O sztuce czyli co oglądać

Wybiegłam wczoraj z pracy i pobiegłam do National Gallery, bo w środy czynna do 9 pm, znaczy 21, a ja chciałam oglądać Turnera, bo malował morze, chmury i łódki, lecz najpierw złapał mnie za rękę Holbein młodszy. Malowidło pod tytułem Ambasadorowie, przedstawia ich dwóch i mnóstwo symboli, a pod nogami mają coś, przed czym stoisz, gapisz się i usiłujesz wymyślić, co to miało właściwie być. Nie da się, trzeba przejść całkiem na prawą stronę i spojrzeć pod kątem, wtedy dopiero widać czaszkę (memento mori, oczywiście, to XVI wiek był). Zastanawiałam się, czy uznał, że obrazek nudny mu wyszedł i takiego psikusa domalował. Doskonałe portrety van Dycka, przewyższające dzisiejszą fotografię nieskończenie, bo życie w sobie mające. W ogóle jak się tak przebiegnie przez całość w miarę chronologicznie, to widać, że oni starali się osiągnąć doskonałość i nią się pochwalić. Jest na przykład poważny portret, a modelka na szalu ma muchę – namalowaną tylko w celu zademonstrowania, że potrafi lepszą niż żywa przedstawić. Jak już osiągnęli doskonałość, to następni chcieli coś nowego stworzyć, więc szukali innych tematów (burdele Toulouse-Lautreca, na przykład, czy życie klas niższych) i innych technik, tak powstał impresjonizm. A w XX wieku okazało się, że nic już więcej nie da się wymyślić i zaczęli strasznie kombinować, a od końca XX wieku zamiast malarstwa mamy ikonki w windowsach, zamiast teatru Big Brothera, zamiast literatury blogi… ale dość już o tym. Turner rozczarowujący, bo nagle odkryłam, że nie umiał się zdecydować, z której strony wiatr mu w te żagle wieje, sensu tam nie ma. Za to odkryłam jednego Holendra, co specjalizował się w wielkich scenach morskich przy kompletnej flaucie – tafla wody jak lustro i smętnie zwisające żagle, naprawdę nie mogłam wyjść z podziwu, czemu akurat taką scenerię sobie wydumał. Ach, i absolutnie cudowne odkrycie, Holendrzy malujący „perspectives”, czyli wnętrza monumentalnych kościołów, ale takie bardzo nieporządnie wykadrowane, na pierwszym planie fragment jakieś kolumny, na drugim trzy inne; i przez tę pozorną niedbałość w jakiś tajemniczy sposób widać ogrom tej budowli, która w większości jest gdzieś poza ramami niewielkiego obrazu. Wracałam tam ze trzy razy. Rubens i jego trzy boginie, obwisłe, tłustawe i z cellulitisem, zachodzę w głowę od dawna, o co facetowi chodziło, przecież nie mógł sobie TAK wyobrażać bogiń, nawet jeśli gust był wtedy inny. Potem ciepłe wnętrza Vermeera i niesamowite światło Rembrandta, prześliczna Wenus Velazqueza i powykręcane kobiece ciała Degasa, i jeszcze dziwaczne malowidła faceta o niemożliwym nazwisku Beuckelauer, który namalował alegorie czterech żywiołów składające się głównie z martwych ptaków, innej zwierzyny, oraz warzyw, a późniejsi badacze skrupulatnie liczyli, ile tam gatunków tego wszystkiego pomieścił. Wyrzucili mnie stamtąd o 9 ze sporą grupą niedobitków, Trafalgar Square lśnił od deszczu, ciemne londyńskie ulice były nadal dziewiętnastowieczne, i miałam tak pełno pięknych obrazów pod powiekami, że nie mogłam już nawet patrzeć na żadne fotografie w metrze.

Jeszcze 9 dni

Gdyby ktoś miał mi do zaoferowania posadę jakiej królowej czy czegoś takiego, to niestety odmówić będę musiała, nie nadaję się. Głównie ze względu na konieczność posiadania służby, co mnie przerasta. Wczoraj przylazłam do apartamentu, stwierdziłam, że nie posprzątali, i się lekko zirytowałam, ale zaraz przyszło dwoje i zabrali się za prace porządkowe. Zamiast się ucieszyć, wytrzymałam minutę, po czym wyobraziłam sobie plastycznie, że zaraz na pewno będą odkurzać i co ja wtedy, będę nogi podnosić? Złapałam laptopa i uciekłam. Przyzwyczajeni najwyraźniej do dzikich klientów spróbowali mnie uspokoić, że zaraz sobie pójdą, ale nie dałam się przekonać, mówiąc, że i tak miałam właśnie wyjść, co było prawdą – ale jakbym nie miała wyjść, to też bym wyszła. Nie umiem być obsługiwana, taka jest prawda niestety, chociaż z drugiej strony posprzątane mieć lubię.

