Może ja powinnam była się urodzić Brytyjką?

W niedzielę byłam na brunchu. 6 osób mówiących z akcentem Hugh Granta, oraz ja. Na szczęście była żydowska brandy, na przykład, oraz kedgeree (brandy cieszyła mnie bardziej). Jako bezczelna Polka wsadziłam nos w biblioteczkę gospodyni, odkrywając tam masę cudownych rzeczy, na przykład absolutnie urocze wierszyki Milne’a wydane w 1948 oraz Pennaca tłumaczonego na angielski, postanowiłam więc go sobie zaraz po powrocie nabyć po francusku, po czym przypomniałam sobie, że ja go JUŻ MAM po francusku. We Wrocławiu. Potem byłam w Hyde Parku, który powinien się nazywać Hyde Fields, bo składa się głównie z pól. No dobra, są tam też od czasu do czasu jakieś drzewa, na przykład dużo platanów oraz trochę biednych kasztanowców bardzo zżeranych przez paskudnego szrotówka (ciekawe, jak się dostał z kontynentu na wyspę i czemu Anglicy nic z tym nie zrobili). W rogu parku stali mówcy na skrzynkach i przekrzykiwali się wzajemnie. Po stawie pływały kaczki krzyżówki oraz gęsi, które syczały na spacerowiczów. Bardzo było miło mimo pochmurnej pogody.

Wiecie, ja bywam nieźle roztargniona, ale są ludzie lepsi w tym ode mnie, jednak. Na przykład wczoraj wracając do siebie wsiadłam do windy za młodym Azjatą, który nacisnął 5, ja nacisnęłam 3, wysiadłam na trzecim… i zobaczyłam, że młody Azjata wysiadł za mną i idzie. Przeszedł tak pół korytarza, zanim się zorientował, że to nie to piętro. Nie zaczęłam głośno chichotać, ale naprawdę wymagało to iście angielskiej powściągliwości.

Li jest aniołem

i gdyby to był film, to by się skończył tak jak „Angel-A”, w odpowiednim momencie wyrosłyby jej białe skrzydła i z łopotem odleciałaby do nieba. Ale to nie jest film, i całe szczęście, bo mogłam sobie obejrzeć namacalnie bardzo fajny fitness klub, do którego mnie zabrała zgadnijcie kto. Najpierw ds zamieniła się w prowincjonalną przybyszkę z rozdziawioną buzią, no ale co ja poradzę, że jeszcze nigdy nie widziałam takich sal do fitnessu: 50 rowerów, 70 bieżni, i ruchoma ścianka do wspinaczki (człowiek się wspina, a ona się przewija) oraz 500 milionów innych wynalazków, a na wejściu dają człowiekowi dwa ręczniki (oczywiście że miałam własny, ja z Polski jestem). Jak się już napatrzyłam, poszłyśmy na basen, gdzie ruch na torach obowiązywał oczywiście lewostronny, i okazało się, że ja nijak nie umiem zrobić nawrotu w prawą stronę. Potem poszłyśmy na łóżka z biczami wodnymi, czyli takie jacuzzi, w którym się leży, tylko bardziej. Fajnie było i ciepło. Potem już tylko sauna, łaźnia parowa pachnąca aloesem, wypoczynek na tarasie z widokiem na Tamizę, i trzeba było iść, ale strasznie ubolewałam nad tym faktem, twierdząc, że najchętniej bym tu zamieszkała.

