonaniem, że przecież nie znajdę grobu, na którym nie byłam tyle lat. Nie kupuję nawet znicza, myśląc, że wrócę, jeśli znajdę. Jakaś część mojego umysłu doskonale wie, gdzie iść – jak po sznurku. Ja tylko przestawiam nogi. I staję nad jego grobem. Właściwie nie wiem, czego się cały ten czas spodziewałam: ziejącej czarnej otchłani? Zrujnowanego marmuru? Jest doskonale zadbany nagrobek, jakieś kwiaty. Oraz głos w mojej głowie mówiący wyraźnie: on wcale nie zasłużył na świeczkę ode mnie. Odwracam się i odchodzę, w dziwny sposób ukojona.

(Ale to właśnie cień dawno zmarłego jest wieczny.)

Dwie uwagi

Dziś zaczęły się soldy. Nie macie pojęcia, co dzieje się w sklepach. Trenuję poprawną wymowę słowa „augmentation” (podwyżka). Poza tym oprócz nici dentystycznej nie mają tu Maxa Factora. Gdzie ja jestem?

Mam plaster na palcu

Nie musiałam oglądać, darli się i klaksonili tak, że nawet do mojej wanny dotarło ich zwycięstwo (myśl, że to jednak tłumy Hiszpanów mieszkających w Paryżu, odrzuciłam jako niewystarczająco prawdopodobną). Strach pomyśleć, co będzie się działo w sobotę, jeśli wygrają z Brazylią.

Fajny film widziałam

„Inwazję barbarzyńców” mianowicie, co ją miałam od dwóch lat zobaczyć i jakoś nigdy przedtem się nie udało. Fabuła naciągnięta jak skóra twarzy po kiepskim liftingu: cały ten biznes z dobrym synkiem, który wszystkie pieniądze wydaje, żeby tatusiowi ostatnie chwile życia uprzyjemnić, z boleśnie naiwnym szukaniem heroiny (potrzebne, żeby nikt się już finałowi nie dziwił, też melodramatycznie nieprawdopodobnemu). Ale wcale nie o to chodzi, to bardzo dobry film, okropnie gorzki, mocno dotykający kondycji ludzkiego życia i śmierci. Uniwersalny i wyjątkowo jasno mówiący, że ze śmiercią można się oswoić, co w naszej kulturze jest nie do pomyślenia. A, znakomite polskie „Tulipany” Borcucha musiały być inspirowane tym filmem. Ten bardzo niedobry „Po sezonie” Majewskiego też w pewien sposób, choć może to jest po prostu zbieg okoliczności. Wracając do naszych barbarzyńców, muszę go jeszcze raz obejrzeć (a na to rzadko miewam ochotę), na razie wiem, że kreacje aktorskie doskonałe (większość postaci jest niezmiernie irytująca, ale takie było zamierzenie), melodramatyzmu poziom wysoki, lecz da się znieść, zwłaszcza że są chwile rzeczywiście poruszające. Absolutnie zaskakujące stwierdzenie Remy’ego „tak, wy młodzi sądzicie, że jesteście w każdej chwili gotowi na śmierć” – a ja myślałam, że to jest właśnie oznaka dojrzałości. Ubolewam, że nie widziałam „Upadku Cesarstwa Amerykańskiego”, może da się to nadrobić.

A miało być tak pięknie

Odpracowaliśmy w sobotę co było do odpracowania, i w niedzielę w planach były pikniki, zamki i takie tam rozrywki. Wstaliśmy rano… no dobra, nie wstaliśmy. Ja nie otwierając oczu nastawiłam ucha i wymamrotałam
– A co tak szumi? DESZCZ PADA?
– Mhm – odparł eM, i w ten sposób nasze piękne plany poszły precz. Pogoda przypominała wczesny październik lub późny wrzesień. Dzisiaj zresztą jest podobna. W ramach rozrywkowej konwersacji przedstawiłam eMowi listę moich znajomych:
– M i T siedzą w Irlandii; ostatnio odnalazłam drugiego T, siedzi w jakimś miasteczku w Anglii i pracuje w tartaku; J wyjechał już dawno do Niemczech; M już dawno też do Niemczech, obecnie Irlandia; A rzucił żonę i świetną pracę, wyjechał już dawno do Anglii, ale u niego to taki styl życia… A teraz koledzy ze starej pracy: Stany, Stany, Irlandia, Stany, Stany, Stany, Anglia, Irlandia, Anglia, Dania, Niemcy, i ja absolutna wariatka we Francji…
(I dodajmy dla jasności, że wszystkie wymieniane osoby, z jednym wyjątkiem, są po studiach wyższych.)