Od faceta, który przez 3 dni nie dzwoni i wysyła tylko przeważnie zdawkowe smsy gorszy jest tylko facet, który o dziesiątej wieczorem dostaje nagle przypływu CZEGOŚ i wysyła jakieś 150 smsów, głównie o treści „ale co robisz że nie odpowiadasz”? A jeśli tych dwóch facetów jest przypadkiem tym samym facetem, to ja już zupełnie nie wiem, co myśleć. Nic to, jeszcze 9 dni i wracam, chociaż perspektywa spakowania wszystkich moich nowych książek do walizki, która już w tę stronę była dość pełna ciuchów, nieco mnie przeraża. Jakoś o tym aspekcie nie pomyślałam, robiąc sobie zamówienia w Amazonie…

Nawiasem mówiąc, nie mogę teraz zrozumieć, czemu ja się jednak nie uparłam na powrót do paryskiego domu przynajmniej raz na dwa tygodnie. Dobra, nie przewidziałam tego, że oni fundują mi podróż Eurostarem w pierwszej klasie biznesowej, co kosztuje w jedną stronę tyle, że można by za to polecieć do Polski, wrócić, i jeszcze tam się żywić w restauracjach przez tydzień. Mój doskonały argument, że przejazd kosztuje mniej niż trzy noce w hotelu, stracił w tym momencie rację bytu. Lekko mnie tym zaskoczyli i przez chwilę zapomniałam, że miałam się upierać, a potem było już za późno. A na przykład pięciu marynarzy angielskich wsiadło wczoraj w Londynie do łodzi wiosłowej z zamiarem dopłynięcia do Paryża, bagatela – jedyne 800 km. Jakbym wcześniej wiedziała, to bym do nich pobiegła i zaczęła błagać „zabierzcie mnie ze sobą! umiem wiosłować!”.

There is no paczka

– Jaka paczka, co za paczka? Nie ma żadnej paczki – oświadczył stanowczo Hindus w recepcji, po czym nerwowo rozejrzał się wokół, żeby potwierdzić swoje słowa i dodał – ale duża ta paczka?
– A taka średnia, tylko kilka książek – odparłam łagodnie, żeby go nie stresować jeszcze bardziej.
– Nie ma żadnej paczki, żadnej – upierał się Hindus, zaczęłam się więc oddalać, myśląc, że wprawdzie wyraźnie bylo napisane „delivered”, ale może ten package tracking Amazona nie działa najlepiej, a w ogóle to spodziewałam się przecież problemów i w zasadzie to trudno, nic nie wymyślę.
– Jeśli była jakaś paczka, to zanieśliśmy ją na górę! – wrzasnął za mną Hindus. Faktycznie, Li coś wspominała o przesyłce porzuconej pod drzwiami pokoju. Udałam się więc na górę, z daleka wypatrując niespodzianki pod drzwiami, niczego jednak tam nie było. No cóż, będzie trzeba jednak udać się do księgarni po Fforde’a, pomyślałam i weszłam do pokoju, gdzie na stoliku nocnym leżał jakiś obiecujący karton, którego rano z pewnością tam nie było. Trenując angielską powściągliwość nie rzuciłam się na niego od razu, tylko dopiero po jakichś 6 sekundach. Opakowanie ustąpiło natychmiast, nie to co te frustrujące taśmy Merlina, do których bez palnika, siekiery i miecza laserowego nie podchodź. Byli tam wszyscy: Fforde i Clarkson i Banks. Ułożyłam się zaraz z Clarksonem na łóżku i zatopiłam w lekturze, przerywanej nierzadko chichotami.
Potem niechętnie wstałam i pojechałam na dworzec Paddington, który jest prześliczny i ma rzeźbę misia Paddingtona oraz pub „Mad Bishop & Bear” (czyż można nie kochać Londynu za takie nazwy?), gdzie spędziłam przemiły wieczór z pintą Discovery Fullersa. A nawet pintami. Po pintach dworzec Paddington nadal był prześliczny.

Może ja powinnam była się urodzić Brytyjką?