Następnie udałam się do fryzjera, ponieważ naprawdę nie mogłam już na siebie patrzeć, i niestety pod koniec wizyty spotkała mnie przykrość, mianowicie cena do zapłacenia okazała się wyższa od tej, którą uzgodniłam umawiając się, już i tak horrendalnej. O drobne 50% wyższa. Zaprotestowałam żywiołowo „ale ten pan obiecał mi rabat dla nowej klientki!”, oni zaś uprzejmie powiedzieli, że ten rabat obowiązuje tylko od poniedziałku do czwartku, o czym pan nie był uprzejmy wspomnieć, najwyraźniej ma poważną sklerozę. Protestowałam dalej, bo są jakieś granice naciągania zagubionych cudzoziemek z krańców Europy i ostatecznie rabat mi dali, co mnie nie pocieszyło, ponieważ miałam na głowie the worst haircut of modern Europe. Kłamię, miałam gorszy, kiedy pewnego razu moja Matka się uparła, że ostrzyże mnie fryzjer męski, który długo protestował, że nie umie strzyc dziewczynek, ale w końcu niestety uległ. Jednak wtedy miałam 7 lat, co nieco zmieniało mój pogląd na sytuację. Nie mam na szczęście zwyczaju rozpaczać z powodu włosów, w końcu to nie zęby, odrosną, a przynajmniej kolor mi zrobiła rzeczywiście niezły, lecz poniekąd humor miałam dość zwarzony. Poprawiłam go sobie włócząc się po Oxford Street w kolorowym tłumie i zwiedzając sklepy, w których głównie poszukiwalam szklanego pilnika, bo one wprawdzie są reklamowane jako nie do zużycia w sensie, że się nie tępią, i jest to całkiem możliwe, lecz kończą przejrzysty żywot swój błyskawicznie, tłukąc się. Pewnie wszystkie im się stłukły w transporcie na wyspę, bo nie udało mi się uświadczyć prawie żadnego; znalazłam jeden w Marksie&Spencerze, kosztował 10 funtów i miał różowe serduszka z brylancików na rękojeści, możecie zgadywać czy go kupiłam.

Oswajam komunikację autobusową w tym mieście, przy odpowiedniej dozie samozaparcia jest to wykonalne, dziś na przykład jechałam sobie na pięterku z widokiem na Oxford Street i ze słońcem prosto w twarz, odkrywając, że uwielbiam to miasto, choć zgoła nie wiem za co. Paryż jest jak taka niesamowita laska, na którą fajnie popatrzeć i koledzy zazdroszczą, ale kiedy chce się z nią pogadać, to nie bardzo jest o czym, a w łóżku trzeba uważać na jej fryzurę, makijaż oraz paznokcie, jeśli akurat nie boli jej głowa. Londyn jest jak dziewczyna z sąsiedztwa, bystra i zabawna. I w jakiś sposób wydaje się, że wcale się nie zmienił od XIX wieku. Teraz rozumiem, co znaczyły zwroty w różnych powieściach „nagłówki londyńskich gazet krzyczały” – bo oni tutaj wystawiają tytuły niusów przed wszystkimi miejscami, gdzie sprzedają prasę, czyli co dwa kroki, i to wygląda jakoś tak staroświecko i tak… londyńsko. Może właśnie to sprawia wrażenie, że to miasto żyje, jest pełne zupełnie własnego życia niezależnego od tych wszystkich łażących po nim homo soi-disant sapiens.

Gdybym miała taki wybór „Paryż czy Londyn” i nie było żadnych innych czynników wpływających na decyzję, to wybrałabym [Wrocław, hehe] Londyn, choć samą mnie to zaskakuje. Zwłaszcza kiedy myślę o metrze, które nadal doprowadza mnie do rozpaczy: w Paryżu jeśli wiecie, którą linią macie jechać i gdzie wysiąść, to w zupełności wystarczy. W Londynie najpierw trzeba odróżnić wschód od zachodu (lub północ od południa), bo perony są podzielone na eastbound i westbound; ostatecznie trafia się na peron, po czym zaczyna się, bo wyświetlają Wam tam na przykład trzy nazwy, z których żadna nie brzmi znajomo i nie jest końcową żadnej linii, i macie ochotę usiąść i się rozpłakać. Albo wyświetlają wam na przykład „Baker Street, all trains go to Baker Street”, a kolejny wyświetlony jest jak gdyby nigdy nic Aldgate (czyli dalej niż Baker Street) i nie macie zielonego pojęcia, któremu napisowi wierzyć i dokąd jedzie ten pociąg ratunku!

