Zagadka zielonych pigułek

Wszyscy żyją, pożywienie dla krokodyli wyleci za trzy godziny, mam nadzieję; dokładnych opisów sobie oszczędzę, nie mogę się tylko oprzeć wzmiance, że pierwsze zdanie, jakie dziś rano wyszło z ust tatulka brzmiało „Ale eM, po co tak wcześnie ten budzik nastawiłeś?” -jasne, bo jak on leci do Australii, to już nikt nie ma prawa wstać do pracy, nieprawdaż. Gdyby mi to ktoś opowiadał, nie uwierzyłabym: w zasadzie nadal nie wierzę, że można być takim egoistą, Gombrowicz przy nim wysiada. Nieważne.

A propos Gogi porady dotyczącej persenu i takich tam przypomniała mi się nagle moja zagwozdka sprzed paru tygodni. Porządkując szufladę znalazłam w niej otóż tajemnicze opakowanie zielonych pigułek, które się okazały być lekiem przeciwdepresyjnym pn. Pramolan. Zachodzę w głowę, skąd się tu wziął – nigdy w życiu nie brałam antydepresantów, nie przypominam sobie, żebym go kupowała, ale etykietka z ceną jest jak byk z mojej wrocławskiej apteki. Nie mam zielonego pojęcia skąd go miałam i co mnie podkusiło, żeby go wziąć do Francji – przewidywałam wprawdzie, że zapłaczę się tu na śmierć, więc może obawiałam się wpadnięcia w depresję? Ale kompletnie nie pamiętam takiego toku rozumowania ani proszenia lekarza o stosowną receptę. Na szczęście opakowanie jest nienaruszone; gdyby brakowało połowy, poważnie zaczęłabym się o siebie martwić, a tak mam tylko zagadkę stulecia.

Każdy związek wymaga pracy

Jechałam sobie wczoraj beemką do siostry eMa na obiad rodzinny, i nic nie zapowiadało kataklizmu, oprócz może dwóch wypadków po drodze i stojących za nimi korków. Jeden pan rozwalił ładne maserati, ale nie ma się co dziwić, Francuzi jeżdżą pod koniec października w deszczowy dzień BEZ ŚWIATEŁ, oni rozumu naprawdę mają mniej niż żaby; ale ogólnie było miło. Dopóki nie przyjechaliśmy i nie zaproponowano nam na aperitif tequili, na co eM szybko powiedział „ds będzie piła wodę”. To nie jest pierwszy raz, kiedy zdecydowanie negatywnie się odniósł do mojego spożywania alkoholu, a chyba szanowni czytelnicy wiedzą z tego bloga, że owszem lubię się czasem napić, i owszem, potrafię to robić. Nigdy w życiu nie zrobiłam pod wpływem alkoholu niczego niewłaściwego, eM to doskonale wie, i przez 6 miesięcy ani razu nie widział mnie pijanej, a alkohol w domu jest.

Zirytowałam się nieco bardziej niż lekko, powiedziałam że ależ oczywiście chętnie napiję się tequili, oraz szampana, oraz czerwonego wina, obiad minął w miłej atmosferze (eM nie jest jednak samobójcą i nie próbował ciągnąć tematu alkoholu), natomiast po obiedzie dowiedziałam się znienacka, że nazajutrz (znaczy już dziś) będzie u nas nocował nie kto inny tylko przeuroczy tatulek, bo jutro, jak państwo może pamiętają, wylatuje do Australii (bilet w jedną stronę, niech będą wszystkim bogom dzięki). Moja irytacja w tym momencie osiągnęła apogeum. Powrót do domu nie należał do najmilszych; w domu ostatecznie wyjaśniliśmy sobie kwestię napojów wyskokowych
– Bo moja eks po alkoholu… – powiedział w końcu eM, a mnie kamień spadł z serca, bo nie jestem jednak całkiem głupia i wiedziałam, że o to chodzi, ale co innego wiedzieć samemu, a co innego sprawić, żeby zainteresowany też się dowiedział. A świadomość własnych pobudek to już 90% sukcesu, na ogół.
– Mógłbyś mi się uprzejmie przyjrzeć? Nie jestem twoją eks. Jestem blondynką z Polski. I radzę ci o tym pamiętać – oświadczyłam stanowczo, i mam nadzieję że uczyniliśmy krok do przodu na drodze do drugiego kieliszka calvadosu.

Z kwestią tatulka nie poszło tak łatwo; eM wprawdzie powiedział, że odwoła zgodę na nocleg, ale ja uznałam, że skoro już mu obiecał, to nie w porządku byłoby zmuszać go do odwoływania obietnicy. Miałam też świadomość, że nie uda mi się w czasie jednej rozmowy dotrzeć do powodów, dla których eM wbrew zdrowemu rozsądkowi nadal robi wszystko, czego tatulek zażąda. (Ja te powody znam, ale to nie wystarczy). Odpuściłam, jakoś chyba przetrwam dzisiejszy wieczór, bilet w jedną stronę będzie powiewał przed oczami duszy mojej, proszę za mnie trzymać kciuki.