W niedzielę byłam na brunchu. 6 osób mówiących z akcentem Hugh Granta, oraz ja. Na szczęście była żydowska brandy, na przykład, oraz kedgeree (brandy cieszyła mnie bardziej). Jako bezczelna Polka wsadziłam nos w biblioteczkę gospodyni, odkrywając tam masę cudownych rzeczy, na przykład absolutnie urocze wierszyki Milne’a wydane w 1948 oraz Pennaca tłumaczonego na angielski, postanowiłam więc go sobie zaraz po powrocie nabyć po francusku, po czym przypomniałam sobie, że ja go JUŻ MAM po francusku. We Wrocławiu. Potem byłam w Hyde Parku, który powinien się nazywać Hyde Fields, bo składa się głównie z pól. No dobra, są tam też od czasu do czasu jakieś drzewa, na przykład dużo platanów oraz trochę biednych kasztanowców bardzo zżeranych przez paskudnego szrotówka (ciekawe, jak się dostał z kontynentu na wyspę i czemu Anglicy nic z tym nie zrobili). W rogu parku stali mówcy na skrzynkach i przekrzykiwali się wzajemnie. Po stawie pływały kaczki krzyżówki oraz gęsi, które syczały na spacerowiczów. Bardzo było miło mimo pochmurnej pogody.

Wiecie, ja bywam nieźle roztargniona, ale są ludzie lepsi w tym ode mnie, jednak. Na przykład wczoraj wracając do siebie wsiadłam do windy za młodym Azjatą, który nacisnął 5, ja nacisnęłam 3, wysiadłam na trzecim… i zobaczyłam, że młody Azjata wysiadł za mną i idzie. Przeszedł tak pół korytarza, zanim się zorientował, że to nie to piętro. Nie zaczęłam głośno chichotać, ale naprawdę wymagało to iście angielskiej powściągliwości.

Li jest aniołem

i gdyby to był film, to by się skończył tak jak „Angel-A”, w odpowiednim momencie wyrosłyby jej białe skrzydła i z łopotem odleciałaby do nieba. Ale to nie jest film, i całe szczęście, bo mogłam sobie obejrzeć namacalnie bardzo fajny fitness klub, do którego mnie zabrała zgadnijcie kto. Najpierw ds zamieniła się w prowincjonalną przybyszkę z rozdziawioną buzią, no ale co ja poradzę, że jeszcze nigdy nie widziałam takich sal do fitnessu: 50 rowerów, 70 bieżni, i ruchoma ścianka do wspinaczki (człowiek się wspina, a ona się przewija) oraz 500 milionów innych wynalazków, a na wejściu dają człowiekowi dwa ręczniki (oczywiście że miałam własny, ja z Polski jestem). Jak się już napatrzyłam, poszłyśmy na basen, gdzie ruch na torach obowiązywał oczywiście lewostronny, i okazało się, że ja nijak nie umiem zrobić nawrotu w prawą stronę. Potem poszłyśmy na łóżka z biczami wodnymi, czyli takie jacuzzi, w którym się leży, tylko bardziej. Fajnie było i ciepło. Potem już tylko sauna, łaźnia parowa pachnąca aloesem, wypoczynek na tarasie z widokiem na Tamizę, i trzeba było iść, ale strasznie ubolewałam nad tym faktem, twierdząc, że najchętniej bym tu zamieszkała.

Następnie udałam się do fryzjera, ponieważ naprawdę nie mogłam już na siebie patrzeć, i niestety pod koniec wizyty spotkała mnie przykrość, mianowicie cena do zapłacenia okazała się wyższa od tej, którą uzgodniłam umawiając się, już i tak horrendalnej. O drobne 50% wyższa. Zaprotestowałam żywiołowo „ale ten pan obiecał mi rabat dla nowej klientki!”, oni zaś uprzejmie powiedzieli, że ten rabat obowiązuje tylko od poniedziałku do czwartku, o czym pan nie był uprzejmy wspomnieć, najwyraźniej ma poważną sklerozę. Protestowałam dalej, bo są jakieś granice naciągania zagubionych cudzoziemek z krańców Europy i ostatecznie rabat mi dali, co mnie nie pocieszyło, ponieważ miałam na głowie the worst haircut of modern Europe. Kłamię, miałam gorszy, kiedy pewnego razu moja Matka się uparła, że ostrzyże mnie fryzjer męski, który długo protestował, że nie umie strzyc dziewczynek, ale w końcu niestety uległ. Jednak wtedy miałam 7 lat, co nieco zmieniało mój pogląd na sytuację. Nie mam na szczęście zwyczaju rozpaczać z powodu włosów, w końcu to nie zęby, odrosną, a przynajmniej kolor mi zrobiła rzeczywiście niezły, lecz poniekąd humor miałam dość zwarzony. Poprawiłam go sobie włócząc się po Oxford Street w kolorowym tłumie i zwiedzając sklepy, w których głównie poszukiwalam szklanego pilnika, bo one wprawdzie są reklamowane jako nie do zużycia w sensie, że się nie tępią, i jest to całkiem możliwe, lecz kończą przejrzysty żywot swój błyskawicznie, tłukąc się. Pewnie wszystkie im się stłukły w transporcie na wyspę, bo nie udało mi się uświadczyć prawie żadnego; znalazłam jeden w Marksie&Spencerze, kosztował 10 funtów i miał różowe serduszka z brylancików na rękojeści, możecie zgadywać czy go kupiłam.