A gdybym mieszkała w Londynie, to w Barbican Estate albo w dokach Św. Katarzyny (które pokazała mi oczywiście Li, patrz tytuł tej notki), ponieważ pierwszy raz w życiu znalazłam miejsca, w których bez wahania chciałabym zamieszkać. Do tej pory nigdy mi się to nie zdarzyło i nie rozumiałam ludzi, którzy twierdzili, że chcą gdzieś mieszkać. Ja chciałam mieszkać w mieszkaniu z kuchnią, łazienką i bieżącą wodą, zasadniczo. To teraz już rozumiem, że można być zakochanym w jakimś miejscu (nie licząc oczywiście Tatr, ale w nich nigdy nie chciałam tak naprawdę mieszkać). Barbican Estate wygląda jak żywcem wyjęte z moich snów, mieszkam teraz obok i zazwyczaj się tam włóczę na spacery, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę istnieje. Doki Św. Katarzyny wyglądają jak mała przystań jachtowa, tylko są w centrum miasta.

Czym się żywić

The perfect breakfast: razowy chlebek posmarowany marmitem, na to żółty ser (edam czy inna gouda; co za ulga znaleźć się w kraju, gdzie nie ma 745 gatunków sera, w większości absolutnie niejadalnych), popić wszystko sokiem pomidorowym. Uzależnia. Dla odmiany jednak ostatecznie udowodniłam sobie, że nienawidzę mango. Poprzednim razem, kiedy miałam herbatę z mango i nie mogłam jej wypić, jakoś składałam to na karb innych czynników. Niestety kupiona teraz ponownie herbata z mango (innej firmy, inny skład) jest równie obrzydliwie przepaskudna i sam jej zapach doprowadza mnie do rozpaczy oraz mdłości. Na szczęście ta mangowa zajmuje tylko 1/4 pudełka, bo to taka mieszanka herbat owocowych jest, więc nie uschnę tutaj bez herbaty. Z kolei japońska knajpa w Londynie oznacza kurczaka z ryżem, ku mojemu rozczarowaniu, ale było smaczne. Starbucks natomiast rządzi absolutnie.
Nie rozumiem poza tym, o co chodzi z Body Shopem. Naczytałam się tu i tam różnych damskich zachwytów, odwiedziłam ten sklep już z 7 razy, wąchając za każdym razem wszystko, co mieli na półkach, i jeszcze nic nie udało mi się kupić. W ostatecznym załamaniu nabyłam więc sobie w Bootsie balsam do ciała firmy Palmers, nawet go nie wąchając, i otóż on jest cudowny, oszałamiająco pachnie czekoladą i wanilią, i mam straszną ochotę sama się zjeść, jak się nim posmaruję. Hmmm, może w Body Shopie powinnam też była dokonać zakupu w ciemno, a nie wąchać…?
Nie wiem, jakie były prawdziwe pobudki Grassa i pewnie nikt tego się nigdy nie dowie, natomiast Wałęsa bezsprzecznie chytrze wykorzystał kolejną okazję, żeby zrobić trochę szumu wokół swojej osoby. Dawno nie miał takiej możliwości i proszę, z nieba mu spadła. A Kurski powinien się poważnie zastanowić nad sobą, bo człowiek, który nie rozumie, że NIEKTÓRZY Niemcy owszem – byli ofiarami II Wojny Światowej, a Grass nie jest wyłącznie, przeważnie ani nawet przede wszystkim żołnierzem Waffen SS, taki człowiek otóż nadaje się wyłącznie do zamiatania ulic miotłą, a i tu trzeba by mu pokazać, który koniec jest właściwy. (Nawiasem mówiąc, na miejscu Grassa prawdopodobnie, być może, zapewne, zrezygnowałabym z honorowego obywatelstwa, choćby z obrzydzenia, ale nie jestem na miejscu Grassa, i nikt nie jest).
Metro poranne informuje, że coraz więcej ludzi ma alergię na osy i stąd coraz więcej śmierci, a ich liczba będzie wzrastać. W lecie zmarło tu dwóch panów w odstępie niespełna trzech tygodni. Jednego użądliło pięć os.

