A jak pojadę w poniedziałek

do miasta Londyn, to znajdę Fforde’a i go zamorduję, i nie będzie to bynajmniej śmierć łatwa, lekka i przyjemna, o nie. Będzie cierpiał długo i intensywnie za to, co zrobił z Landenem. Do tej pory myślałam, że najlepszą psychiczną torturę współczesnego wszechświata wykombinował Pohl w „Gateway” (to sf, ale poza tym naprawdę świetna książka), niestety Fforde jest w tej kwestii lepszy. Znaczy… gorszy. Wiem, przesadnie się utożsamiam z bohaterką, ale co ja na to poradzę? Mam wrażenie, że wczoraj w RER mamrotałam pod nosem słowa powszechnie uważane za obelżywe, na szczęście jest szansa, że nikt mnie nie rozumiał.

Będąc w Londynie ostatnim razem nabyłam sobie zalotkę, ponieważ nie przypominała metalowego narzędzia tortur, tylko miała guzik, a ja szalenie wysoko cenię wszystkie rzeczy, w których można nacisnąć guzik. Zademonstrowałam ją następnie eMowi z pytaniem, czy wie co to jest. Powiedział, że wie, to takie do rzęs, już takie widział. Jakieś dwa dni temu siedziałam sobie z tymże urządzeniem w oku, a eM popatrzył na mnie i wykrzyknął ze zdumieniem
– Ale to podkręca rzęsy!
Lekko zgłupiałam, wyjęłam na wszelki wypadek przyrząd z oka i odrzekłam
– No przecież dopiero co mówiłeś, że wiesz do czego to służy..?
– Ale ja myślałem, że to jest do przycinania rzęs, żeby były równe – wyjaśnił eM, a ja wcale nie jestem przekonana, że robił sobie jaja.
(Od tego czasu pytałam go już 5 razy, czy jego zdaniem wyglądałabym lepiej z równo przyciętymi rzęsami, ale unika odpowiedzi).

Codzienność na żywo

W porannym informatorze telewizyjnym skomentowali „skandal, który pogłębia rządowy kryzys w Warszawie”. Prowadzący streścił, jak posłanka, której nazwiska nie pamięta, należąca do partii „travaillistes” (tak tu tłumaczą laburzystów, czyli angielską Partię Pracy), nagrała jak ministrowie rządu próbowali ją przekupić stanowiskiem. Nie wiem czemu wszyscy dyskutanci uznali to za bardzo zabawne.
Trzeci tom Thursday Next jest na mój gust absolutnie nieprzetłumaczalny, Zysk chyba słusznie się poddał zawczasu. Musieliby Cholewę skłonić do tłumaczenia. W czwartym bohaterka włóczy się po Swindon z Hamletem, a Goliat zamiast korporacji staje się religią. Wczoraj porzuciłam jednak Fforde’a na rzecz Polityki z zeszłego tygodnia, którą nabyłam w słynnej Librairie polonaise. Okazało się, że po bieżący numer muszę się wybrać w piątek, a w ogóle skasowali mnie 3 euro, ale czego się nie robi dla zachowania kontaktu z ukochaną ojczyzną, nieprawdaż.

The risks of life

Posiadanie faceta, który potrafi samodzielnie wstawić pranie, jest bezsprzecznie fajne, wiąże się jednakowoż z ryzykiem, że następnie zapomni on to pranie wyjąć, i we wtorek wieczorem znienacka znajdziemy w pralce czystą lecz wilgotną odzież zalegającą tam w tym stanie od jakichś 24 godzin. Nic nie powiedziałam, każdemu się może zdarzyć (aczkolwiek, czy którejś z pań się już zdarzyło? Bo mnie [jeszcze] nie.)

Gdyby ktoś z szanownych czytelników przypadkiem poszukiwał pracy w Paryżu, to RATP (paryska komunikacja miejska, znaczy się) właśnie stworzył nowe interesujące miejsca pracy. Można mianowicie zawodowo dopychać ludzi w RER linii A na stacji Châtelet. Przy każdych drzwiach stoi tam teraz pan lub pani, wyposażeni w profesjonalne biało-niebieskie rękawiczki, i upychają pasażerów oraz pomagają drzwiom się zamknąć. Praca bardzo pożyteczna, dziś rano na przykład nie zmieściłam się do dwóch kolejnych pociągów. Niestety nie bardzo mam wybór; żeby dojechać do pracy samochodem musiałabym pewnie wyjechać o 5 rano, a z powrotem trzeba by czekać do weekendu.