Oswajam komunikację autobusową w tym mieście, przy odpowiedniej dozie samozaparcia jest to wykonalne, dziś na przykład jechałam sobie na pięterku z widokiem na Oxford Street i ze słońcem prosto w twarz, odkrywając, że uwielbiam to miasto, choć zgoła nie wiem za co. Paryż jest jak taka niesamowita laska, na którą fajnie popatrzeć i koledzy zazdroszczą, ale kiedy chce się z nią pogadać, to nie bardzo jest o czym, a w łóżku trzeba uważać na jej fryzurę, makijaż oraz paznokcie, jeśli akurat nie boli jej głowa. Londyn jest jak dziewczyna z sąsiedztwa, bystra i zabawna. I w jakiś sposób wydaje się, że wcale się nie zmienił od XIX wieku. Teraz rozumiem, co znaczyły zwroty w różnych powieściach „nagłówki londyńskich gazet krzyczały” – bo oni tutaj wystawiają tytuły niusów przed wszystkimi miejscami, gdzie sprzedają prasę, czyli co dwa kroki, i to wygląda jakoś tak staroświecko i tak… londyńsko. Może właśnie to sprawia wrażenie, że to miasto żyje, jest pełne zupełnie własnego życia niezależnego od tych wszystkich łażących po nim homo soi-disant sapiens.

Gdybym miała taki wybór „Paryż czy Londyn” i nie było żadnych innych czynników wpływających na decyzję, to wybrałabym [Wrocław, hehe] Londyn, choć samą mnie to zaskakuje. Zwłaszcza kiedy myślę o metrze, które nadal doprowadza mnie do rozpaczy: w Paryżu jeśli wiecie, którą linią macie jechać i gdzie wysiąść, to w zupełności wystarczy. W Londynie najpierw trzeba odróżnić wschód od zachodu (lub północ od południa), bo perony są podzielone na eastbound i westbound; ostatecznie trafia się na peron, po czym zaczyna się, bo wyświetlają Wam tam na przykład trzy nazwy, z których żadna nie brzmi znajomo i nie jest końcową żadnej linii, i macie ochotę usiąść i się rozpłakać. Albo wyświetlają wam na przykład „Baker Street, all trains go to Baker Street”, a kolejny wyświetlony jest jak gdyby nigdy nic Aldgate (czyli dalej niż Baker Street) i nie macie zielonego pojęcia, któremu napisowi wierzyć i dokąd jedzie ten pociąg ratunku!

A gdybym mieszkała w Londynie, to w Barbican Estate albo w dokach Św. Katarzyny (które pokazała mi oczywiście Li, patrz tytuł tej notki), ponieważ pierwszy raz w życiu znalazłam miejsca, w których bez wahania chciałabym zamieszkać. Do tej pory nigdy mi się to nie zdarzyło i nie rozumiałam ludzi, którzy twierdzili, że chcą gdzieś mieszkać. Ja chciałam mieszkać w mieszkaniu z kuchnią, łazienką i bieżącą wodą, zasadniczo. To teraz już rozumiem, że można być zakochanym w jakimś miejscu (nie licząc oczywiście Tatr, ale w nich nigdy nie chciałam tak naprawdę mieszkać). Barbican Estate wygląda jak żywcem wyjęte z moich snów, mieszkam teraz obok i zazwyczaj się tam włóczę na spacery, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę istnieje. Doki Św. Katarzyny wyglądają jak mała przystań jachtowa, tylko są w centrum miasta.