Metoda na kobietę

Miałam doła i postanowiłam, że to eM jest wszystkiemu winien – bo JA jestem tutaj, a JEGO tu nie ma, zostawił mnie samiutką, więc to jego oczywista wina, tak? Podczas rozmowy telefonicznej wylazło ze mnie ZŁE i zaczęło go dręczyć pytaniami, czyhając tylko, żeby się przyznał, że czegoś nie zrobił, a ja będę wtedy mogła do woli lamentować, jaki on jest wstrętny, a ja nieszczęśliwa.
– A to i tamto załatwiłeś? – srogo pytało ZŁE.
– Tak, i nawet uszczelkę w łazience wymieniłem – radośnie oświadczył eM, co mnie nieco zbiło z tropu, bo nie wiedziałam, że jest uszczelka do wymiany, ale co tam, ZŁE się nie poddało.
– A pranie zrobiłeś? – naprawdę, jakby mnie coś obchodziło pranie robione we Francji, kiedy ja jestem w Anglii.
– Tak, i powiesiłem wszystkie twoje koszulki na ramiączkach – nie dał mi szansy eM. Po czym jednak niepewnie dodał
– Par contre… – a moje ZŁE zatarło łapy i wyszczerzyło kły, bo natychmiast sobie wyobraziło, że na pewno nie posortował prania, zafarbował mi jakąś jasną bluzkę i będę mogła mu zrobić awanturę wszech czasów oraz rozpaczać przez miesiąc.
– Par contre – ciągnął tymczasem eM – nie jestem pewien, co z prasowaniem twoich bluzek… – i tu ZŁE z podkulonym ogonem odeszło w dal żałośnie jęcząc, a mnie całkiem zatkało.
– Ależ kochanie, nie musisz mi prasować ciuchów, ja LUBIĘ prasować, poza tym w szafie i tak się gniotą, więc nie ma sensu – bąknęłam, zastanawiając się mgliście, czy jakiś facet kiedyś choćby pomyślał o prasowaniu moich rzeczy.

Jestem już od tygodnia w Londynie

Czekam w kolejce po kawę, z nudów czytam sobie ogłoszenia na tablicy. Jedno ogłoszenie dotyczy sprzedaży samochodu, tylko dlaczegoś dwa razy tego samego. Czytam je i czytam, gapię się na nie dobre parę minut, usiłując zrozumieć, dlaczego ono jest dwa razy, skoro dotyczy jednego auta, stoję i myślę, stoję i patrzę, i nagle po pięciu minutach mnie oświeca. Jedno ogłoszenie jest po angielsku, drugie po francusku…

Ale wszelkie swoje rekordy pobiłam, gdy łaziłam po Londynie mgliście zastanawiając się, czemu tu jest tak jakoś mało koszy na śmieci, bo za każdym razem, jak chciałam coś wyrzucić, nie było kosza w zasięgu. Siadłam sobie parę dni temu w metrze, temat braku koszy powrócił, i nagle część mojej podświadomości przemówiła gromko „Oczywiście, że nie mają tu koszy na śmieci, kretynko jedna, na jakim ty świecie żyjesz!?”.

Czasem człowiek musi, bo się udusi

Czy panowie Kurski oraz Wałęsa, jak również paru innych, którzy jeszcze swoje w tej sprawie wybełkotać raczą, mogliby ewentualnie przypomnieć sobie „kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem”? W sumie domyślam się, że autor tych słów to dla nich żaden autorytet, a domaganie się, żeby oprócz języka używali trochę rozumu, jest bezcelowe z braku tegoż. Ciekawa jestem, jak oni by się zachowali, gdyby mieli 18-20 lat i byłaby druga wojna światowa. Chociaż nie, odwołuję, nie jestem tego jakoś ciekawa w ogóle.

A że Grass mógł się wcześniej przyznać, to inna para kaloszy. Tylko niby kiedy wcześniej i kiedy był na to dobry moment, skoro teraz najwyraźniej nie jest? Mógł się w ogóle nie przyznawać, ale… wyobrażam sobie, że Ratzinger ze swoją przeszłością miał na to wpływ. I że w wieku lat 79 nie każdy ma odwagę czekać na łoże śmierci, by z jego wysokości wygłosić swoje wyznanie winy i zamknąć oczy na zawsze, co byłoby rozwiązaniem niewątpliwie eleganckim.