Wszystko w normie

Wynurzam się z metra na Concorde, milion świateł, i nagle przypomina mi się, jak to właśnie miejsce nieustannie powracało w moich snach, kiedy w ogóle nie sądziłam, że jeszcze tam wrócę. Za każdym razem budziłam się zdumiona, dlaczego właśnie Concorde, dlaczego nie wieża, most, Sekwana, Notre-Dame, Montmartre; najwyraźniej moja podświadomość miała własną wizję Paryża. A teraz jest jak w moim śnie, przez moment nawet rozważam, czy się nie uszczypnąć, ale rezygnuję i idę pod wejście do Tuileries, gdzie stoi umundurowany i z nieskończoną cierpliwością wyjaśnia turystom, że zamknięte, jak zwykle paryskie parki o zmroku. Zapomnijcie tu o romantycznych wieczornych przechadzkach. Potem przybiega Kaja i obdarowuje mnie kabanosami oraz ogórkami, nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymuję się od zeżarcia wszystkiego od razu, na środku placu albo Pól Elizejskich, gdzie można wypić kawę za 2 euro w towarzystwie przepięknej ary. Nie opiszę historii opowiedzianych mi przez Kaję, bo świat jest zbyt mały, wspomnę tylko, że jak zwykle to te małżeństwa, które wszyscy uważają za idealne, kończą się hukiem oraz skowytem, i to ci opiekuńczy i wspaniali faceci po siedmiu latach nagle nie wracają na noc do domu i zapominają zatelefonować do ukochanej małżonki, jak w bardzo kiepskim melodramacie. Ale nie poddawajmy się bez walki.
– Znam jedną parę, która nadal jest ze sobą szczęśliwa po 14 chyba latach małżeństwa – rzuciłam triumfalnie.
– No właśnie, jedną – zgasiła mnie Kaja.
Może i dlatego śni mi się kobieta mego eksa (nie żebym ją kiedykolwiek widziała), z którą bardzo sympatycznie gadam przy kawie, a kiedy nadchodzi eks, obie patrzymy na niego z odrazą; ale nie wiem dlaczego śni mi się jeszcze Matyldaa z tylnego siedzenia auta rozmawiająca ze mną o posiadaniu dzieci i „jak nie teraz to kiedy”, na co przerażona się budzę, i w żaden sposób nie mogę wstać. Co za ulga, że piątek.

Jak się zeszmacić

Być może państwo pamiętają, jak jakiś miesiąc temu pisałam o koleżance, która szuka tutaj pracy dość desperacko, nie mając żadnego doświadczenia, i na pierwszym interview spotkała faceta, który bardzo jej pomógł się przygotować. Była od tej pory na trzech rozmowach w innym miejscu, a wczoraj zadzwonił telefon
– Dostałam tę pracę! – co dowodzi dobitnie, że nigdy nie należy tracić nadziei (oraz być może jeszcze dobitniej, że jednak dobrze jest być młodą i ładną). Następnie koleżanka poprosiła, żebym zapewniła jej alibi na wczorajszy wieczór, że niby byłyśmy razem na piwie, i ja w pierwszym momencie zrozumiawszy, że załatwia coś jeszcze z tą pracą, a mąż niezbyt jest chętny jej pracowaniu, zgodziłam się. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że zaprasza swego dobroczyńcę na kolację. Nic zresztą nie mam na swoje usprawiedliwienie, w żadnym wypadku nie powinnam była się zgodzić na kłamanie w czyjejś sprawie, we własnych też nie kłamię, kaca moralnego miałam cały wieczór i mam do teraz. Jedyne co mogę zrobić, to uniknąć spotkania z jej mężem, co oczywiście jest tylko połowicznym rozwiązaniem, ale trudno, stało się i już nic nie poradzę. Przynajmniej następnym razem będę potrafiła od razu odmówić, bo pewnie to dziwnie zabrzmi, ale to pierwszy raz, kiedy zostałam poproszona o taką przysługę. Co oczywiście niczego nie zmienia. Za karę śniło mi się, że jeszcze się nie obroniłam i nawet nie zaczęłam pisać pracy magisterskiej, mam 30 lat i nie skończyłam studiów, doprawdy nikomu z państwa nie życzę takich koszmarów. Obudziłam się z wyjątkową przyjemnością.

