Upalny czerwcowy dzień

Mam 15 lat, jest koniec roku szkolnego, wychodzę z konkursu matematycznego dla klas pierwszych. Z półpiętra spoglądam w dół, w stronę drzwi wyjściowych, i widzę przy nich swoją matkę.

(Ten moment pozostanie na zawsze wyryty w mojej pamięci jak w marmurze, będzie mi się potem wielokrotnie śnił, w snach będę się odwracać na pięcie i uciekać przez nieskończone korytarze; ale wtedy jeszcze tego nie wiem.)

Przez ćwierć sekundy najpierw myślę, że przyjechała pogratulować mi wygranej, zaraz jednak nadchodzi świadomość, że to przecież niemożliwe. Wraz z pewnością, że coś się stało. Coś się stało, cośsięstało – zalewa moje wnętrzności jak lodowata gorzka fala – coś nieodwracalnego, czego bardzo nie chcę wiedzieć, co zmieni moje życie, i już nic nie będzie takie jak przedtem, nie chcę tego wiedzieć. Idę w dół (a w snach potem będę się odwracać i uciekać) i to schodzenie nigdy się kończy, trwa pół wieczności; jeśli jest jakiś gwar wokół mnie, a musiał być, to nie słyszę go, w mojej głowie brzmi natrętne „żeby tylko nie moja siostra, żeby tylko nie moja siostra, żeby tylkonie, żebytylkonie…”. W okamgnieniu mija pół wieczności i podchodzę do niej (a w snach potem będę zawczasu uciekać); żeby nie usłyszeć tego, co ma do powiedzenia, ja zaczynam paplać. Ja, normalnie małomówna, znienacka wyrzucam z siebie potok słów, że konkurs, że szkoła, że coś tam, cokolwiek. Widzę jej spojrzenie (i do końca życia będę je widzieć), i w końcu wchodzi mi w słowo, z całkowitym brakiem zrozumienia dla swojej rozgadanej córki
– Twój ojciec nie żyje.

Wybucham śmiechem.

Wybucham śmiechem, ponieważ to jest całkowicie absurdalne jak puenta idiotycznego dowcipu. Ponieważ to nie jest nic o mojej siostrze. Ponieważ nigdy w życiu już nie doznam tak niewiarygodnej ulgi. Ponieważ to nie może się dziać naprawdę. Matka mocno łapie mnie za ramię i wyciąga na zewnątrz, w to gorące czerwcowe słońce
– Uspokój się! Przestań! – syczy. Nie mogę przestać, nadal się śmieję. Zastanawiam się teraz, czy sądziła, że to histeria; ale nie, to był na pewno zdrowy radosny śmiech piętnastolatki.
– Ale przecież to niemożliwe, ale jak to? – bełkoczę w końcu. Ja wtedy już wiedziałam, że ludzie są śmiertelni, ale nie mój ojciec, moje fatum: miał przecież żyć wiecznie, obecny w moim życiu tylko jako przerażający cień (rozumiałam Saurona jak żaden inny dwunastoletni czytelnik Tolkiena), po sądach ciągający moją matkę, a teraz nagle niemożliwe stawało się realne? Okazywało się, że cienie też nie są wieczne?

Nigdy nie uronię ani jednej łzy. Tamten śmiech brzmi nadal, jedyne epitafium.

(Potem okaże się, że to właśnie cień jest wieczny.)

Wiele lat później jest listopad roku 2005. Z Bródna jadę na ten drugi cmentarz, do końca nie wierząc, że to robię. Całkowicie intuicyjnie, nigdy przecież tam nie byłam autem; trafiam jednak bezbłędnie, parkuję i wysiadam z przekonaniem, że przecież nie znajdę grobu, na którym nie byłam tyle lat. Nie kupuję nawet znicza, myśląc, że wrócę, jeśli znajdę. Jakaś część mojego umysłu doskonale wie, gdzie iść – jak po sznurku. Ja tylko przestawiam nogi. I staję nad jego grobem. Właściwie nie wiem, czego się cały ten czas spodziewałam: ziejącej czarnej otchłani? Zrujnowanego marmuru? Jest doskonale zadbany nagrobek, jakieś kwiaty. Oraz głos w mojej głowie mówiący wyraźnie: on wcale nie zasłużył na świeczkę ode mnie. Odwracam się i odchodzę, w dziwny sposób ukojona.

(Ale to właśnie cień dawno zmarłego jest wieczny.)

9 thoughts on “Upalny czerwcowy dzień

  1. A ja nigdy nie poszłam. I nie chciałabym.Choć byłam starsza, ale nigdy odrobiny żalu.

  2. thernity, może nic i cieszyć się, że nie były takie różne przejścia Twym udziałem (choć wiem, każdy ma swego trupa w kredensie oraz swego gryzia co go moli)

    stała moja, ja długo myślałam że nie czuję żalu, ale to nieprawda. nawet jeśli to głównie żal, że nie mogę mu powiedzieć paru rzeczy prosto w oczy, teraz gdy jestem dorosła. co za podłość, umrzeć za wcześnie.

  3. Opowiedziałam Twoją notatkę Mrówce.
    Podsumował ją:
    „Notatka, dla której powstał blog Ds.”

  4. Wracam, bo masz oczywiście rację, że nic bez śladu. I zgadzam się z tobą co do powodu żalu. Tak, tak! Też, ale tylko dlatego.

  5. mignona, to ładnie powiedziane, ale nie jestem pewna. jest jeszcze parę rzeczy, o których myślę teraz, że nigdy o nich nie napiszę… być może natomiast w jakiś pokrętny sposób bez bloga nie pojechałabym w listopadzie na cmentarz, nie wiem.

    stała, i to chyba jednak ludzkie szczęście, że nic bez śladu.

    szyper… wiesz nie pamiętam; pewnie zajęłam jakieś miejsce w czołówce, ale nie pierwsze, bo tak to ze mną bywało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s