Weekend in London nie zabija od razu

Stałam przed tą półką w sklepie i stałam, czas mijał, a ja nie mogłam się zdecydować, ponieważ różne nieprzychylne rzeczy o tym czytałam. W końcu sobie poszłam, stchórzywszy. Wróciłam dwa dni później i znów przed nią stanęłam medytując. Ostatecznie rzekłam do siebie „co tam, raz się przecież żyje, drugiej okazji nie będzie” i odważnie kupiłam słoiczek. W domu go odkręciłam, nieufnie powąchałam, jeszcze nieufniej spróbowałam… i w ten sposób świat zyskał jedną nową wielbicielkę marmite.
Li zbiłaby fortunę na byciu przewodniczką po Londynie, gdyby już nie radziła sobie świetnie w innym zawodzie. Nie tylko wie wszystko, ale w dodatku dzieli się tą wiedzą, powtarza wszystko tym co akurat nie uważali, organizuje czas bezbłędnie i w dodatku spełnia życzenia bez mrugnięcia okiem („a nie możemyyy jechać autobuseeeem?” „możemy, chodźmy na przystanek” „a nie możemyyy jechać piętrowyyyyym?” „możemy, zaraz będzie piętrowy”, i tak dalej). W dodatku gdyby nie ona, dalej tkwiłabym w przekonaniu, że Greenwich (wiecie, południk zerowy, Cutty Sark i takie tam) jest jakieś dwie godziny jazdy od Londynu; a tak wiem, że jest on w Londynie i pewnie pojadę go obejrzeć. Tymczasem przejechałyśmy się London Eye, obejrzałyśmy mumie oraz wazy w British Museum, obejrzałyśmy londyńską Defense (dzielnicę biurowców, that is), zmokłyśmy, zrobiłyśmy milion zdjęć, niektórymi się z państwem podzielę dziś wieczorem, bo wczoraj już mi się okropnie nie chciało schodzić po internet, a poza tym bolały mnie nogi.
Spróbowałam też zamieszkać w pierwszej napotkanej księgarni, ale ostatecznie tylko wyniosłam z niej „Changing planes” LeGuin, nie mogłyśmy się bowiem rozstać, a trzeciej części Fforde’a o Thursday Next, po którą przede wszystkim przyjechałam do Londynu, nie mieli (za to pan sprzedawca wiedział, jak się pisze Fforde). Zdążyłam przeczytać połowę, śliczna jest, podobna do „Dzienników gwiazdowych” (w tym sensie, w jakim one są podobne do „Podróży Guliwera”). LeGuin wsiadła na swojego ulubionego konika: opisuje imaginacyjne społeczeństwa i snuje rozważania, jakie cywilizacje mogłyby powstać.

W kinie byłam

Wiecie, jak się nie było w kinie od prawie pół roku (od marca), to jest to wielkie wydarzenie zasługujące na notkę. We Francji nie chodzę, ponieważ zawsze się boję, że NIC nie zrozumiem, zwłaszcza jeśli to będzie film z dubbingiem, a większość jest. Natomiast tu się okazało, że w kinie tuż koło mojej londyńskiej siedziby dają francuski film Bessona „Angel-A”, który chciałam zobaczyć będąc jeszcze w ojczyźnie, a wykombinowałam sobie, że na pewno będą mówić po francusku i mieć angielskie podpisy, co mi zagwarantuje pełnię zrozumienia. Istotnie tak było, ale wcale mnie to znów tak nie uradowało, film jest bowiem mocno głupi i aż żenujący chwilami, nawet się trochę obraziłam na Bessona, którego do tej pory dość lubiłam. Poważną zaletą jest tylko czarno-biały Paryż; co kwadrans przypominałam sobie, że ja przecież MIESZKAM w tym mieście i prawdopodobnie do niego niedługo wrócę (jeśli terroryści rozmaici nie postanowią uprzednio opanować Eurostara lub wysadzić tunelu). Ale ani razu nie udało mi się w to tak naprawdę uwierzyć.

Piątek. Lunch time.

Wypiłam pintę Carlinga w przerwie na lunch, gadałam po francusku z Kanadyjczykiem, po angielsku z Gruzinem, poznałam dzikie tłumy ludzi, którzy prawdopodobnie mają jakoś na imię.
– People are much more friendly here than in Paris…
– Oh, you’ve noticed that!

Słowotok, czyli o ludziach i nie tylko

Naprawdę mogli mi Państwo powiedzieć, że jak się wchodzi na mojego bloga, to wyskakują brzydkie reklamy. Jak używałam Firefoxa, to nie byłam tego świadoma; jak ostatnio przymusowo przestałam go używać, to się nagle zrobiłam bardzo świadoma, ale nie mogłam z kolei nic z tym zrobić. Wczoraj jednak podłączyłam się do netu w hotelu, odebrałam potworne ilości spamu oraz wywaliłam brzydkie reklamy z bloga, a przynajmniej mam taką nadzieję.