Życie dziwniejsze jest od fikcji

Koleżanka moja tutejsza zabrała się niedawno za szukanie pracy. Ładna młoda atrakcyjna z ciekawym dyplomem, ale z Polski i bez żadnego doświadczenia, co nieco utrudniało sprawę. Po wielu wysłanych cv w końcu w zeszłą środę ktoś ją zaprosił na rozmowę. Przegadali dwie godziny głównie o życiu osobistym, przeszli na ty, facet pouczał ją, jak się powinna zachowywać na interview i co mówić, obiecał jej pomoc w znalezieniu czegoś, jeśli z jego firmą nie wypali, poprawił jej cv, pomógł wypełnić papiery, a wczoraj wieczorem czekała na jego telefon, bo miał zadzwonić przeprowadzić z nią jeszcze jedną próbną rozmowę. Kiedy wczoraj tego słuchałam, oczy robiły mi się coraz okrąglejsze, aż mało nie wypadły, i zdołałam z siebie tylko wydusić
– Jesteś pewna, że to jest Francuz?
Byłoby miło, gdyby nie mój starannie pielęgnowany cynizm, który drukowanymi literami mi wrzeszczy, że nie istnieją tacy bezinteresowni ludzie, że nic dobrego z tego nie będzie, tym bardziej, że mąż jej przebywa na co dzień daleko, a ona nagle wygłasza mi ze śmiertelnie poważną miną, że przez ostatni tydzień zrozumiała więcej niż w ciągu poprzednich czterech lat, i niepotrzebnie się poświęcała dla ślubnego tyle czasu. W sumie nie mój biznes, głupia nie jest, poradzi sobie.

You’re just another brick in the wall

Paryż o północy w sobotę jest pełen niespodzianek, najpierw przez chwilę jedziemy za bodaj corsą wypełnioną nastolatkami po brzegi, chyba z 8 osób tam jest, dwie dziewczyny siedzą w bagażniku, wszyscy się cieszą i machają do nas. Potem mija nas dłuuga biała limuzyna, w środku dwóch nastolatków jedzie na stojąco wrzeszcząc opętańczo, a ja na bulwarze St Michel odkrywam księgarnię, gdzie książki po pół euro (tak, czynna o północy w sobotę, dlaczego by nie), i przepadam dla świata na dłuższą chwilę. Idziemy do zaprzyjaźnionej knajpki na mojito, troje z instrumentami gra przeboje, śpiewać nie muszą, załatwia to za nich jeden rozbawiony stolik, nawet jeśli ze znajomością słów nie jest najlepiej. A potem na brzeg Sekwany, niebo jest białe od chmur, dziwnie ciepło, dziwnie pusto, liście powoli opadają z drzew.
W Polsce w końcu zobaczyłam Koterskiego, rozwalił mnie całkowicie. Kocham tego faceta za odwagę graniczącą z bezczelnością i konsekwencję przechodzącą w obsesję. Tylko on mógł podjąć ten temat i tylko w taki sposób. Nawet gdyby mi płacili, chyba nie poszłabym na ten film drugi raz. Dawno tak się nie męczyłam w kinie.