Rrrrghrbrhghfbnrrrhgrrmrgf

Trzecie podejście do zalegalizowania pobytu na francuskiej ziemi odbywa się następująco: punktualnie w południe wybiegasz z pracy z żółtą teczuszką pełną papierków i lecisz do prefektury, pod którą kłębi się dziki tłum. Trochę nieswojo się czujesz, bo jesteś jedyną o jasnej skórze, jedyną blondynką, i bodaj jedyną bez dzieci na rękach, w chustach, w wózeczkach i plączących się wokół. Za chwilę nadchodzi druga blondynka, która chyba równie nieswojo się czując zagaduje cię, i migiem przechodzicie na polski. Informujesz ją radośnie, że potrzebuje aktu urodzenia i słuchasz swojsko brzmiących epitetów, miód na twoje uszy, bo wokół nieustannie wrzeszczą w językach zdecydowanie niesłowiańskich. Twoja towarzyszka wraca do domu po akt urodzenia, ty zostajesz, i stoisz… i stoisz… i stoisz… przesuwając się z rzadka między łańcuchami i metalowymi bramkami, jak bydło idące na rzeź, myślisz machinalnie, chociaż nie masz pojęcia jak bydło idzie na rzeź i nie chcesz go mieć. I stoisz. Azjatka za tobą nieustannie usiłuje cię zdeptać, determinacji ma nieproporcjonalnie dużo do swojego wzrostu oraz bardzo twardy plecak. Policjanci pilnujący tego biznesu co pewien czas wychodzą i każą zrobić przejście (ciekawe po co, nikt tędy nie chodzi, co cię szczególnie nie dziwi), absolutnie nikt ich nie słucha, rodziny kolejkowiczów robią piknik na środku ulicy, dzieci biegają wszędzie, wszyscy się drą. Wysyłasz smsa do swego faceta, żeby się wyżalić, on oddzwania i proponuje „nie stój w tej kolejce, pójdziemy do mairie, weźmiemy ślub i będzie z głowy”, ale masz przecież swoją polską dumę i stoisz dalej. Wychowały cię w końcu polskie kolejki za wędliną, a to nie byle jakie dziedzictwo.
Po trzech godzinach docierasz w końcu do upragnionych drzwi. Jeszcze przed bramką pani w kwiecistej sukience żąda od ciebie papierków. Pokazujesz. Zadaje kłopotliwe pytania, wszystko starannie sprawdza, w końcu daje ci numerek i wpuszcza na górę. To sukces, bo twojej polskiej towarzyszki nie przepuścili dalej, akt urodzenia nie pomógł. Na górze siadasz w kolejce, czekasz na swój numerek, idziesz do pani w okienku, która starannie sprawdza papierki, zadaje kłopotliwe pytania i daje ci numerek, tym razem różowy. Siadasz w kolejce i czekasz. Kolejna pani sprawdza papierki, zadaje ci kłopotliwe pytania, daje jeszcze kilka papierków do wypełnienia, wstukuje mozolnie twoje nazwisko w komputer i daje rendez-vous na 8 sierpnia. Na szczęście już nie na prefekturze.
Wracasz ściskając żółtą teczuszkę i nie dopuszczasz do siebie pytania „i właściwie po jaką cholerę mi to było„, bo musiałabyś natychmiast kupić bilet powrotny do Polski, z wszystkimi jej lustracjami, kaczorami, giertychami i całą resztą atrakcji.