Następnie ucięłam sobie pogawędkę z koleżanką moją, co to się dwa tygodnie temu wybierała do Stanów za jednym panem, który jej nie chce. Teraz się już nie wybiera, ale w ogóle historia jest dość smakowita, niestety nie jestem Mignoną, żeby to tak ładnie opisać, trudno. Otóż pan porzucił ją, zresztą po półtora roku zwodzenia i mglistych obietnic, twierdząc, że w łóżku mu było z nią niedobrze, ponieważ nic nie czuł. Brakowało jeszcze tylko „i wszystkie orgazmy udawałem”. Jeśli o nią chodzi, było wprost przeciwnie, a w dodatku był niezwykle wprost wyposażony, więc z tym jego nieczuciem to jakaś mocno tajemnicza historia. Wczoraj napomknęła mi, że jest po nocy spędzonej z nowym dobiegaczem, po czym wróciła do rozpamiętywania tamtego i jego wyposażenia, ponieważ nowy kochanek wprawdzie chce mieć z nią syna i przedstawiać ją matce, ale jeśli chodzi o sprawy łóżkowe, to nie ma porównania z poprzednim. Zresztą w tej chwili to nawet Casanova wypadłby blado przy tamtym w jej oczach, trudno się dziwić. Po dwóch godzinach opowieści o klejnotach tamtego pana oraz o tym, że ona by chciała kochać się na jego oczach, żeby wiedział, co stracił (i moje brutalne „nic by go to nie obeszło, nie jest tobą zainteresowany” mogłam równie dobrze pisać do ściany) poddałam się i ucięłam konwersację. Tym niemniej żal mi jej.

Pogadałam też z osobistą siostrą, która rozpacza z powodu wiatru wiejącego jej w oczy w kwestii doktoratu. Jestem zła, podła i myślę stereotypami, ale nie mogę się oprzeć przekonaniu, że jakby sobie dała spokój i raczej może zajęła się rodzeniem dziecka, byłoby lepiej dla wszystkich. Nie sądziłam, że coś takiego napiszę, jednak logicznie patrząc: kasy z tego żadnej nie ma, grosze nędzne; ludzkości raczej nie zbawi, bo nawet gdyby ona była geniuszem absolutnym, to warunki w Polsce do prowadzenia badań są żałosne; tytuł doktora pewnie jest fajny, ale w zasadzie nic z tego nie wynika; a jak patrzę, ile energii życiowej w to ładuje na darmo, to mam ochotę się załamać. Ale to takie moje przemyślenia, których jej nie zaprezentuję. Z rzeczy znacznie sympatyczniejszych, sama z własnej woli zapytała o eMa, co mnie absolutnie zaskoczyło, bo do tej pory temat nie istniał. (Może liczyła na odpowiedź „porzucił mnie” albo „nic mnie już nie obchodzi”…).

Śnił mi się krostowaty pani Zupy, który całkiem nieźle gadał po polsku, antyterrorystyczna akcja z helikoptera w pobliżu jakiejś stacji RER, ja oczywiście musiałam być w centrum zamieszania, oraz złażenie z jakiejś góry tatrzańskiej (a zielonkawe głazy pod nogami jak żywe) w nocy przy księżycu w pełni powtarzając sobie ostatnie zdanie „Powrotu z gwiazd” Lema. (Tak, znam je na pamięć nawet przez sen; nie, nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna).

Wczoraj dowiedziałam się, że moja przyjaciółka ma cukrzycę, a i bez tego nie jest okazem zdrowia. Jeszcze tego jej brakowało. Wiem, że masa ludzi z tym żyje całkiem nieźle, ale wiem też, że ona nie będzie o siebie nijak dbała i bardzo mnie to przygnębia. Moja siostra wprawdzie przemówiła głosem rozsądku „poczekaj – zjedzie jeden raz, drugi, to się nauczy, że ma na siebie uważać”, ale mimo wszystko nie jest mi jakoś szczególnie radośnie.

Boję się weekendu.