Świat za sto lat oraz inne lektury

Po Krajewskim sięgnęłam na własną półkę po „Powrót z gwiazd”, w zasadzie tylko po to, żeby rzucić okiem na ulubione ostatnie zdanie, skończyło się oczywiście ponowną lekturą. Już ponad pół życia mi minęło na uwielbieniu dla tej książki, i nawet nie przeszkadza mi, że Lem nie wymyślił telefonów komórkowych – tam są za to wszechobecne infory, coś jak google, i zawsze mi się podoba, że Bregg nie umie na początku skorzystać z ich informacji. Coś jak internet, wszystko tam jest, tylko trzeba umieć znaleźć. Żałuję, że nie poszedł dalej w opisywaniu zmian w obyczajowości, chociaż z drugiej strony zostawia duże pole dla wyobraźni, to też dobrze. I największe zastrzeżenie: dobrowolne picie brytu tłumaczy właśnie obyczajowością, coś jak „nikt nie biega nago po ulicy, nawet w upał” – ale ubrania są z ludzkością od milionów lat, a betryzacja i bryt od ledwie stu. Nie bardzo wierzę w to, że nikt by się nie wyłamał; a może to celowe przemilczenie, bo jeśli nawet tacy byli, to tamto społeczeństwo skrzętnie by ten fakt ukryło, inaczej cały system by runął. My się lubujemy w krwi i bebechach, oni nie. Drugie zastrzeżenie to sposób rozwiązania kwestii gotówki – no dobra, jak na tamte czasy dość pomysłowy, ale jednak nie wierzę, że Lem nie słyszał o kartach płatniczych, w Ameryce już przecież w tym czasie były. Przezabawne. Zawsze po „Powrocie z gwiazd” ciekawa jestem, czego w tej chwili nie umiemy sobie wyobrazić, co za 20 lat stanie się oczywistością. Dałabym głowę, że już nie może powstać nic takiego, ale… ludzie przecież zawsze tak myśleli.
Potem złapałam Krallównę, co ją sobie nabyłam za poprzednim pobytem w Polsce, lecz nie ruszyłam, i jak zwykle prawie udało mi się popłakać. W „Królu kier” najbardziej poruszają beznamiętne rozważania bohaterki, dlaczego jej oryginalny kolor włosów i sposób mówienia był zły, a nowy sztuczny jest dobry. Oraz ten drobny passus, w którym w obozie od Polki słyszy „Pani Izuniu… bo WY jesteście lepsi w interesach”.
Na drogę miałam „Piątego elefanta”, dzięki czemu nawet nie zauważyłam przejazdu między Wrocławiem a Katowicami, gdyż rechotałam. Nie jestem całkiem przekonana do tego tłumaczenia tytułu, za to jest dużo wilkołaków i Marchewa mój idol.
Słoneczko moje osobiste puściło mi wczoraj wieczorem Gada Elmaleha (komik taki oraz aktor, dość nawet śmieszny), a następnie robiło mi pranie mózgu w temacie „ależ świetnie mówisz po francusku” (ależ on pięknie kłamie), ponieważ mam obsesję, że mówię w tym języku coraz gorzej i niedługo pewnie przestanę mówić w ogóle. Bedę się porozumiewać wyłącznie chrząknięciami i mrugnięciami oraz na piśmie, o. W ramach kary za wygłaszanie kłamstw w żywe oczy miał w nocy koszmary i obudziły mnie nad ranem jego jęki, co nie było szczególnie radosne.

Chcę w Tatry

– To ja usmażę kiełbaski, a ty włącz komputer i pokaż mi zdjęcia – proponuje eM po wejściu do domu, a jakby tego było mało, potem cierpliwie ogląda dwieście milionów zdjęć przedstawiających głównie szczyty, stawy, kamienie, kosówkę oraz trawę, i w dodatku w odpowiednim momencie wyraża ochotę, żeby kiedyś wybrać się tam ze mną. Zaczynam podejrzewać, że on jest postacią z jakiegoś bardzo kiepskiego romansu, przecież chodzące ideały nie istnieją. I nawet nie chrapie. (No dobra, na szczęście ma wady.)

Choćby pogoda była perfekcyjna, Świnica zawsze przykrywa się chmurami, kiedy zalegam na Kościelcu od niechcenia podziwiając panoramę, a na Czerwonych Wierchach zawsze wieje. Tamże spotkać też można tłumy ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia gdzie są. Tym razem umierałam ze śmiechu, słysząc konwersację dwóch panów za mną, jeden z nich próbował zapamiętać litanię „Ciemniak, Krzesanica, Małołączniak, Kopa Kondracka”, co wyraźnie go przerastało. Na szczęście drugi był bardziej zorientowany w okolicznościach przyrody, czego nie można powiedzieć o panu, który na zboczu Kopy najpierw obszernie przez komórkę opowiadał pewnej Izabeli, w jakich warunkach mieszka, a potem poinformował ją, że właśnie schodzi w kierunku Kuźnic. Byliśmy w połowie szlaku do doliny Małej Łąki i do Kuźnic tamtędy dotrzeć nie miał najmniejszych szans, ale cóż.