Czym się żywić

The perfect breakfast: razowy chlebek posmarowany marmitem, na to żółty ser (edam czy inna gouda; co za ulga znaleźć się w kraju, gdzie nie ma 745 gatunków sera, w większości absolutnie niejadalnych), popić wszystko sokiem pomidorowym. Uzależnia. Dla odmiany jednak ostatecznie udowodniłam sobie, że nienawidzę mango. Poprzednim razem, kiedy miałam herbatę z mango i nie mogłam jej wypić, jakoś składałam to na karb innych czynników. Niestety kupiona teraz ponownie herbata z mango (innej firmy, inny skład) jest równie obrzydliwie przepaskudna i sam jej zapach doprowadza mnie do rozpaczy oraz mdłości. Na szczęście ta mangowa zajmuje tylko 1/4 pudełka, bo to taka mieszanka herbat owocowych jest, więc nie uschnę tutaj bez herbaty. Z kolei japońska knajpa w Londynie oznacza kurczaka z ryżem, ku mojemu rozczarowaniu, ale było smaczne. Starbucks natomiast rządzi absolutnie.
Nie rozumiem poza tym, o co chodzi z Body Shopem. Naczytałam się tu i tam różnych damskich zachwytów, odwiedziłam ten sklep już z 7 razy, wąchając za każdym razem wszystko, co mieli na półkach, i jeszcze nic nie udało mi się kupić. W ostatecznym załamaniu nabyłam więc sobie w Bootsie balsam do ciała firmy Palmers, nawet go nie wąchając, i otóż on jest cudowny, oszałamiająco pachnie czekoladą i wanilią, i mam straszną ochotę sama się zjeść, jak się nim posmaruję. Hmmm, może w Body Shopie powinnam też była dokonać zakupu w ciemno, a nie wąchać…?
Nie wiem, jakie były prawdziwe pobudki Grassa i pewnie nikt tego się nigdy nie dowie, natomiast Wałęsa bezsprzecznie chytrze wykorzystał kolejną okazję, żeby zrobić trochę szumu wokół swojej osoby. Dawno nie miał takiej możliwości i proszę, z nieba mu spadła. A Kurski powinien się poważnie zastanowić nad sobą, bo człowiek, który nie rozumie, że NIEKTÓRZY Niemcy owszem – byli ofiarami II Wojny Światowej, a Grass nie jest wyłącznie, przeważnie ani nawet przede wszystkim żołnierzem Waffen SS, taki człowiek otóż nadaje się wyłącznie do zamiatania ulic miotłą, a i tu trzeba by mu pokazać, który koniec jest właściwy. (Nawiasem mówiąc, na miejscu Grassa prawdopodobnie, być może, zapewne, zrezygnowałabym z honorowego obywatelstwa, choćby z obrzydzenia, ale nie jestem na miejscu Grassa, i nikt nie jest).
Metro poranne informuje, że coraz więcej ludzi ma alergię na osy i stąd coraz więcej śmierci, a ich liczba będzie wzrastać. W lecie zmarło tu dwóch panów w odstępie niespełna trzech tygodni. Jednego użądliło pięć os.

Metoda na kobietę

Miałam doła i postanowiłam, że to eM jest wszystkiemu winien – bo JA jestem tutaj, a JEGO tu nie ma, zostawił mnie samiutką, więc to jego oczywista wina, tak? Podczas rozmowy telefonicznej wylazło ze mnie ZŁE i zaczęło go dręczyć pytaniami, czyhając tylko, żeby się przyznał, że czegoś nie zrobił, a ja będę wtedy mogła do woli lamentować, jaki on jest wstrętny, a ja nieszczęśliwa.
– A to i tamto załatwiłeś? – srogo pytało ZŁE.
– Tak, i nawet uszczelkę w łazience wymieniłem – radośnie oświadczył eM, co mnie nieco zbiło z tropu, bo nie wiedziałam, że jest uszczelka do wymiany, ale co tam, ZŁE się nie poddało.
– A pranie zrobiłeś? – naprawdę, jakby mnie coś obchodziło pranie robione we Francji, kiedy ja jestem w Anglii.
– Tak, i powiesiłem wszystkie twoje koszulki na ramiączkach – nie dał mi szansy eM. Po czym jednak niepewnie dodał
– Par contre… – a moje ZŁE zatarło łapy i wyszczerzyło kły, bo natychmiast sobie wyobraziło, że na pewno nie posortował prania, zafarbował mi jakąś jasną bluzkę i będę mogła mu zrobić awanturę wszech czasów oraz rozpaczać przez miesiąc.
– Par contre – ciągnął tymczasem eM – nie jestem pewien, co z prasowaniem twoich bluzek… – i tu ZŁE z podkulonym ogonem odeszło w dal żałośnie jęcząc, a mnie całkiem zatkało.
– Ależ kochanie, nie musisz mi prasować ciuchów, ja LUBIĘ prasować, poza tym w szafie i tak się gniotą, więc nie ma sensu – bąknęłam, zastanawiając się mgliście, czy jakiś facet kiedyś choćby pomyślał o prasowaniu moich rzeczy.