A jednak warto

myślę, wychodząc z metra prosto na Notre Dame pod granatowym niebem. A jednak warto znosić te wszystkie korki i psujący się RER, jeśli można po pracy wsiąść w metro i po kwadransie wysiąść nad Sekwaną, przespacerować się niezobowiązująco jej brzegiem, mijając niedobitki turystów z przejęciem szukające kadru, którego nikt przed nimi nie odkrył. W przeciwieństwie do nich ja będę mogła tu przyjść za tydzień czy trzy, jeśli akurat mi się zachce. Przypominam sobie, że właściwie tu przyjechałam, bo chciałam zobaczyć jesień w Paryżu. Potem wchodzę do knajpki, która jest ucieleśnieniem marzeń o paryskiej jesieni, ciepły kolor ścian, łagodne światło, regały z książkami i wygodny fotel z mnóstwem poduszek, w którym się zaraz zapadam z kieliszkiem kiru, a za rękaw łapie mnie miła pani
– Skąd pani jest w Polsce, bo ja po akcencie od razu poznałam… bo ja jestem polskiego pochodzenia!
Zeznaję skąd i czekam na opowieść repatriantki, tymczasem ona mówi, wpatrzona we mnie z fascynacją
– Mój pradziadek w 1865 wyjechał z Polski do Francji… tysiąc osiemset! – powtarza, żebym na pewno zrozumiała, że to 150 lat temu było. A potem tłumaczy z przejęciem, że szukała informacji o nim, swoich polskich korzeni, ale niewiele znalazła, bo nie zna w ogóle polskiego, trzeba wszystko nosić do tłumacza, ale to takie fascynujące, i zostawi córce te poszukiwania w spadku.
– Jeśli mogę się na coś przydać, chętnie pomogę – oferuję, ponieważ nie byłabym sobą, gdybym się nie wpakowała w jakąś dziwną robotę i ponieważ lubię ludzi z pasją, nieważne jak absurdalną. Dziękuje mi wylewnie i znów zaczyna o pradziadku, dziadku, poszukiwaniach, a potem przechodzimy do stołu, kuchnia typowo francuska, galaretka z foie gras, confit de canard i wino, dużo wina, oraz opowieści dziwnej treści, o tym że w polskiej telewizji mamy wynalazek jedyny na świecie – lektora w filmach, i o tym ze Lada to jednak nie jest polska marka, nie. Wychodzę stamtąd wcale się nie martwiąc, że jest o wiele za późno; już zgadzam się na taką jesień.

W taki poranek jak dzisiaj

wychodzę z domu w ciemność, wiatr i deszcz, kałuże są do pasa, pociąg zatrzymuje się w środku nicości i każe wszystkim wysiąść, do następnych dwóch nie udałoby się wcisnąć nawet wykałaczki, a co dopiero mnie, w kolejnym jadą trzy Polki, które całą drogę narzekają na warunki transportu i twierdzą, że nie chciałyby tu mieszkać, żaden Luwr by im nie wynagrodził (jasne, w Polsce jak wiadomo autobusy są czyste, szybkie, przestronne, nie stoją w korkach i nigdy nie nawalają), wleczemy się koło za kołem i co chwila stajemy, w trakcie usiłuje mnie spłaszczyć po kolei dwóch ciemnoskórych, każdy co najmniej 2 metry 10 cm i odpowiedni obwód, a potem jeszcze nieuchronna przesiadka na Chatelet i znów ta sama próba zdobycia 0,03 metra kwadratowego w celu postawienia tam stopy, do pracy docieram ostatecznie półtorej godziny po wyjściu z domu, nieżywa. W taki otóż poranek przed oczami duszy mojej powiewa zachęcająco biała kartka z dwoma zdaniami wypowiedzenia, 1 grudnia mogłabym już być w Polsce, kasza gryczana, kabanosy, ogórki, śledzie, zatłoczone polskie autobusy, dziurawe drogi i korek na Klecińskiej.

Liście z drzew sfruwają

W piątek na dworcu Waterloo byłam kwadrans przed czasem i nawet nie było kolejki do bramki, w przeciwieństwie do prześwietlania bagaży. Francuskiej kontroli paszportowej wręczyłam paszport razem z machinalnym bonjour i popatrzyłam w inną stronę, po czym dotarło do mnie, że kontrola paszportowa coś do mnie mówi. Natychmiast się zirytowałam, że czegoś ode mnie chcą i na pewno mają jakiś problem, popatrzyłam więc spode łba na kontrolę, która powtórzyła swą wypowiedź
– Dzień dobry!
– Dzień dobry – odparłam automatycznie, mocno jednak zaskoczona, kontrola oddała mi paszport mówiąc „Dziękuję” z usmiechem, odśmiechnęłam się w jego stronę i również podziękowałam w ojczystym języku. Poprawiło mi to humor na następne 5 sekund, po których stwierdziłam, że ulubiony pociąg ma opóźnienia 15 minut. Przynajmniej się nie spóźniłam, tak? Zresztą wystartował ostatecznie wcześniej. Pan obok mnie najpierw wyciągnął laptopa i walił w jego klawisze z wielką pasją (zaglądałam mu przez ramię, nie wyglądało to niestety na blog ani insze memuary), a potem zaczął sobie nucić pod nosem bliżej niezidentyfikowaną melodię. W połowie podróży bardzo namiętnie wzywali przez megafony lekarza do wagonu szóstego, to zawsze takie filmowe jest i trochę wtedy żałuję, że nie jestem lekarzem. Weekend był strasznie krótki, ale zakończony mulami, które w magiczny sposób zaspokoiły moje pragnienie śledzia.